Halina Kowalska: Amantka z przymrużeniem oka

- W zawodzie się nie udzielam, mimo że sporo koleżanek z mojego pokolenia jest ciągle obecnych w serialach, a czasem nawet na scenie. Ja po prostu nie lubię i nie umiem zabiegać o angaż - mówi aktorka Halina Kowalska.

«Niedawno ukazała się książka "Demony seksu", zbiór sześciu portretów znanych aktorek identyfikowanych z damskim erosem, amantek teatralnych i filmowych, w której autor, Krzysztof Tomasik, przedstawił także Panią. Jest Pani zadowolona z tego wizerunku? - Jestem. Napisał go bardzo rzetelnie, ograniczając się do warstwy artystycznej, filmowej i teatralnej, nie sięgając do robiących krzywdę plotek. Tylko tytuł mi się niezbyt spodobał - "Niewinność grzesznicy", tytuł jednego z moich przedstawień. Bo jaka ze mnie grzesznica? Zawsze byłam skromna, spokojna, daleko od jakichkolwiek ekscesów, w życiu szara mysz, od pół wieku mam tego samego męża.

Co zatem skłoniło Panią do wyboru studiów aktorskich, prowadzących do zawodu raczej rzadko kojarzonego z cnotliwością?

- Kiedy byłam małą dziewczynką, może dwunastoletnią i mieszkałam w małym miasteczku, chodziłam do kościoła. Bardzo podobała mi się rola księdza, rola kogoś, kogo wszyscy słuchają. W szkole chętnie występowałam, śpiewałam, grałam Tirlipatkę. Dobrze się uczyłam i dobrze czytałam, miałam świetną pamięć. Do egzaminu do szkoły łódzkiej namówiła mnie koleżanka. Kiedy do niego przystąpiłam, wyglądałam jak mała dziewczynka, malutka, drobniutka, płaściutka, z warkoczykami. Powiedziałam jakiś wierszyk i kawałek prozy, ale nie zdałam. Komisja uznała, że mam zbyt dziecinny wygląd. Udało mi się to dopiero za drugim razem. Wcześniej zapisałam się do teatru amatorskiego pana Tylczyńskiego w Łodzi, przy MDK i tam się lepiej przygotowałam do ponownego egzaminu.

Kto był w komisji?

- Z tego co pamiętam, między innymi Jadwiga Chojnacka, Maria Kaniewska, profesor Modrzejewski. Kiedy się dostałam do szkoły szczęście mnie unosiło nad ziemią.

W szkole weszła Pani do paczki koleżeńskiej, którą tworzyli także Janusz Gajos, Franciszek Trzeciak i Pani przyszły mąż, Włodzimierz Nowak...

- Tak założyliśmy nawet kabaret "Piątka z ulicy Gdańskiej", od nazwy łódzkiej ulicy, przy której mieścił się Wydział Aktorski. I jeździliśmy z przedstawieniami z wielkim powodzeniem. Po trzecim roku studiów, a ukończyłam je w szybszym trybie, dostałam propozycję z Kalisza, od Aliny Obidniak, angażu do tamtejszego teatru imienia Wojciecha Bogusławskiego. Co ważne dla mnie, grałam role w ramach szerokiego emploi, od dramatycznych czy tragicznych jak Julia w szekspirowskim "Romeo i Julii", Monika Stattler w "Fizykach" Dürrenmatta, rodzajowe jak Polly w "Operze za 3 grosze" Brechta, po komediowe i groteskowe jak Zerzabella w "Paradach" Jana Potockiego, śpiewające jak w "Kramie z piosenkami" Schillera czy Elzewira Rekonesans w "Pluskwie" Majakowskiego we Wrocławiu w reżyserii Jerzego Jarockiego. Dzięki temu że tak wszechstronnie "wygrałam się" w Kaliszu w różnorodnym repertuarze klasycznym, nie miałam później poczucia męczącego niespełnienia w latach, gdy już w Warszawie dostawałam role niemal wyłącznie komediowe i o zabarwieniu erotycznym. W tamtych czasach walor pracy w teatrze na prowincji polegał też na tym, że nie było się rozpraszanym przez film, radio i telewizję. A poza tym, na prowincję przyjeżdżali wtedy pracować gościnnie wybitni reżyserzy. Pracowałam tam miedzy innymi z Jitką Stokalską, asystentką Kazimierza Dejmka, w cudownym okresie dyrekcji Aliny Obidniak, w dobrym zespole z dobrą koncepcją, w dobrej atmosferze. Była młodość, zdrowie, chęć grania. Za rolę Julii zostałam nagrodzona i uważam ją za swoje największe dokonanie z okresu kaliskiego. To był świetny okres, najlepszy w moim życiu teatralnym.

Jednak w tym wczesnym okresie także film sięgnął po Panią. W 1963 roku zagrała Pani epizod sekretarki w komedii Leona Jeannot "Kryptonim Nektar", a w 1964 rolę - i to ważną - w "Drewnianym różańcu" Ewy i Czesława Petelskich...

- Według głośnej powieści Natalii Rolleczek, która przedstawiła drastyczny obraz życia w przedwojennym sierocińcu prowadzonym przez zakonnice. Zagrałam tam chorą na płuca Celinę, postać dwuznaczną. Pamiętam, że film był oprotestowany przez Kościół jako antyklerykalny. Wraz ze mną zagrały młode koleżanki: Ewa Milde, Ela Karkoszka i Jolanta Bohdal. A w role zakonnic wcieliły się doświadczone już, uznane i dużo od nas starsze aktorki, Barbara Horawianka, Jadwiga Kownacka i Zofia Rysiówna. Zapamiętałam z tej pracy komplement od reżysera Petelskiego: "ona gra jak Gołas".

Na kolejne role filmowe przyszło Pani czekać kilka lat, a tymczasem był teatr...

- Niewiele brakowało, że zaangażowałabym się wraz z mężem w Łodzi u Dejmka, który nas bardzo chciał, ale rzecz rozbiła się o mieszkanie. Nie mógł nas nawet zainstalować w lokalu w teatrze, bo zajęła go już inna aktorska para, Barbara Horawianka i Mieczysław Voit. Przyjęliśmy więc propozycję od Wojciecha Siemiona, do warszawskiej Komedii. Siemion był człowiekiem pomocnym, uczynnym i bardzo pomógł nam zainstalować się w Warszawie. Załatwił meldunek, wprowadził do telewizji. To był rok 1967. Dobrze tam zaczęłam, bo od roli tytułowej w "Jadzi wdowie" z Bogdanem Łazuką, w reżyserii Zbigniewa Sawana, w zastępstwie za Alinę Janowską, a potem kolejno była "Manon Lescaut", "Piękna Helena", "Boso, ale w ostrogach", "Miotełki warszawskie" "Romans w wodewilu". Po kilku latach pojawiła się propozycja od Edwarda "Dudka" Dziewońskiego, kierującego warszawskim Teatrem Kwadrat. Miałam już wtedy ukształtowaną sylwetkę zabawnej amantki charakterystycznej, a takiej właśnie potrzebował "Dudek". A znał mnie jeszcze ze współpracy w szeregu spektakli w Komedii. I to z nim na wiele lat związaliśmy z mężem swoje losy zawodowe. Był dla mnie kimś bardzo ważnym, czarującym, dowcipnym, inteligentnym człowiekiem, dyrektorem-kumplem, nie stwarzającym dystansu, a jednocześnie będącym autorytetem i jako aktor i jako reżyser. Był reżyserem, z którym pracowałam najwięcej razy, i w Kwadracie i w Teatrze Telewizji. Po prostu kochałam "Dudka". To dzięki pracy w Kwadracie poznałam grono wspaniałych kolegów, jak choćby Janka Kobuszewskiego i dzięki niemu byłam szereg razy w Ameryce z występami teatru. To dzięki Kwadratowi trafiłam w 1970 roku do "Divertimento", czyli kontynuacji kabaretu Starszych Panów i miałam możność zetknięcia się z Jeremim Przyborą i Jerzym Wasowskim.

Kilka lat później, na początku lat siedemdziesiątych, znalazła się Pani w orbicie filmu, jawiąc się widzom jako seksbomba, jak to wtedy określano. Na tym polu stała się Pani poniekąd rywalką Barbary Brylskiej i Beaty Tyszkiewicz, które zajęły pozycję głównych polskich amantek filmowych...

- Poniekąd tak, choć z nikim nie rywalizowałam, a poza tym obie koleżanki były amantkami na serio, jeden do jednego, ja natomiast, może także dzięki temu, że w przeciwieństwie do nich, byłam także aktorką teatralną, ukształtowałam wizerunek amantki charakterystycznej, komediowej, z dystansem, z przymrużeniem oka.

Zrobiła Pani furorę jako zalotna ekspedientka Marianna w kultowej dziś komedii filmowej Tadeusza Chmielewskiego "Nie lubię poniedziałku". Trafiła Pani na kolorowe okładki "Stolicy", "Filmu", "Magazynu Filmowego", "Kina", "Warszawskiego Informatora Kulturalnego", jako uosobienie kobiecego wdzięku i urody...

- Premiera "Nie lubię poniedziałku" odbyła się w 1971 roku. To był rok dla mnie dość niezwykły, bo w jednym czasie trafiło mi się kilka ról. W "Kłopotliwym gościu" Jerzego Ziarnika zagrałam gwiazdę filmową, w "Kardiogramie" dość dramatyczną rolę nieszczęśliwej kobiety. Zagrałam też Zośkę w komedii muzycznej Hieronima Przybyła "Milion za Laurę", przy czym był to szczególny wysiłek bo byłam świeżo po zabiegu operacyjnym.

W "Nie lubię poniedziałku" grała Pani zalotną pracownicę sklepu "1001 drobiazgów", która wodzi na pokuszenie pewnego Włocha i wykonuje Pani tam coś w rodzaju striptizu...

- Choć na szczęście przesłoniętego niezbyt przezroczystą folią. Kręciliśmy to w nieistniejącym już pawilonie sklepowym u zbiegu Marszałkowskiej i Nowogrodzkiej. Moim partnerem, bardzo dyskretnym, był pan Kazimierz Witkiewicz. A jednocześnie, niemal w tym samym czasie zagrałam nieszczęśliwą, zestresowaną, rozczochraną kobietę w "Kardiogramie" Romana Załuskiego. Nie groziło mi jak widać zaszufladkowanie w typie seksbomby.

Niedługo potem przytrafiła się Pani zawodowa przygoda, która jest jednocześnie tego potwierdzeniem i zaprzeczeniem, a którą krytyk Konrad Eberhardt tak opisał: "Adela w filmie Hasa jest przede wszystkim ponętną młodą kobietą. (...) obleganą przez spragnionych miłości subiektów i strażaków. Halina Kowalska zagrała tę rolę brawurowo, fascynuje bujnością kształtów, dojrzała kobiecością, naturalnym wdziękiem. Stwarza wokół siebie klimat erotyczny, nastrój zmysłowej przygody. Dzięki niej ów zaginiony świat wydarty śmierci staje się osobliwie realistyczny". Mowa oczywiście o roli w "Sanatorium pod Klepsydrą", jednym z arcydzieł polskiego kina. Jak Pani wspomina tę pracę?

- Pamiętam opiekuńczość Hasa, jego delikatność. Ale kiedy dostałam propozycję tej roli, chciałam ją odrzucić. Wydała mi się zbyt erotyczna, zbyt wyuzdana, a ja nie lubię takich ról i grania scen erotycznych. Nawet polecałam reżyserowi inną aktorkę. W końcu jednak Has mnie przekonał. Dał mi wolną rękę, która pozwoliła mi pokazać wyuzdanie Adeli w krzywym zwierciadle, w tonie groteski, a nie magazynu erotycznego. W rezultacie pojechałam z nim z tym filmem do Cannes, reprezentować naszą kinematografię. Półlegalnie, bo po wypadkach marcowych 1968 władze kinematografii nie chciały być w żadnym razie łączone z antysemityzmem czy w ogóle z tematem żydowskim jako takim.

Z tematem żydowskim jest po części związany kolejny film wielkiego twórcy, "Ziemia Obiecana" Andrzeja Wajdy. Podobno otrzymała Pani propozycję zagrania Lucy Zuckerowej, kochanki Borowieckiego...

- Tak, ale to już zupełnie była propozycja dla mnie nie do przyjęcia. Rola nieporównywalnie bardziej wyuzdana od Adeli, bo seksualna na serio i na ostro. No i upiekło mi się tym razem, bo Wajda w końcu zaangażował Kalinę Jędrusik, która zagrała ją wspaniale.

Nie żałuje dziś Pani takiej wstrzemięźliwości?

- Nie. Zawsze lubiłam być na uboczu.

Potwierdził to Edward Dziewoński, który powiedział o Pani, że jest Pani "osobą hermetycznie zamkniętą, która otwiera się powoli, z namysłem i lękiem".

- To prawda, a mi kiedyś powiedział, że "istnieję tylko na scenie, a po zejściu z niej staję się szarą myszką". Mąż, dom, zakupy. Miał rację.

Dobra passa filmowa skończyła się dla Pani w 1978 roku rolą w stylowym, kryminalnym filmie Tadeusza Chmielewskiego "Wśród nocnej ciszy", utworze wybitnym a niedocenionym. Ale już od kilku lat brylowała Pani w bardzo popularnym, telewizyjnym cyklu "Bajki dla dorosłych", a następnie w "Dobranockach dla dorosłych".

- Grałam tam razem z moim mężem Włodzimierzem Nowakiem, a także Janem Kobuszewskim, Lechem Ordonem, Tadeuszem Plucińskim, Krystyną Borowicz, Kazimierzem Wichniarzem, Boguszem Bilewskim.

Bajki i dobranocki cieszyły się ogromną popularnością u telewidzów. I tu znów pokazała Pani talent i finezyjny kunszt aktorski. Księżniczki, królewny, sierotki tworzyła Pani unikając dosłowności, za pomocą skrótu, symbolu, aluzji, groteskowej deformacji. Ale właściwie od tamtego czasu dla szerszej publiczności Pani zniknęła...

- Bo nie należę do osób, które potrafią walczyć o swoje, dopominać się o role. Nie czuję się jednak niespełniona. Przez 35 lat niemal nie schodziłam ze sceny, zagrałam wiele różnorodnych ról, poznałam wielu ciekawych reżyserów, miałam swój czas dobrej passy. W filmie zagrałam przecież w jednym wielkim arcydziele kina, mam na myśli "Sanatorium" Hasa i w dwóch do dziś niezwykle popularnych, nawet kultowych komediach, "Nie lubię poniedziałku" Chmielewskiego i w "Nie ma róży bez ognia" Barei.

Jak wygląda obecnie Pani życie?

- Niezmiennie, od dziesięcioleci mam tego samego męża, aktora Włodzimierza Nowaka. Jestem na emeryturze. W zawodzie się nie udzielam, mimo że sporo koleżanek z mojego pokolenia jest ciągle obecnych w serialach, a czasem nawet na scenie. Ja po prostu nie lubię i nie umiem zabiegać o angaż. Gdybym jednak dostała ciekawą propozycją roli dramatycznej, bardzo chętnie bym zagrała. Żyję kameralnie, zajmuję się mężem i opiekuję się zwierzętami, które kocham. W domu mam pieska, ale opiekuję się też ptakami na osiedlu, w tym niechcianymi wronami i wróblami. I kiedyś spotkała mnie w związku z tym niebywała przygoda, niewiarygodna ale prawdziwa. Szłam pewnego dnia do centrum "Arkadia" w pobliżu którego mieszkam. I nagle widzę, że przede mną siada na chodniku gołąb i zaczyna torować mi drogę. Za nim, uszeregowane jak wojsko idą pozostałe gołębie, a na końcu wrony i wróble. Ci, którzy to zobaczyli, a znali mnie, zaczęli wołać: "Święty Franciszek, święty Franciszek!". Wszyscy zrozumieliśmy, że te ptaki składają mi podziękowanie za opiekę.

Dziękuję za rozmowę.

***

Kadr z filmu "Nie lubię poniedziałku" w reż. Tadeusza Chmielewskiego, 1971»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego