powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kłopoty młodości i kłopoty starości

Zawsze miałem kłopoty z wiekiem. To znaczy nigdy nie miałem tylu lat, ile mi właśnie było potrzeba. Jako trzynastoletni chłopiec, całkowicie dojrzały do wzniosłych przeżyć, musiałem się zadowolić uczuciami płatnymi. Można się domyślić, jakie to pozostawiło ślady w mojej duszy - pisał Erwin Axer w książce "Kłopoty młodości, kłopoty starości".

Kiedy doszedłem lat osiemnastu, w modzie byli młodzieńcy trzydziesto- i czterdziestoletni o ustalonej pozycji materialnej i społecznej. Używano mnie do noszenia torebek, szalików i na posyłki. Najlepsze lata strawiła mi wojna. Zamiast poznawać świat, jak inni, robiłem klucze albo pisałem głupie referaty o upowszechnieniu teatru. Po powrocie z obozu pomyślałem sobie: nareszcie! Teraz już niewiele brakuje mi do trzydziestki. Ale pozycja społeczna i materialna przestały się liczyć. Zresztą nie miałem ani jednej, ani drugiej. Dziewczyny mijały mnie obojętnie, uwieszone u ramion dwudziestolatków. Wtedy zostałem dyrektorem teatru. Czyste, bezinteresowne uczucie, o jakim marzyłem od dzieciństwa, raz na zawsze odeszło w krainę fikcji. Stałem się mściwy, brutalny, podły, podstępny i wyrachowany.

Kobiety nadal omijały mnie z daleka lub padały mi w ramiona, żądając gaż, ról, sławy i zaszczytów szeptem przenikliwym jak syk żmii. Nie było dla mnie szczęścia.

To samo w dziedzinie znacznie mniej ważnej, zawodowej. W szkole teatralnej byłem za młody, najmłodszy, i z tego powodu większość profesorów okrutnie mnie prześladowała, a Schiller wręcz znęcał się nade mną. Kiedy Kazio Rudzki i Bardini dostawali "dobrze" i "bardzo dobrze" mnie dawano ledwie "dostatecznie" albo nawet musiałem zadowolić się "dwójką". Łkałem cicho w kącie, a Rudzki dawał mi jeszcze fangę w bok albo "gruszkę" po głowie. Zacząłem łysieć. Wtedy znowuż wybuchła wojna, ta sama zresztą, która położyła kres mojemu życiu uczuciowemu. Myślałem, że po wojnie wreszcie będę dorosły. Rzeczywistość okazała się znacznie gorsza. Moi starsi koledzy z obozów i z powojennej szkoły stali się kadrą młodych reżyserów, w których ojczyzna pokładała wielkie nadzieje, podczas gdy ja nie tylko musiałem ich uczyć, ale jako przedwojenny dyplomant zostałem zaliczony w wieku lat dwudziestu kilku do "średniego pokolenia" nieuleczalnie skażonego złymi nawykami.

Czas mijał wśród trudów i zawodów. Średnie pokolenie jest zawsze w najgorszej sytuacji. Od dołu kąsają, drapią, szczypią, kłują, targają wszelkiego autoramentu młodzieńcy, z góry duszą, plują, dręczą, biją zasłużeni, czcigodni starcy.

Wreszcie i ja zostałem czcigodnym, zasłużonym starcem. Nikt już nie dziwi się moim sukcesom, są równie normalne i nieważne jak wątpliwe zasługi. Każdy cieszy się klęskami. Nikt niczego po mnie nie oczekuje. Ot, życie staruszka. Siedzę sobie w parku na ławeczce, rysuję kijaszkiem w piasku różne esy-floresy i zamglonym wzrokiem patrzę na przechodzące dziewuszki. Wiosna. Ostatnim razem, kiedy były w modzie takie krótkie spódniczki, akurat była wojna. Pech.

Czytam sobie "Przekrój" "Kulturę" znalezioną pod ławką. Piszą, że kiedyś byłem najlepszy. Szkoda, że mi wtedy tego nie powiedzieli. Nacieszyłbym się sławą i umarł. Zostałbym pogrzebany na koszt państwa, a Filler napisałby o mnie przepiękne, pozytywne wspomnienie i przy okazji obsmarowałby Dejmka, Swinarskiego, Hanuszkiewicza oraz kilku innych. Jak wszyscy zoile, woli umarłych od żywych. To doskonała droga do zostania wybitnym krytykiem. Jeżeli człowiek w dodatku zwraca uwagę na to, których żywych nie lubić (i trochę się przy tym hamuje), jeżeli wielbi właściwych nieboszczyków, nie ma obawy, by się rozminął ze swoim czasem.

Będzie zadowolony z młodości, szczęśliwy na starość. Tak jak trzeba.

***

lipiec 1966

Erwin Axer, "Kłopoty młodości, kłopoty starości", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006, s. 37-39.