powiększwersja do drukupoleć znajomemu

O trudnościach nauczania aktorstwa

Trudności nauczania reżyserii są ogólnie znane. Z aktorstwem sprawa wydaje mi się trudniejsza, ponieważ aktorstwa na dobrą sprawę uczyć można. Niektóre szkoły w niektórych krajach kształcą nawet wcale nieźle przygotowanych do swego zawodu aktorów - pisał Erwin Axer w "Kłopotach młodości, kłopotach starości".

Trudności nauczania reżyserii są ogólnie znane. Najwięksi specjaliści uważali, że sprawa jest zawiła, jeżeli nie w ogóle niemożliwa. Toteż pożytek ze szkół reżyserskich, tam gdzie one istnieją, nie polega na nauczaniu reżyserii. Te szkoły po prostu umożliwiają adeptom przyglądanie się temu, jak reżyserują inni, ułatwiają samodzielne reżyserowanie. Mogą oczywiście uzupełnić wykształcenie ucznia w dziedzinach pomocniczych. To wszystko.

Z aktorstwem sprawa wydaje mi się trudniejsza, ponieważ aktorstwa na dobrą sprawę uczyć można. Niektóre szkoły w niektórych krajach kształcą nawet wcale nieźle przygotowanych do swego zawodu aktorów.

Czego powinna uczyć szkoła aktorska?

Obserwując - co prawda pobieżnie - nauczanie i efekty nauczania u nas i w kilku jeszcze miejscach, doszedłem do przekonania, że dobra szkoła aktorska, podobnie jak baletowa, powinna być instytucją poświęconą przede wszystkim kształceniu ciała, nie zaś duszy. Obserwując dobrych, a raczej "skutecznych" nauczycieli, zauważyłem, że uczą przede wszystkim elementów: jak chodzić, jak

siadać, wstawać, jak trzymać się w krzyżach, jak i które wyrazy akcentować, jak mówić głośno, cicho, szeptem i tak dalej, i tak dalej. "Nieskuteczni" nauczyciele rozmawiają o duszy, rozbudzają fantazję, przemawiają do uczuć, analizują i tak dalej, i tak dalej.

Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego jak skoncentrować nauczanie na sposobach pożytecznych i skutecznych, nieskuteczne zaś wyeliminować. Rezultaty powinny być wkrótce widoczne.

Tymczasem sprawa nie przedstawia się tak prosto. Nie wiadomo przecież, jak siadać, wstawać, chodzić, mówić głośno i cicho. Zupełnie inne zasady reprezentuje nauczyciel-aktor wychowany w szkole Zelwerowicza, inne taki, którego styl ukształtowała Reduta, jeszcze co innego reprezentują "oryginały" indywidualności w rodzaju np. Eichlerówny albo Woszczerowicza. Można by wymienić kilkanaście, a może i więcej szkół, stylów, manier i sposobów.

Oczywiście można uczyć podług jakiejś zasadniczej konwencji. Zawsze uważałem, i zdaje się, że nie tylko ja, za jednego z najlepszych nauczycieli aktorstwa Stanisława Stanisławskiego. Był znakomitością, jakkolwiek - być może - nie zawsze dotrzymywał kroku ówczesnym tytanom sceny. Za to jako nauczyciel był nieoceniony. Nieomylnie wiedział, które słowo należy zaakcentować w ośmiozgłoskowcu fredrowskim, jak wejść na scenę w roli Lubomira lub Radowa, jak wykonać ukłon, jak ręką skinąć i jak się zwrócić ku damie. Dialog francuskich fars i komedii nie miał dla niego tajemnic. Jego uczniowie nie mieli wątpliwości co do tego, ze słowo pojawiające się w replice należy podkreślić również w kwestii inicjującej. Najważniejsze zaś w całym nauczaniu było to, że Stanisławski tego wszystkiego sam nie wymyślił.

Podczas gdy w scenach innych nauczycieli, wybitniejszych czasem od niego aktorów i inscenizatorów, uczniowie, bywało, błyszczeli, sceny Stanisławskiego z "Pana Beneta", "Jowialskiego", "Ślubów" lub "Króla" rozwijały się w rytmie sprawnego mechanizmu. Czasem nawet nieco oschle, zewnętrznie. Jednakże pożytek z tamtej nauki bywał moim zdaniem niewielki. Od znakomitych psychologów-reżyserów ani uczniowie, ani aktorzy nie korzystali wiele, i kiedy mistrz ich opuszczał, zostawali sami wraz z całą swoją bezradnością. Uczniowie Stasia Stanisławskiego na zawsze posiedli swoje minimum umiejętności, a przed tymi, którzy potrafili rozwinąć i przystosować do nowych zadań opanowany w szkole system estetyczny i wyuczone elementy techniki - przed tymi otwierały się szerokie możliwości. Nawet wtedy, gdy konwencja reprezentowana przez nauczyciela straciła (jeżeli straciła) aktualność. Opanowanie pewnych zasad technicznych pozwala bowiem zrozumieć i opanować inne, nowe. Nieopanowanie żadnych uniemożliwia realizację czegokolwiek.

Zawsze mi się wydawało, a dziś jestem tego bardziej pewny niż kiedykolwiek, że jest rzeczą ważną, aby nie nauczali aktorstwa źli aktorzy, że nie jest rzeczą najlepszą, by uczyli aktorzy najwybitniejsi, reprezentujący oryginalny styl własny ten styl stosunkowo łatwo przeradza się w manierę; że najlepszym nauczycielem jest dobry, bardzo dobry czy nawet średni aktor, reprezentujący określoną, możliwie wypracowaną przez kilka generacji konwencję, system "sposobów" Tylko on ma możliwość nauczenia czegoś konkretnego.

Sęk w tym i trudność cała, że u nas dzisiaj takiej konwencji właściwie nie ma.

lipiec 1966