powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Miłość jest zimniejsza niż kapitał

Przedstawienie operuje bezradnością, ale jest to bezradność świadoma i krytyczna - bardziej w stylu "Ricka i Morty'ego" czy "Road to Nowhere" Talking Heads niż postulatów odnowy wszechświata - o spektaklu "Kalifornia/ Grace Slick" w reż. René Pollescha w TR Warszawa pisze Kinga Kurysia z Nowej Siły Krytycznej.

Kiedy Rainer Werner Fassbinder w 1969 roku debiutował pełnometrażowym filmem "Miłość jest zimniejsza niż śmierć", seks, śmierć i mafia były jeszcze wdzięcznym polem dla niewinnej gry z nowofalowymi konwencjami kina noir. Gdy w 2007 roku René Pollesch sięga w Schauspiel Stuttgart po Fassbindera, wie, że miłość ani śmierć nie są już realne, istnieje tylko kapitał, który zamroził swobodny przepływ między ludźmi. Sztuka około roku '68 potrafiła jeszcze gromadzić ludzi na ulicach. Współcześnie instagramowy ekshibicjonizm pokazujący rejony dotychczas nieujęte w ramy obrazu z ulicy przemieścił się w stronę prześcieradeł i pościeli, łóżek i pokojów dziennych. Miłość zdaje się objawiać gdzieniegdzie w postaci chorobliwego narcyzmu. Dobra materialne zmieniły się w obiekty pożądania, przygotowując doskonałe pole do fetyszystycznej manipulacji obrazem. W dobie hiperkonsumpcji, ery Google'a i Facebooka spienięża się nie tylko czas, ale i relacje międzyludzkie. Czy w czasach wyalienowanego secondhandowego użycia człowieka jest jakakolwiek szansa na nieposłuszeństwo, które nie zostanie od razu przemienione w formę wentyla bezpieczeństwa?

René Pollesch wraz z absolutnie wspaniałymi aktorami TR Warszawa - Justyną Wasilewską, Agnieszką Podsiadlik i Tomaszem Tyndykiem - wychodzą od wystawy "Whole Earth" w berlińskim Haus der Kulturen der Welt z 2013 roku i sięgają po "Whole Earth Catalogue" pod redakcją hippisa Stewarta Branda (zwanego pierwszą wyszukiwarką Google na papierze). Steve Jobs określił publikację mianem biblii swojej generacji, powtarzając w 2005 roku w słynnym stanfordzkim przemówieniu jak mantrę wzięte z niej zdanie: "Stay hungry. Stay foolish". Zespół aktorski TR Warszawa pod kierownictwem René Pollescha przepisał "Marata/Sade'a" Petera Weissa na spektakl o wymownym tytule - "Kalifornia i mur Pacyfiku, o który rozbija się fala ekspansji kolonialnej na Zachód i cofa w postaci zintensyfikowanych światów wewnętrznych, przedstawione przez zespół aktorski szpitala psychiatrycznego w Palo Alto pod kierownictwem Mrs Grace Slick".

Weiss stawiając pytanie o rewolucję konfrontował radykalnego eskapistę markiza de Sade z "przyjacielem ludu" Jeanem-Paulem Maratem. Z jednej strony linia ujścia wobec świata w wyczerpywanie pragnień i obsesji do granic, z drugiej wiara w przepływ energii w postaci krwawej rewolucji. Współczesny człowiek odnajduje się jednocześnie na styku radykalnego, narcystycznego nihilizmu i zaklinającego rzeczywistość życzeniowego myślenia, zawierającego się w wyrażeniach: "zmieniając siebie, zmieniasz cały świat".

Najpierw hipnotyzujący bas, tajemnicza i zmysłowa aura psychodelicznego "White Rabbit" Jefferson Airplane. Justyna Wasilewska, Agnieszka Podsiadlik i Tomasz Tyndyk rozwalają się na kanapie, odpalają blanty i zaczynają wirować. Kamera wywraca obraz do góry nogami, wydają się orbitować, rozpuszczać obraz. Grace Slick kończy sytuację przeciągniętym, tnącym głosem "feed your head". Podsiadlik pyta przekornie: "To co, jeszcze jeden blancik?" i wszystko się powtarza. Głos Slick po raz kolejny przywołuje Alicję z Krainy Czarów na przewodniczkę po świecie haju na LSD, wróżąc, że będziemy orbitować wokół chwilowych narcystycznych przebłysków, imprezowych wynurzeń czy kompulsywnych wywodów.

Gdyby narkotyczny ciąg okazał się jakąś drogą ucieczki, byłoby chociaż w tym coś optymistycznego. Niestety, Slick jako patronka wydarzenia nie jest jedynie ikoną kontrkultury, rozseksualizowaną, witalną hippiską. Jest raczej synonimem tego, co nie wydarzyło się w roku 1968, ale jakiś czas później. Wtedy, gdy fale i ostatnie pomruki wolnej miłości, która zmieniła się w szamoczący promiskuityzm w postaci epidemii AIDS i uzależnienia od narkotyków, odbiły się echem w modelu demokracji liberalnej i prywatyzacyjnej wizji kapitalizmu opartej na rozluźnionych strukturach.

Ciekawa jest konstrukcja spektaklu, który odżegnuje się jednocześnie od modelu Brechtowskiej sceny ulicznej (aluzje do tego, że na scenie jest jedynie połowa salonu ze smart-domu, a nie da się grać na ulicy) oraz kontrkulturowej spuścizny Jerzego Grotowskiego. Wspaniała sytuacja, w której aktorzy ubierają zakonne czepki (w tle przeciągają się dźwięki "Babooshki" Kate Bush), składają dłonie i przekłuwają balonik z odnajdywaniem sensu w życiu w postaci hasania po lasach i podróży do rzekomych "źródeł" poza cywilizacją.

Przedstawienie operuje bezradnością, ale jest to bezradność świadoma i krytyczna - bardziej w stylu "Ricka i Morty'ego" czy "Road to Nowhere" Talking Heads niż postulatów odnowy wszechświata. Bardzo ciekawa jest scena, w której aktorzy w pstrokatych kimonach siedzą obok siebie i powtarzają na zmianę, że ludzie dzielą się na dwa typy: tych, którzy biorą to, czego chcą i na tych, którzy tego nie robią. Są też tacy, którzy próbują sięgać po to, czego chcą, ale to się nie udaje, co jest powodem frustracji. Ale przynajmniej próbowali! Po czym pada podsumowanie: kto by się przejmował takimi nudziarzami. Pozostali aktorzy kompulsywnie wrzucają się wtedy w osobę, która właśnie skończyła kwestię, ta zaczyna krzyczeć, odwracając proste opozycje, że wcale nie chodziło jej o usprawiedliwienie rozpaczliwego erotycznego pożądania. Dodaje też, że intensywność nie jest tym samym co używanie, co konsumpcja. Wasilewska podsuwa trop w stylu de Sade'a, że dzisiaj nikt nie zabija się z miłości, wszyscy bez sensu wrzucają się i wrzucają się w innych, wciąż kalkulują, uczestniczą w złudnym przepływie energii. Może paradoksalnie lepiej byłoby się zabijać z miłości, wtedy w końcu coś by się zadziało.

Zresztą, jak już zastanawiamy się nad światem, snujemy w tym szpitalu psychiatrycznym różne pomysły na haju, to jaki jest dowód, że istniejemy? Jak udowodnić, że klikając w internetowe ikonki jesteśmy nieświadomymi palcami, które wpisuje się w dostosowywane do nas algorytmy, tworzące wygodne bańki? Czy to nie kolejne teorie spiskowe?

W przeuroczej scenie Podsiadlik mówi rozczulająco, że "psuty" i samopodważający się teatr jest przynajmniej realny, bo gdy widzimy aktora czmychającego przez scenę w złym momencie, to ulatnia się iluzja i mamy poczucie, że ten aktor istnieje. Nikt z nas nie widział swojego przyjścia na świat ani nie obejrzy swojej śmierci, więc to wszystko jest podejrzane. Pollesch i aktorzy nie są naiwni, wiedzą, że wszystkie firmy, które z Palo Alto sterują nieświadomością ludzi tworzących globalną wioskę wchłoną wszystkie postulaty rewolucji i zmiany świadomości. Nawet jeśli używamy technologii z przyzwyczajenia, tak naprawdę spędzając czas na bezsensownym scrollowaniu, radykalne postawy są dosyć karykaturalne. Orbitujemy między czułymi, bardzo smutnymi diagnozami, błyskotliwym humorem, samoprzedrzeźniającą się, narcystycznie podważającą, kapitulacyjną ironią aktorską i wykorzystaniem momentów, które są po prostu wdzięczne teatralnie (jak już odłożymy leciwą metafizykę, to niech chociaż zostanie cokolwiek). Stąd tak dużo w spektaklu kolorów, gra z wideo, gra ze światłami, gra z odsłanianiem i demaskowaniem iluzji, czy po prostu radość z tego, że można głośno włączyć muzykę.

Biali, heteroseksualni mężczyźni z Doliny Krzemowej nie potrzebują świata, ekspansja następuje już tylko do środka. Wspomniany jest film Louisa Malle "Kolacja z André". Podsiadlik kwituje to zdaniem, że tylko mężczyzna mógł wpaść na pomysł nakręcenia półtoragodzinnego filmu rejestrującego dwóch białych intelektualistów, którzy diagnozują rzeczywistość. Wiadomo, kobiety nie są od myślenia. Są zatrudniane w domach, płacą seksem i gotowaniem za małżeństwa. Żona od prostytutki różni się jedynie tym, że drugiej za seks się płaci, a pierwsza płaci usługami. Przecież nazwa "Kalifornia" pochodzi od utopijnego raju, gdzie według legend miały mieszkać Amazonki, którymi rządziła królowa Califia. Miejsce, z którego płyną komunikaty utrwalające konserwatywne myślenie i stereotypy dotyczące płci (czy sięgniemy po Hollywood, czy Dolinę Krzemową) podtrzymują hegemonię męskiego spojrzenia.

Pod opieką Grace Slick aktorzy pokazują, jaką cenę płacimy za wycieranie wszechobecnego hasła "prywatne jest polityczne", które doprowadziło do paradoksów w postaci kultury traumy i depresji. To właśnie ona po hippisowskiej ekspansji do wewnątrz siebie i narcystycznego poszerzania świadomości za pomocą używek, pokazała, że nie potrzeba już świata zewnętrznego. Pollesch zdaje się mówić, że narcyzm jest jedyna płaszczyzną porozumiewania się, w ten sposób odwraca się sytuacja sprawczości, a zostaje kruchość, którą system wpisał w siebie. Za jej pomocą ludzie tłumaczą sobie świat, godząc się, żeby rana, trauma i strach stały się nową umową społeczną. Co wcale nie powoduje, że w tym samym czasie silne podmioty zarządzające nowoczesnymi technologiami korzystają z tych luk i je spieniężają. Polityczne nie jest już polityczne, jeśli nie jest prywatne i okupione łzami - tu pojawia się paradoks, owszem, prywatne jest polityczne, ale nie jest tak polityczne jak publiczne.

Co dalej po tej kolorowej zgrywie i tańcu świecidełek? Zawsze było tak, że coś trwa i trwa, ale wydaje nam się, że się kończy. Była nadzieja, potem przeważnie okazuje się, że nic się nie kończy i wszystko trwa. Nadzieja na zmianę jest zwodnicza. Teraz już nikt nie ma nadziei. A może to właśnie jest nadzieja? California dreamin' przeradza się w koszmar, a słuchanie "White Rabbit" przypomina bardziej scenę bad-tripa z "Las Vegas Parano", w której Dr Gonzo (grany przez Benicio del Toro) domaga się tej piosenki od Raoula Duke'a (Johnny Depp) i każe wrzucić sobie odtwarzacz do wanny, w której się miota. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że prosi się o śmierć.

We współczesnym łączeniu się w traumach czy wokół coachingowo-optymistycznej narracji rodem z Palo Alto, ale też ze świątyni przyjemności i miejsca produkcji snów jaką jest Los Angeles, widać, że czułe podbieranie rekwizytów z otoczenia człowieka wydaje się być jedynym, co zostało teatrowi krytycznemu, skoro krytyka nie działa, a system momentalnie wtłacza ją w siebie. Premiera TR to bardzo szerokie i samoświadome studium polityczno-społeczne, które jest przygotowane na możliwość niekontrolowanych i niejednoznacznych form przepływu znaczeń. Wszystko inne jest narcyzmem. Narcyzm zarówno postawy Marata, jak i de Sade'a (jedna zbyt łatwo nihilistyczna, druga zbyt łatwo oświeceniowa) uwidacznia się najbardziej w postaci wodzonych za nos pacjentów szpitala psychiatrycznego, a jednocześnie widzów i aktorów teatru w Charenton. Tylko że za czasów de Sade'a szpital znajdował się poza Paryżem, a współcześnie jest nim cały świat. Ludem zdają się być ci, którzy zapewniają klikalność reklamie, powodując, że dochód Google'a w dziewięćdziesięciu procentach pochodzi z reklam, a firma w niejasny sposób gromadzi informacje o użytkownikach i wspiera cenzurę, jednocześnie utrwalając internetowe status quo. Kalifornijska XIX-wieczna gorączka złota operowała zasobem wydartym Ziemi, współcześnie Dolina Krzemowa kolonizuje wyobraźnię podsuwając nam w głównej mierze (w imię niewiadomego postępu) globalne śmieci.

Spektakl Pollescha to jedna z ciekawszych wypowiedzi 2017 roku. Pokazuje, że można robić teatr polityczny bez paternalistycznego głoszenia czy nostalgii za nie wiadomo czym, bez ucieczki w poręczne narracje albo chwytliwe slogany. Idzie kilka kroków dalej, pytając nie o zmianę świata, ale o możliwą jej realizację w starciu z korporacjami, które kolonizują naszą wyobraźnię i możliwy do wyobrażenia horyzont. A wszelkie przejawy usensownienia pomnażają jedynie zasoby kapitalizmu kognitywnego. Kolonizacja trwa w najlepsze, a jest o tyle perfidna, że manipulując afektem, wymusza ciągły pęd ku nieokreślonej modernizacji i postępowi.

***

Kinga Kurysia - studiuje wiedzę o teatrze na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.