powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Dokąd?

Brecht nazwał kiedyś teatr, którego nie lubił, "kulinarnym". Zapewne porównywał go w myśli do czarnej kawy z likierem, strucli, pomarańczy lub melby spożytych po dostatnim obiedzie. Brecht lubił dostatnie obiady i przywiązywał - podejrzewam - sporą wagę do właściwie dobranego deseru. Od teatru jednakże wymagał czego innego. Jako krytyk, autor, reżyser w gruncie rzeczy był ascetą, purytaninem - pisał Erwin Axer w książce "Kłopoty młodości, kłopoty starości".

Od czasów młodości Brechta sporo zmieniło się w sztuce kulinarnej. W wielkich i nawet małych metropoliach świata można o każdej porze otrzymać wszystko. Dokonał tej sztuki samolot. Mieszkańcy Paryża, Nowego Jorku, Londynu jadają zimą młode kartofelki, wiosną i latem wszystkie rodzaje owoców, w jesieni wiosenne nowalijki. Smakosz, jeśli tego zapragnie, może skomponować obiad złożony z przysmaków pięciu kontynentów. Dyrektor teatru również.

Wbrew pozorom teatr gastronomiczny powiększył od czasów Brechta, a nie pomniejszył swoje dziedziny. Jeżeli pierwsze ćwierćwiecze naszego stulecia było okresem reform, drugie i trzecie stanowi okres eklektycznego przystosowania.

W wielkich, mniejszych i małych stolicach świata można o każdej porze otrzymać wszystko. Fotografie z Chile, Pernambuco i Kalisza nie tak znów bardzo różnią się od zdjęć z Londynu, Paryża, Warszawy. W jednym teatrze grywamy Brechta, Pintera, Sofoklesa i Fredrę, stosujemy stylistykę Stanisławskiego, Brechta, Vilara. Nie jest chyba przypadkiem, że jeden z najlepszych na świecie reżyserów [chodzi o Petera Brooka] w ciągu dziesięciu lat próbuje kolejno malarskiej stylizacji, potem syntezy naturalizmu, filozofii beckettowskiej i myśli plastycznej Brechta, by następnie głosić i realizować teorię "teatru okrucieństwa", a dalej bez wahania przejść do krańcowo odmiennych eksperymentów "teatru faktów" znaczonych etapami "Namiestnika", radykalniejszego "Dochodzenia" i najradykalniejszego "US", w którym improwizacje reżysera i zespołu aktorów zastępują literaturę, redukując rolę autora do funkcji redaktora. Można oczywiście to gorączkowe przerzucanie się od bieguna do bieguna przypisywać furii twórczej, nieustającej ciekawości, pasji poszukiwań, można - i to drugie jest zapewne słuszniejsze - przypuszczać, że artysta, o którym mowa, wszystko umiejąc, w głębi serca nie jest o niczym przekonany.

A my? Czy mamy do zaproponowania coś własnego? Jak dotąd ratuje nas długa lista głupstw, przewinień, nonsensów, które możemy atakować z czystym sumieniem. Odnajdujemy w tym własny ton, swojską nutę. A później, kiedy w wielkich i małych miastach naszego kraju będzie można nareszcie otrzymać wszystko o każdej porze? Młode kartofelki zimą, fiaty 124 latem, żarówki i kalesony wszelkich rozmiarów, kiedy dokona się wreszcie "nasza mała - czy nawet wielka - stabilizacja", co wtedy?

Na szczęście mamy jeszcze, jak się wydaje, nieco czasu do dyspozycji. Jeżeli nie wyzyskamy go lepiej niż dotychczas, może się zdarzyć, że chwila sukcesu materialnego będzie zarazem chwilą ostatecznego bankructwa duchowego.

grudzień 1966