powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Ósma pieśń

Listopad to - jak wiadomo nie od dziś - niebezpieczna dla Polaków pora. Coraz bardziej patriotyczni patrioci demonstrują, rocznice celebrują się coraz celebryciej, pan prezydent nawet w Wietnamie nie jest wolny od sądu. A my tu sobie na boczku usiłujemy odzyskać awangardę - pisze Dariusz Kosiński.

Teatralny listopad rozczarował - najbardziej oczekiwane premiery zamiast zachwycać i porywać, a choćby dawać do myślenia, męczyły powtarzaniem, że coś trzeba by zrobić, tylko nie wiadomo co. Na ich tle jeszcze bardziej imponująco niż przed rokiem wypadło monumentalne przedstawienie uliczne - Marsz Niepodległości, najbardziej udana polska inicjatywa partycypacyjna i drugi, obok miesięcznic smoleńskich, naprawdę skuteczny (słowo "fortunny" nie chce mi przejść przez palce) performans polityczny. W tym roku jego organizatorzy i uczestnicy odnieśli sukces międzynarodowy i trafili do wielu światowych mediów. Jak to u nas bywa, dopiero zainteresowanie świata sprawiło, że rodzimą kreacją zajęło się Ministerstwo Kultury. Minister Piotr Gliński odnosząc się do szczególnie często komentowanego transparentu wyjaśnił, że wspólnota narodowa, którą głoszą patrioci narodowcy i którą on też popiera, to nie naród etniczny, lecz "kulturowy", a ten nie jest wspólnotą wykluczającą. Ucieszyłem się, nie powiem, choć nie jestem pewien, czy moje rozumienie tego przymiotnika zgadza się z rozumieniem wicepremiera.

Mówiąc o kulturze narodowej niemal automatycznie myśli się i powołuje na tradycję, do której natychmiast doklejają się takie przymiotniki jak "wielowiekowa" i "uświęcona", wywołujące efekt kanonizacji - ustalania, jakie elementy definiują tę kulturę i tym samym naród, którego jest ona rdzeniem. To stąd na przykład myślenie, że kultura narodowa jest tradycyjnie katolicka, którego konsekwencją może być uznanie, że nie tylko islam, ale też protestantyzm i prawosławie do niej nie przynależą. Tego nikt rozsądny oczywiście nie wypowie, ale czy na pewno kanonizując kulturę narodową nie sprawiamy, że ktoś nierozsądny a agresywnie wielbiący naród kulturowy te niewypowiedziane konsekwencje wprowadzi w czyn?

Wbrew skłonnością do kanonizacji, kultura narodowa - jak każda inna - ustanawia się i przekształca w czynach i performatywach, a nie w arbitralnych definicjach profesorów. Może się więc zdarzyć, że wytworzy takie formy i kształty, których się nie spodziewamy i nie znamy. Czy zostaną one ostatecznie zaliczone do tego zestawu dyspozycji, który wytwarza naród kulturowy, to już inna sprawa i na szczęście nie zależy to ani od moich gustów, ani od decyzji ministra, ani nawet nie od tego czy TVP Kultura poświęci im swój prime time. Trafność rozpoznań i propozycji całkowicie przeoczonych w chwili ich powstania, uruchamia się niekiedy po wielu latach i w zupełnie nieprzewidzianych okolicznościach. Dlatego trzeba być zawsze w pogotowiu i starać się nie tracić żadnego z elementów tego zasobu, bo po prostu nie wiemy, co może się kiedyś okazać potrzebne. I nie chodzi tu wcale o dziedzictwo chronione dla niego samego. Chodzi o zestaw rzeczy, które mogą w każdej chwili okazać się przydatne, choć nikt już nie dawał im żadnej szansy. Jeśli naród ma być kulturowy, to kultura go fundująca i definiująca musi być - czy tego chcemy, czy nie - jak piwnica mojego świętej pamięci teścia, który przechowywał każdą śrubkę i uszczelkę, bo "kiedyś mogą się przydać". Oczywiście miał narzędzia i sprzęty, które uważał za cenniejsze i częściej potrzebne, ale miał też niezliczone słoiki, pudełeczka, skrzynki i szufladki, w których gromadził właściwie wszystko. Choć umarł dwa i pól roku temu, niczego nie wyrzuciliśmy i do dziś znajduję kolejny pojemnik z czymś, czego przeznaczenia czasem nawet nie jestem w stanie się domyślić.

Jedną z takich właśnie skrzyneczek polskiej kultury XX wieku w mijającym już roku otworzyliśmy i w listopadzie przyglądaliśmy się szczególnie uważnie jej zawartości, chociaż (a może właśnie dlatego), że często nie wiedzieliśmy, do czego mogą się przydać rzeczy w niej zgromadzone. Tą skrzyneczką jest awangarda teatralna. Dziwnymi drogami chodzące decyzje rocznicowe sprawiły, że rok 2017 ogłoszony został Rokiem Awangardy. Zabrzmi to oczywiście niewiarygodnie, ale naprawdę od kilku at starałem się znaleźć sposób na realizację pomysłu, który urodził się kiedyś w u Richarda Gougha w bibliotece Centre for Performance Research w walijskim Aberystwyth. Rozmawialiśmy tam o teatralnych laboratoriach i pomiędzy rosyjskimi studiami a późniejszymi eksperymentami pojawiła się nagle nieznana na Zachodzie Atlantyda - poszukujący artyści z Europy Centralnej i Wschodniej: Juliusz Osterwa, Łeś Kurbas, Emil F. Burian... Richard natychmiast zaczął szperać w swojej bibliotece i choć znalazł jakieś teksty i wzmianki, to bardzo szybko doszedł do wniosku, że przydałaby się taka antologia naszej zapomnianej, a w ten sposób może odzyskanej awangardy. Kilka prób podejścia do realizacji tego projektu okazało sie nieudanych, ale choć kolejne wnioski o granty przepadały, zgromadziliśmy grono sojuszników, partnerów, dziś już prawie przyjaciół z pasa sięgającego od Łotwy i Litwy na północy, po Chorwację i Słowenię na południu. Ten pas wciśnięty między dwie wielkie kultury teatralne: niemiecką i rosyjską, pozostawał oczywiście w relacji do nich, ale działający tu artyści wytwarzali własne propozycje, niekiedy tak zaskakująco oryginalne, że i dziś nie do końca zrozumiałe, niekiedy właśnie dziś brzmiące aktualnie i współcześnie. Całe to bogactwo próbujemy od kilku lat poznawać, spotykając się i opowiadając sobie wzajemnie o tym, co kto ma w swoich ulubionych skrzynkach. I tak do Osterwy, Kurbasa i Buriana dołączyli Branko Gavella, Eduards Smigils, Chrisan Cankow, Ivan Hevesi i wielu innych.

Dokładnie dzień po 99. rocznicy odzyskania niepodległości spotkaliśmy się wszyscy w Warszawie na konferencji podsumowującej tegoroczne działania, możliwe dzięki Rokowi Awangardy i dotacji Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a realizowane pod hasłem (jakżeby inaczej!) "Odzyskana awangarda". Konferencja była intensywna, bo kilkanaście referatów w dwa dni stanowi wyzwanie, ale - choć organizatorowi może pisać tak nie wypada - udała się. Spotykając się roboczo następnego dnia po jej zakończeniu szybko zgodziliśmy się, że chcemy kontynuować nasze grzebanie w szufladkach i pudełkach. Zamiast tak częstych na spotkaniach humanistów nastrojów depresyjnych, wywoływanych przez wiszące w powietrzu ciężkie pytanie "komuż, ach, komuż jesteśmy potrzebni??", pokój, w którym siedzieliśmy wypełniała dobra, bo wychylona w przyszłość energia.

Jej źródłem mogła być po prostu satysfakcja, jaką zgromadzonym dawał zrealizowany z powodzeniem projekt, ale jakaś jej część pochodziła też może z przedstawień, które w jego ramach przygotowali Robert Rumas i Grzegorz Laszuk. Pierwszy próbował przejąć i połączyć z awangardowymi tradycjami pracy nad ruchem estetykę demonstracji nacjonalistycznych, drugi przygotował z komuną//warszawa sceniczny esej "Siedem pieśni o awangardzie" zakończony jednoznaczną deklaracją o konieczności odwołania się do impulsu sprzed stu lat i podjęcia próby wymyślenia na nowo siebie, sztuki, świata. Laszuk nie ma złudzeń co do historycznej awangardy, jej naiwności, jej totalnych zapędów, które niekiedy bardzo łatwo przekształcały się zapędy totalitarne. Ale właśnie dlatego, że nie wiadomo, co robić, w podstawowym geście niezgody na bezradność zwraca się ku półce z dziwacznymi projektami i pomysłami. Nie po to, by je teraz rekonstruować i realizować, ale by wziąć od nich impuls, ładunek energii skierowany w przyszłość.

Siedzimy w pokoju urządzonym jak mieszczański salonik i rozmawiamy o dawno umarłych ludziach i ich nigdy nie zrealizowanych projektach. Ale ten impuls krąży między nami i powoduje, że nawet listopad wydaje się mniej beznadziejny.