powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Szesnaście kręgów Inferno

Czy teatralna wędrówka przez wyselekcjonowane spektakle z zeszłego sezonu może dać ogląd polskiego teatru? Hasło X Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia - "Teatr w ruinie", parafraza sloganu wyborczego PiS - kazało myśleć o programie jako wypowiedzi politycznej - pisze Magdalena Łakoma z Nowej Siły Krytycznej.

Polski teatr w ruinie na pewno nie jest, chociaż rozumiem intencje autora tematu przewodniego (zapewne dyrektora artystycznego festiwalu Bartosza Szydłowskiego) i obawy związane z przyszłością teatru w naszym kraju. W tym roku w Konkursie Głównym - Inferno - w którym startują polskie teatry, wzięło udział szesnaście spektakli. Reżyserzy nie pożałowali widzom minut spędzonych w teatrze i udowodnili, że teatr jest zdolny do szybkiego komentowania budowanych na naszych oczach społecznych i politycznych barykad. Pomimo wrażenia, że to co istotne, dzieje się w teatrze poza konkursem (choćby ekscytacja "Procesem" Krystiana Lupy, który jako premiera z tego sezonu był pokazywany poza Inferno), widzowie mieli okazję do odbyciu kilku ciekawych wędrówek. Co w takim razie działo się na festiwalu?

Tegoroczną edycję otworzyło "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Jana Klaty. Dla festiwalowej publiczności ważne przedstawienie Narodowego Starego Teatru w Krakowie, mówiące także o sytuacji zespołu po zmianie dyrekcji. Wydaje mi się, że międzynarodowe jury nie jest w stanie wyłowić kontekstów w nim zawartych. Najbardziej zapada w pamięć scena Stańczyka (świetny Jan Peszek) z Dziennikarzem (Roman Gancarczyk). Stańczyk z tarczą z kory drzewa, która jest zarazem jego rekwizytem i kostiumem, z fallusem kształtem podobnym do pastorału, przywołuje na myśl postać jakiegoś słowiańskiego bożka. Nagi, nad wyraz ruchliwy kontrastuje z Dziennikarzem, który w marazmem leży na scenie. Kaduceuszem, symbolem władzy, który przekazuje mu Stańczyk jest ów fallus. Taniec chocholi, wymownie symbolizujący martwotę i niemożność podjęcia jakichkolwiek działań, trwa właściwie cały spektakl, w rytm blackmetalowej muzyki zespołu Furia. Kontrastuje to z barwnymi kostiumami, które są stylizowane na ludowe, ale mają też w sobie wiele "wsiowej" elegancji, są spójne (w przeciwieństwie do strojów w innym "Weselu", które pokazała Agata Duda-Gracz - o czym później).

Wolność, lud i barykady

Interesującym zabiegiem zastosowanym przez reżysera Wiktora Rubina i autorkę Jolantę Janiczak w "Żonach stanu, dziwkach rewolucji a może i uczonych białogłowach" było wykorzystanie marginalizowanej bohaterki Wielkiej Rewolucji Francuskiej - walczącej o prawa kobiet Theoroigne de Mericourt. Otworzyło to możliwość polemiki z wszechobecnym dziś dyskursem dotyczącym praw kobiet. W przedstawieniu Teatru Polskiego w Bydgoszczy mamy do czynienia z grupą kobiet domagających się swoich praw, dyskutujących z arystokracją, zachęcających do wyjścia na ulicę, co uruchamia skojarzenia z Czarnym Protestem. Można jednak odnieść wrażenie, że obie grupy (kobiety i Danton z Robespierre'em) obrażają i ośmieszają się nawzajem przytaczając radykalne hasła i przewidywalne argumenty. Na uwagę zasługuje scena przywoływania wypowiedzi znanych, żyjących dziś osób, dotyczących sytuacji kobiet, które dają do myślenia swoją absurdalnością. Maszerujące pomiędzy widzami aktorki wywołują relację opresyjną, co ciekawie koresponduje z tematyką spektaklu i stawia pytanie, kim dla aktorów jest publiczność - przeciwnikiem czy zwolennikiem.

Agata Duda-Gracz w autorskim spektaklu "Będzie pani zadowolona, czyli o ostatnim weselu we wsi Kamyk" ukazała funkcjonowanie małej, hermetycznej wspólnoty jaką jest wieś, a mentalność jej mieszkańców zobaczyła poprzez zbrodnię, która się niegdyś dokonała w Kamyku. Wydarzenie to odżywa na weselu, warunkuje też przyszłość tej społeczności. Rozpięcie czasowe mogło sprawiać lekkie kłopoty w zorientowaniu się w przebiegu akcji, która oscylowała także pomiędzy rzeczywistością a metafizyką. W znikomym stopniu dotykała aktualnej sytuacji politycznej. Jesteśmy na wsi, gdzie transformacja ustrojowa dociera z opóźnieniem, co mieszkańcy rekompensują sobie podśmiewywaniem się z miastowych. To usytuowanie, jak i wydłużone, ironiczne sceny modlitwy gości weselnych oraz postać grana przez Marię Rybarczyk (Pani Gusia, zwana Świętą - częścią jej kostiumu jest kartka z napisem "Jezus Cię Kocha"; marzy, aby syn został księdzem) wyraźnie określa przedstawienie Teatru Nowego w Poznaniu jako mierzące w polski klerykalizm i niechęć do "innego". Tym bardziej, że rozgrywa się również poza sceną i publiczność może się przez chwilę poczuć uczestnikiem wesela. Agata Duda-Gracz odebrała nagrodę za najlepszą reżyserię a za najlepszą rolę kobiecą międzynarodowe jury uznało Panią Jusię zwaną Ścierwą w wykonaniu Edyty Łukaszewskiej.

"Fucksceny buntu" z Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie opowiada o różnych formach buntu (dramaturgia Krzysztof Szekalski). Reżyser Marcin Liber rozpoczyna od ironicznej sceny przedstawiającej walkę aktorów Teatru Polskiego we Wrocławiu z niechcianym dyrektorem - Cezarym Morawskim. Jest to bunt, który zapamiętamy najbardziej, a konfrontujemy go na przykład z historią performera i aktywisty Piotra Pawleńskiego, który wiele razy okaleczał swoje ciało sprzeciwiając się Putinowskiej Rosji (poznajemy go z perspektywy żony, Oksany Szałyginy), z buntem norweskiej grupy Fuck for Forest, która zbiera pieniądze na ratowanie przyrody sprzedając nagrane przez siebie filmy pornograficzne, czy z innymi formami protestu. Nagroda za najlepszą drugoplanową rolę męską (a raczej za liczne wcielenia) dla Andrzeja Kłaka jest w pełni zasłużona.

Planeta Reymonta czy Garbaczewskiego? Mitologia Lovecrafta czy Borczucha?

Zaskakującym pomysłem było przeniesienie przez Krzysztofa Garbaczewskiego akcji powieści Władysława Reymonta "Chłopi" ze wsi w przestrzeń iście kosmiczną. Scenografia rodem z science-fiction sprawia, że siedząc na scenie, czujemy się jakbyśmy przebywali na innej planecie, choć - o dziwo - reżyser tym razem jest oszczędny w użyciu projekcji i innych mediów. Na uwagę w spektaklu Teatru Powszechnego w Warszawie zasługuje, podobnie jak u Dudy-Gracz, zespołowa gra aktorska. Postać Jagny (Magdalena Koleśnik) buduje wątek kobiecy. W scenie obcinania włosów po ślubie odczytujemy, że Jagna nie uniknie przemocy, a jej matka (Ewa Skibińska) mówi to w taki sposób, iż wydaje się to być czymś normalnym. Jagna zostaje wygnana ze wsi po scenie gwałtu w bardzo opresyjny sposób, właśnie przez kobiety. Niestety ciężko jest wywnioskować jaki jest główny wątek tak przedstawionych "Chłopów".

O czym jest "Zew Cthulhu " Michała Borczucha? Kanwą spektaklu Nowego Teatru w Warszawie jest tyleż fantastyka grozy pióra H.P. Lovecrafta, co tematy z biografii amerykańskiego pisarza - seks, trudne relacje z ludźmi, brak perspektyw - na co nałożono prywatne doświadczenia aktorów. Stąd sporo improwizacji, ironii, odniesień do sytuacji politycznej w Polsce, widzimy na przykład Monikę Niemczyk zachowującą się niczym Jadwiga Staniszkis, Jarosław Kaczyński jest zaś porównany do boga-idioty. W scenariuszu Tomasza Śpiewaka nie ma powiązań fabularnych, ale sceny świetnie się ze sobą łączą nastrojem obezwładniającej nudy, obawy dotyczącej przyszłości, kondycji człowieka - są to dylematy z początków poprzedniego i tego stulecia.

No platform

Niecodzienną formą może się pochwalić spektakl "Hymn do miłości" z Teatru Polskiego w Poznaniu, w którym Marta Górnicka dyryguje złożonym z dwudziestu osób chórem. W trakcie około godzinnego przedstawienia aktorzy skandują hasła związane z nacjonalizmem, ksenofobią, brakiem możliwości porozumienia. Warto docenić wysiłek aktorów, choreografię i rytm spektaklu. Tekst i forma wypowiedzi, stworzone przez Górnicką, są bardzo radykalne, reżimowe, to znaczy mogą wywoływać opór nawet w widzu, który się z nią zgadza. Doceniło te walory jury, przyznając nagrody dla Teoniki Rożynek i Anny Godowskiej za najlepszą muzykę i choreografię (pod czym się podpisuję), a za najlepszą scenografię i kostiumy uznając prace Roberta Rumasa i Anny Marii Karczmarskiej.

Tegoroczna edycja festiwalu bogata była w propozycje, w których muzyka i ruch odgrywają bardzo ważną rolę i stanowią ramę dla tekstu. Oprócz "Hymnu do miłości" i "Wesela" widać to w przedstawieniu Komuny// Warszawa "Cezary idzie na wojnę" w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego. Osnute na kanwie kompozycji Stanisława Moniuszki i Dymitra Szostakowicza oraz choreografii Wacława Niżyńskiego, wykorzystuje prywatne doświadczenie reżysera związane z poborem do wojska. Aktorzy czytają ogłoszone w 1994 roku kategorie wojskowe, szczegółowo wymieniają niedoskonałości fizyczne, problemy zdrowotne, które je warunkują, dając obraz rygorystycznych reguł, jakim podlega ciało w sytuacji poboru. Co stałoby się, gdyby świat stanął w obliczu wojny, gdyby pobór był czymś koniecznym? Jak ma się czuć mężczyzna, który musi wpasować się w obowiązujący kanon dotyczący ciała? Długie sekwencje ruchowe i gra z rekwizytem dobrze współbrzmi z muzyką. Występuje czterech aktorów i aktorka, wszyscy są Cezarymi w różnym wieku i z różnymi doświadczeniami (zasłużona nagroda dla najlepszego zespołu). Być może każdy z nas może stać się Cezarym.

Komórki pamięci i jednostki

W programie pojawiły się także spektakle, które były oderwane od teraźniejszej tematyki społeczno-politycznej. Na szczególne zainteresowanie zasługuje "Henrietta Lacks" Anny Smolar (współautorami scenariusza są aktorzy). Przedstawienie Nowego Teatru w Warszawie przybliża, a właściwie przedstawia tytułową a mało znaną, czarnoskórą kobietę, która w wieku trzydziestu jeden lat zachorowała na raka i mimo leczenia zmarła. Dzięki badaniom prowadzonym na pobranych od niej (bez jej wiedzy) namnażających się komórkach, dokonano postępu w leczeniu raka. Dla niej naukowcy zrobili tyle, że nazwali jej nieśmiertelne komórki HeLa. Czteroosobowa obsada i minimalistyczna scenografia (fragment laboratorium doktora George'a Geya, który badał komórki, i kilka krzeseł) sprawiają, iż uwaga widzów skupia się na temacie. Część spektaklu to rozmowa dziennikarki z poszczególnymi bohaterami, również z dwójką z pięciorga dzieci Henrietty. Kwestie komu należą się pieniądze zarobione na komórkach, czy doktor Gey powinien skontaktować się w tej sprawie z dziećmi, "czyj był rak Henrietty Lacks ", rozstrzygnąć mają widzowie.

"Harper" Grzegorza Wiśniewskiego ukazuje życie i kłopoty rodziny mieszkającej pod Londynem. Tytułowa bohaterka dramatu brytyjskiego autora Simona Stephensa to żona i matka nastoletniej, sprawiającej problemy wychowawcze córki. Taki typ teatru (odnoszący się do zwyczajnego życia, psychologiczny) trzeba po prostu lubić, gdyż spektakl Teatru im. Stefana Żeromskiego z Kielc w zasadzie niczym się nie wyróżnia. Szkoda, że prawdziwy powód przeprowadzki rodziny - donos związany z robieniem przez męża Harper zdjęć dziewczynkom na placu zabaw - nie wybrzmiewa głośniej. Najbardziej szczera, najlepiej zagrana scena to dopiero koniec, gdy w trakcie wspólnego posiłku Seth, mąż Harper, opowiada o tym, co by było, gdyby mieli świetną pracę, dużo pieniędzy, dobre relacje rodzinne. Na uwagę zasługuje scenografia Mirka Kaczmarka - przez środek sceny biegną tory kolejowe. Spektakl rozpoczyna się od rozmowy Harper z jej szefem po dwóch stronach tego peronu. Tworzy to ciekawą metaforę rozmaitych barier, jednakże zostaje ona szybko przekroczona, by dalej odgrywać dramaturgiczną rolę.

Czy scena jest dla ludzi?

"Come Together" Wojtka Ziemilskiego różni się od pozostałych spektakli pokazanych na festiwalu otwartością formy. Przez cały czas czwórka aktorów zachęca publiczność do wejścia na scenę, czemu przeczy napis: "Proszę nie wchodzić na scenę" i zachowanie obsługi widowni, która uniemożliwia chętnym tytułowe "pójście razem" z aktorami. Przebieg przedstawienia Teatru Studio z Warszawy zależy po części od widzów, którzy odkrywają mechanizmy nim rządzące i poddają się nim lub nie.

"Ślub" z Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu wzbudził mieszane uczucia, moim zdaniem to świetnie zagrana klasyka. Minimalistyczna scenografia Marka Brauna, złożona dosłownie z kilku mebli, proste kostiumy Wandy Kowalskiej, surowość formy narzucona przez reżyserkę Annę Augustynowicz pozwalają na wybrzmienie tekstu Witolda Gombrowicza. Rzadko można w takim stopniu skupić się na tekście, jak to jest w tym przypadku. Dzieje się tak również dzięki obsadzie, a szczególnie dobrej roli Henryka, granej przez Grzegorza Falkowskiego.

Grand Prix otrzymało "Sekretne życie Friedmanów" w reżyserii Marcina Wierzchowskiego, a także nagrody aktorskie - zasłużone: za najlepszą rolę męską (Piotr Pilitowski - Ojciec) i najlepszą drugoplanową rolę kobiecą (Małgorzata Kochan - Matka). Spektakl Teatru Ludowego w Krakowie, inspirowany filmem Andrew Jareckiego "Sprawa Friedmanów", opowiada o prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce w latach osiemdziesiątych w Stanach, a dotyczących molestowania i pedofilii. Mówi o tym, że nie warto oceniać "książki po okładce", gdyż bohaterowie, którym towarzyszymy, nie wydają się być ludźmi zdolnymi do czynów, o które zostali oskarżeni, chociaż i to nie jest pewne - nie otrzymamy jednoznacznej odpowiedzi.

Wygrał lepszy od każdego, czy taki, od którego nie ma lepszych?

W Konkursie Głównym wzięły jeszcze udział trzy spektakle, których obejrzenie uniemożliwiał układ repertuaru czy brak miejsc: "Z biegiem lat, z biegiem dni [gdzie jest Pepi]" według scenariusza i w reżyserii Agnieszki Glińskiej z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, "Wściekłość" Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej z Teatru Powszechnego w Warszawie oraz zamykający festiwal drugi tytuł z afisza Starego Teatru - "Triumf woli" Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego.

Werdykt jury w kategorii scenografia i kostiumy rozczarowuje. Idea bardzo oszczędnej oprawy scenicznej pasuje do formy "Hymn do miłości", aczkolwiek zaprojektowana w ten sposób przestrzeń sceniczna nie zasługuje na nagrodę. Wskazałabym raczej "Chłopów" ze scenografią Krzysztofa Garbaczewskiego i Jana Strumiłły oraz kostiumami Sławomira Blaszewskiego za niecodzienny sposób pokazania wsi. "Sekretne życie Friedmanów" to niezły, psychologiczny teatr, oddziałujący na emocje widzów tematyką, zrozumiały także dla międzynarodowego jury. Inne propozycje mogły temu gremium przysparzać trudności w wyłapaniu kontekstów i znaczeń. Ja wyróżniłabym "Zew Cthulhu" za dobry scenariusz, "Cezary idzie na wojnę" za ciekawy sposób i formę zilustrowania tematu i "Ślub" za możliwość wybrzmienia tekstu. Jeśli chodzi o najlepsze role, lekkim zaskoczeniem była dla mnie nagroda dla Edyty Łukaszewskiej w "Będzie pani zadowolona", rola Pani Jusi jest dobra, ale nie zapada szczególnie w pamięć. Doceniłabym raczej Magdalenę Koleśnik za rolę Jagny w "Chłopach" lub Monikę Frajczyk grającą Pannę Młodą w "Weselu".

**

X Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia, Kraków 9-16 grudnia 2017, nurt Inferno.

*

Magdalena Łakoma - studentka studiów magisterskich na kierunku teatrologia, absolwentka studiów licencjackich wiedzy o teatrze na Uniwersytecie Jagiellońskim.