powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Never Ending Story

"Golem" w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Pisze Krystyna Gucewicz.

Teatr Żydowski w Warszawie. Niby nie ma, a jest. Jest jeszcze bardziej, jakby na przekór czasom i okolicznościom. Posiał ferment, zaskakuje, poszukuje. Tkwi w pejzażu sztuki intensywnie, drapieżnie, odważnie. Pozbawiony siedziby, szuka gościnnych scen. Gra tu i ówdzie, daje premierę za premierą, sięgając regionów sztuki wysokiej. Mówi się, że TŻ to jedna z najgorętszych polskich scen. Tak jest.

Także dzięki specyficznemu serialowi , który został, jak najsłuszniej, obstalowany u Kleczewskiej i Chotkowskiego. Najpierw Maja Kleczewska zbudowała symfoniczne przedstawienie "Dybuka", rzecz wybitną, wielowarstwową i wielomówną. Moim odkryciem w jej spektaklu stał się sam dybuk - synonim pamięci, zapominanej pamięci, która przecież powinna budować nasze uniwersum. Potem był "Malowany ptak" (wyprawa do Poznania jeszcze przede mną). I dosłownie przed chwilą najnowsza część tryptyku - "Golem". Poruszająca, porywająca i porażająca. Znowu intelektualna przygoda, gra z widzem na kilku planach sensu.

Nie ma przymusu, oglądamy, co chcemy. Kwestia smaku. Tak się składa, że od premiery "Makbeta" chcę oglądać wszystko, co podpisuje ta artystka (nie tak dawno zrealizowała obywatelską "Wściekłość" w Powszechnym, chociaż skorygowałabym tytuł na "Wkurw"). Czołobitnie sekunduję też Zadarze, Glińskiej, realizacjom scenicznym Wysockiej (opera!), duetowi Demirski- Strzępka, z przewaga Strzępki ("Nie Boska" w Starym). Zdolna zmiana. Wczorajsi prorocy teatru, wypaleni matuzalemowie muszą się postarać, żeby wrócić na szczyt. A to nie takie łatwe, bo w drodze na artystyczną górę plączą się tabuny reżyserskich narcyzów i pozerów. Oglądam to wiem.

Golem - historia bez historii. Projekt Kleczewskiej nie zajmuje się zjawiskiem mistycyzmu, silnie obecnym w przekazach ludowych i tradycji kabały Europy środkowo-wschodniej. Nie tłumaczy, że golem, istota ulepiona z gliny i mułu, ożywiona cudownym tchnieniem alchemika, jest właściwie nikim. Zaprojektowana jako kopia człowieka, nie potrafi mówić ani myśleć. Występuje zazwyczaj w roli służebnej, ba, może nawet być zwierzęciem. Generalnie jest czymś sztucznie ożywionym, automatem, robotem i głupkiem, ściślej niedołęgą, tumanem, gamoniem, a nawet głąbem. I nie szukajmy prostego przełożenia na Pinokia, na tę słodką figurkę, spełniającą ambicje twórcy . Nie myślmy o Terminatorze- bo to nie ta bajka. Dalej jest już tyko Frankenstein - niezła rodzinka...

Mamy wybrać się na spektakl pozbawieni tej wiedzy. Ale i tak ją zdobędziemy. Brutalnie, dosadnie, w najróżniejszych kontekstach dziejowych, literackich, etycznych, filozoficznych . "Golem" będzie katalizatorem gonitwy myśli. Nieoczekiwanej, porażającej, fascynującej. Trzeba wejść w ten nurt i płynąć. Dać się porwać teatrowi.

*

Krok za krokiem. Wchodząc do przeogromnej hali w ATM na Wale Miedzeszyńskim znajdziemy się w mrowisku. Kłębimy się - masa - bez kierunku i drogowskazów. Niektórzy okazują się aktorami, coś mówią. Podchodzimy, żeby usłyszeć, podglądamy, bo dialog jest zaprojektowany tylko wewnątrz świata scenicznego.

Zupełnie na początku natkniemy się na kogoś w milczeniu leżącego w łóżku. Od razu skojarzenie, że tkwi tu jak Bohater Różewiczowskiej '"Kartoteki" i to jemu cały ten świat się przydarza. Być może wszystko tylko jemu się wydaje. Przez niego, osobliwe medium, przepływają postaci - zjawy, opowieści, zdarzenia. Może jest we śnie, w wirtualnej malignie. A zatem mógłby stać się jakimś nienazwanym alibi dla okropieństw, o jakich będzie się tu za chwilę mówiło. No, ale tkwi obok nas, widzimy to samo. Zatem kim jest? Może sfatygowanym, podstarzałym, zużytym cyborgiem, robotem na śmietniku? Przecież odzywa się dopiero wtedy, kiedy ktoś się zbliża; zapewne trzeba nacisnąć guzik, żeby się ożywił. Monologuje o Kosmosie, o czeluściach mózgu, zagadkach nauki (Marek Węglarski szlifuje te improwizacje, pochłaniając coraz to nowe lektury).

Równocześnie w innej stronie hali reflektor wydobywa pokraczną postać wodzireja, podstarzałego showmana, może nawet stand-uppera (dziś modne), który proponuje nam kolejne usprawiedliwienie dla tego, co nas czeka. Zabawę. Tym bardziej, że podobno ma urodziny. Jego gigantyczna twarz wyświetli się na ekranie, wyrzuci z siebie lawinę słów, jak w tanim kabarecie (energetyczny Henryk Rajfer). Tak, znowu sygnał: ten żałosny gwiazdor wydaje się karykaturą konferansjera z "Kabaretu" (cytatów, kodów kulturowych każdy może szukać w tym przedstawieniu do woli).

Jednym słowem zaczyna się niewinnie, chociaż spostrzegawczy widz szybko zreflektuje się, że coś jest "nie-hallo", skoro teatr nie pozostawia wątpliwości, że świat za chwilę przedstawiony to nasz świat. Wyraźnie odbijamy się w gigantycznym lustrze. To nie Oni to My! No i ta skulona postać, synteza strachu, ukrywająca się przy podeście - kredką, a może paznokciami wydrapuje imię: Rachelka. Delikatny sygnał, że demony przeszłości krążą wśród nas.

*

To jeszcze nie piekło. To na razie Nowy Jork. Pycha samozwańczego Stwórcy i mistyka (znakomity Jerzy Walczak) została nagrodzona - golem przybrał ludzką postać. To dziewczyna. Delikatna, bezbronna, naga (skupiona Małgorzata Gorol - gościnnie). Pusta postać, zaledwie materiał na człowieka. Forma. Nauka golema dopiero się rozpoczyna, i to dość niewinnie. Zabawna sekwencja pierwszej lekcji: przechodzisz przez ulicę na zielonym świetle, myjesz plecy, plecy są z tyłu, i moje ukochane zdanie: "wszyscy nowojorczycy pod prysznicem występują (!) nago".

Pałeczkę Stwórcy- alchemika przejął szalony asystent. Uczeń czarnoksiężnika (potężna, wielka rola Michała Czachora, aktora Teatru Powszechnego) ma wyedukować stwora. Rozpoczyna się tortura mówienia. Asystent diabła dwoi się i troi. Wyrzuca z siebie fragmenty słynnego "Kaspara" Petera Handke. Przekonuje golema: "Masz już zdanie, dzięki któremu możesz dać się zauważyć" . Skojarzenie z tą "anty-sztuką" jest jak najbardziej na miejscu: jak wiadomo Kaspar wypowiadał tylko jedno zdanie. A golem? Chwileczkę. Coraz wyraźniej tłucze się w głowie zupełnie inne "jedno zdanie". "Stwarzasz człowieka, i jednocześnie odbierasz mu wolność" - to też Peter Handke.

Język i tekst są w każdym scenariuszu niezwykle istotne - to jasne. Wspominając "Kaspara" dla porządku trzeba zapisać, że inspiracją twórców tego zdarzenia teatralnego była książka Halperna Lejwika "Golem" (w tłumaczeniu Olka MIncera). Jej fragmenty zostały wplecione do scenariusza, jak wiele innych tekstów (o czym za chwilę). Wplecione, dokładnie tak, jak w tkaninie - współczesny teatr bardzo często żywi się formułą patchworkową, zabiegiem zszywania najprzeróżniejszych tekstów w jedną całość.

*

Nie ma rampy, właściwie nie ma krzeseł, nie ma jednego planu. Przez dwie i pól godziny widzowie i aktorzy snują się, wędrują, przemieszczają. I staje się coś niezwykłego: publiczność zostaje wchłonięta do wnętrza, wessana przez świat przedstawiony, wciągnięta do brzucha potwora. Tego wieczoru dokonuje się najbardziej oczekiwany cud teatru: zespolenie realności i sztuczności. Naturalnie nie jest to "odkryciem" naszych czasów. Magia teatru zawsze była spotęgowana przez nieoczywiste wykreowanie przestrzeni, a także czasu. Praktykował to i zapisał w przemądrej rozprawie Kazimierz Braun, konsekwentny reformator współczesnego teatru. Spektakl Kleczewskiej dla mojej generacji stanowi przywołanie tzw. drugiej reformy teatru, czasów teatru otwartego, lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Bread and Puppet, Le Soleil Mnouschkiny, Akademia Ruchu, Teatr Ósmego Dnia i tak dalej, i tak dalej. Być może właśnie sentyment, jaki żywię dla tamtej rewolucji w teatrze, podwaja moje emocje teraz. Cóż, bez emocji nie ma sztuki. Także sztuki oglądania.

Magia unosi się w powietrzu. Na tym polega arystokratyzm teatru, że udanie jest prawdą, że wszystko dzieje się tu i teraz, na odległość oddechu i emocji. I tylko raz. Bo jutro będzie jutro, a utrwalone, zarejestrowane okaże się już filmem. W teatrze widzowie i aktorzy podają sobie okruchy energii, nić Ariadny, nić do serca, rozumu, kosmosu. I temperatura z pewnością przekracza trzydzieści sześć i sześć.

Małe post scriptum, kolejna dygresja. "Golema" w TŻ można oglądać w tzw. pętlach, czyli setach. Aktorzy grają w magicznym kręgu czasu, nic się nie kończy, nie zaczyna, po prostu trwa. Można wejść i wyjść. Historia teatru, a i moje wspomnienia, w takich razach przywołują legendę "Orestei" Petera Steina. Przedstawienie trwało dziewięć godzin, oglądaliśmy je w Warszawie (1983), w tzw. międzyczasie wychodząc na obiad, na spacer, żeby za godzinę, pół, znowu wrócić. Tak, wszystko już było. A jednak u Kleczewskiej czuje się władzę natchnienia.

W TŻ można przyjść i wrócić, pogadać ze znajomymi, pić wino podczas spektaklu (to już gorzej, kiedy słucham o Holokauście, a obok ktoś sączy; .co z tego, że taki jest świat..). Można fotografować, kręcić filmiki - tego też nie rozumiem. I nie dlatego, że chodzi o prawa autorskie twórców przedstawienia, ale o prawa aktorów. Ich nagość, funkcjonująca absolutnie aseksualnie jako teatralny znak, sfotografowana i wysłana - powiedzmy- na Facebooka, zaczyna być czymś innym. Pytanie: na ile narusza to prawa artysty, człowieka, aktora, nawet najbardziej oddanego sztuce? I gdzie biegną granice oddania? Nie po raz pierwszy się dziwię- bo zjawisko przesuwania brzegowych granic służebności aktora stale się rozszerza.

*

Lepienie golema trwa cały czas. Toposy, wątki, motywy tego przedstawienia mieszają się i zapętlają. Przerażających skojarzeń pojawia się coraz więcej. Jak blisko od legendy mistyków do procesów społecznych bezwstydnie kształtujących człowieka, lepiących całe społeczeństwa, jak niedaleko do prania mózgów, presji polityki, do cynicznej produkcji cyborgów intelektualnych. Zanikają wartości, zasady, zdania najprostsze. Ktoś jeszcze je przywoła? Jeszcze profesor Michał Heller (kosmolog, filozof i teolog, jedyny Polak uhonorowany Nagrodą Templetona)) wbija do naszych skołowanych głów: "U podstaw życia świadomego leży napięcie pomiędzy naciskiem z zewnątrz a wewnętrzną autonomią". W spektaklu pada zdanie :"Świadomość to brzemię". Mówi nam to coś?

To nie jest przesadzona optyka. Pozwala zobaczyć ludzi jako posłuszną masę, zgromadzenie bezdusznych robotów, zmanipulowanych kopii (żeby nie sięgać do polityki, wskażmy korporacje, czy świat mody). Gorzej - przychodzi na myśl dosłowna relacja człowiek- maszyna. W świecie golemów człowiek to rzecz. Żyjemy w coraz bardziej nierzeczywistej rzeczywistości, wymyślanej w Krzemowych Dolinach. Robotyka stała się filozofią naszych czasów, Kant nie ma szans ze swoim niebem gwiaździstym i prawem moralnym. Interesuje cię, kiedy zastąpią nas maszyny? I co się stanie, jeśli odetną kraj od Internetu? Gdzie najpierw zbiorowo zaprogramuje się mózgi wiązkami lasera? "Lot nad kukułczym gniazdem" to pestka

O tym też myśli się, oglądając to gęste, wielowarstwowe przedstawienie. Owszem, jeszcze nie zapięte ostatecznie, nie pozbawione dłużyzn, szczególnie w drugiej połowie, ale fascynujące. Intensywne, niepokojące, istotne. Aktorzy T Ż, wspaniali aktorzy, wydobywają intencje inscenizatorki z talentem i oddaniem.

*

Niemal od początku w tę układankę wdziera się pamięć. Pamięć o stracie, o Losie, żydowskim losie, opowiadanym przez dzieci Holocaustu. Opowieści należą do przechodniów mijających się w zhomogenizowanym tłumie teatralnej ulicy. Te monologi, wypowiadane ściszonym głosem, uparcie, monotonnie to autentyczne relacje - dokumenty. Można odwrócić głowę. Można nie zauważyć takiego przechodnia, bo mówi szeptem. Albo tylko myśli, przez dziesięciolecia od wojny żyje w ciszy ze swoją ukrytą historią. Nie wiem, jak o zabrzmi, ale poczułam się jak w lesie, w parku, wśród bardzo mądrych drzew. Czy nie jest tak, że kiedy obejmuje się drzewo, ono opowiada, wystarczy przyłożyć ucho

Relacja małej dziewczynki nigdy się nie kończy. Aktorka (magnetyczna rola Joanny Przybyłowskiej), dzięki charakteryzacji grająca cień, będzie krążyć wokół nas jak w somnambulicznym marszu , niepokoić, osaczać (tę figurę sceniczną Kleczewska zastosowała już w "Dybuku"). Ból nigdy nie umiera - dramatyczne świadectwo matki daje nieważna kobieta (skupiona Barbara Szeliga). Swoją historię przynosi inna dawna dziewczynka (wspaniała Wanda Siemaszko). Głosy się nakładają, zanikają, powracają jak echo (Piotr Sierecki). Ale dźwięczą coraz dobitniej. Pojawia się babka -matka, obsesyjnie nucąca tę samą melodię, wycofana, jakby nieobecna (wzruszająca Gołda Tencer). Wnuk mówi: "ludzie chowają w sejfach rzeczy, żeby ukryć przed innymi, myślałem, że jesteś takim sejfem". No właśnie, czy można ukryć pamięć, korzenie, godność?

Tego wieczoru w TŻ konsekwentnie buduje się jedność sztuki i życia, tworzy jakaś "nadwartość", totalność tej wspólnoty widza i tamtych ludzi, powróconych w kreacjach aktorów. Są wśród widzów. Obok nas. A obok mnie Hanna Krall, kustosz pamięci, reporterka Losu. Poznała wielu.

Na maszynie do sprzątania ulic wjeżdża bezmyślny prymus , asystent posągowego demiurga. Zapewne też jest z rodziny golemów, wskazują na to jego reakcje i akcje. Obok niego - wykluczeni, niepotrzebni ludzie, świat kalekich postaci w karykaturalnym tańcu, w jarmarcznych przebraniach - mondo cane. Nad wszystkim góruje abstrakcyjne marzenie: jechać do Ameryki. Tak zwana ludzkość w obłędzie

Golem stwarzany tu i teraz, ta dziewczyna, właściwie pozbawiona płci, bo nie o płeć tutaj idzie, po transformacji w ludzką formę staje się kobietą . Teraz musi zdać egzamin (multimedialność realizacji pozwala tę scenę pokazać na ekranie). Zgodnie z modą na dziś, to oczywiście test. Pada pytanie: "czy ciekawe jest życie w strachu?" Nie ma odpowiedzi, ale cyniczny egzaminator podpowiada - odwróć żółwia. Nie ma bardziej okrutnego momentu w tej scenie.

*

Sygnały, skojarzenia, podteksty. Bezmyślny asystent Stwórcy woła: "pali się!" Podobno w Grodnie głupek golem podpalił miasto, nieumiejętnie przygotowując szabasowe świece. Za to na pewno spłonął świat w Jedwabnem Odniesienie jest jednoznaczne. Przejmujący, efektowny obraz: kłęby białego dymu wylewane z metalowych kubłów, niby niewinne chmury pożerają wszystko. I niemal natychmiast rozwiewają się w niepamięci

Akty, sceny, obrazy. Na ekranie twarz profesora Michała Głowińskiego; beznamiętny głos aktorki czyta jeszcze jedno świadectwo - to fragmenty znanej autobiografii. Wątek żydowski wplótł się w pejzaż ludzkiego okrucieństwa i głupoty. Nie wiadomo, czy jesteśmy w świecie nieludzkich ludzi czy ludzkich golemów. Strach, panika, obłęd opowiedziany, obłęd zatańczony (Kaya Kołodziejczyk - gościnnie); muzyka Cezarego Duchnowskiego wybrzmiewa pełnym głosem.

W tym chaosie zjawia się zgrzyt - krzyk. Flesz, jak rozumiem dla przywołania realnego świata w sposób dosadny. Człowiek - kaleka demonstruje chore członki. Uważam, że to defekt, niepotrzebny defekt. W teatrze się nie pokazuje, w teatrze się gra.

Niezupełnie nie a propos Jest taka opowieść Erwina Axera (właśnie obchodzimy stulecie urodzin tego maga teatru, mistrza i moralisty), anegdota zapisana w "Ćwiczeniach z pamięci". W roli głównej Irena Eichlerówna, autokratyczna dama teatru. Jak wiadomo, odznaczała się słuszną figurą i flegmatycznym trybem egzystencji. Niewiele chodziła, raczej zalegała na szezlągach. Toteż nikt nie ośmieliłby się na zmianę tych obyczajów, nawet w teatrze. Aż tu nagle: stało się. Pani Lena, jak motyl, wpłynęła zwiewnie na scenę, przetańczyła krąg; potrzebowała tego do roli. Zdziwiony Axer spytał, jak to zrobiła. Odparła, że normalnie. Podpatrzyła, jak tańczą ,a potem zagrała. Bo w teatrze się nie tańczy, tylko gra, że się tańczy

To tyle o zgrzycie, na szczęście ta realność nie jest zbytnio celebrowana. Można zaczynać wszystko od początku. Tresować golema : "to oko, to usta, to nos". Udawać, że jest normalnie, bo przecież "show must go one". A więc teatr znów zagra "Golema" . Od pierwszego taktu do ostatniego i da capo, jak rondo. To też coś znaczy. Że to wszystko, czym nas zajął, co poruszył, obudził, to trwa. Było jest i będzie. Ocean głupoty, schizofrenia nadwrażliwców, oddawanie pola, narodowe fobie i bezradność w piekle rozumu. Never Ending Story. Nasze życie. Nasz świat.

I wiemy, że nie wiemy, co z tym zrobić.