Jerzy Jan Połoński: Na Śląsku ludzie mówią, co myślą. Jak uważają, żeś "ciul", toś "ciul"

- Lubię wychodzić ze strefy komfortu, bo przecież to, co nieznane dla nas, jest zawsze bodźcem do naszego rozwoju. Więc kto wie, może za pięć lat będę traktorzystą! - mówi Jerzy Jan Połoński. Reżyser, muzyk, aktor, lalkarz, kabareciarz, który wychowywał się w Katowicach.

«Marta Odziomek: Urodził się pan w Krakowie, mieszka w Warszawie, pracuje w teatrach w różnych miastach Polski, ale dzieciństwo i młodość spędził pan w Katowicach.

Jerzy Jan Połoński: - Zgadza się, mój ojciec, Jerzy Połoński, ze swoją rodziną przybył do Katowic po wojnie i tu się osiedlił. Był aktorem w Teatrze Śląskim. Grywał też w Krakowie, gdzie ja się urodziłem. Ale kiedy miałem zaledwie pół roku, przeprowadziliśmy się z powrotem do Katowic, gdzie tata został dyrektorem tutejszego Teatru Ateneum. Mieszkałem w Katowicach do czasu wyjazdu na studia aktorskie do Wrocławia, a więc 18 lat. Najpierw na Osiedlu Odrodzenia w Katowicach-Piotrowicach, czyli popularnym Manhattanie, a potem na ulicy Mikołowskiej w centrum miasta.

Pana ojciec był aktorem, dziadek również. Dlatego postanowił pan też nim zostać?

- A dlatego, że jestem leniwy (śmiech ). Żartuję. To oczywiście nieprawda. Aktorstwo to bardzo ciężki zawód! Zawsze spełniałem się w działalności artystycznej, uczyłem się w szkole muzycznej, wiedziałem, że chcę robić coś w tym kierunku. Jako że jestem człowiekiem, który lubi innych ludzi, przebywanie w towarzystwie i pracę w kolektywie, to postanowiłem zostać aktorem właśnie, a nie muzykiem. Spektakl tworzy przecież wielu ludzi, nie jedna osoba. W muzyce ważne jest indywidualne kształcenie, nawet jak się gra w orkiestrze, to czekają cię długie godziny monotonnych ćwiczeń w samotności. Nie podobało mi się to, dlatego teatr wygrał z muzyką! Tak jest do tej pory - lubię wspólne działanie i sądzę, że takie też są spektakle, które reżyseruję - zespołowe. Uważam, że moim walorem jako reżysera jest to, że potrafię wydobyć z aktorów zespołowość.

Czy pański ojciec pomógł panu w nauce aktorskiego rzemiosła? Co sam sądził o byciu aktorem?

- Mój tata długo był przeciwny temu, bym został aktorem. Chciałby raczej, abym był muzykiem. Albo na przykład prawnikiem. Potem się z tym pogodził. Tak, uczył mnie aktorstwa. Grałem w założonym przez niego w Pałacu Młodzieży w Katowicach Teatrze Gart w latach 1990-98. Właściwie to od 10 roku życia 5 dni w tygodniu spędzałem w Pałacu na różnych zajęciach. Uwielbiałem tam przebywać. Idąc więc do szkoły aktorskiej, miałem dość duży bagaż doświadczeń.

Uważam, że ten mój wybór, czyli bycie aktorem, odbywał się w zgodzie z samym sobą. Może jako nastolatek chwilę się wahałem. Kiedy rodzice się rozwiedli, to niekoniecznie chciałem robić to, co tata. Planowałem nawet, jako 14-latek, zmienić liceum muzyczne na ogólnokształcące, ale moja wychowawczyni - Aldona Swoboda - mi zabroniła. Powiedziała: Nie rób tego, bo przecież Ty chcesz zostać aktorem! A ja na to: A chcę? A ona: Chcesz! Przecież wszyscy to wiedzą! A szkoła muzyczna ci w tym zawodzie pomoże! I zostałem, bo stwierdziłem, że ma rację.

Poza teatrem, mój tata dał mi, a raczej pokazał jeszcze jedną, najfajniejszą w życiu rzecz - góry. Uwielbiam po nich chodzić. I staram się tą pasją teraz zarazić moich trzech synów!

Pana ojciec był bardzo znanym aktorem, amantem.

- Tak, w szczególności, kiedy był młody, kiedy grał w Teatrze Śląskim, a potem w telewizji. Był gwiazdorem, ludzie pokazywali go sobie palcem, kiedy szedł ulicami Katowic. Wtedy to były zupełnie inne czasy, aktorów teatralnych się uwielbiało. Dziś uważa się ich za dziwolągów.

Ale to było w latach 60. i 70., czyli wtedy, gdy mnie jeszcze nie było na świecie. Ja raczej miałem okazję obserwować ojca jako reżysera wspomnianego Teatru Gart, choć wtedy też był popularny. Wiele z naszym teatrem jeździliśmy po różnych festiwalach teatralnych, wygrywaliśmy liczne nagrody. Myślę, że to była zasługa mojego taty.

Na Śląsku starsi ludzie z tzw. środowiska wciąż o sławie ojca pamiętają. Śmieję się, że poza Śląskiem, jak mówię, że jestem Połoński, to pytają: Syn tego Połomskiego? A na Śląsku wiedzą, o kogo chodzi i od razu chwytają: A to ty jesteś syn TEGO Połońskiego! I proszę sobie wyobrazić, że zwykle słowa te mówią kobiety...

Teatr Gart był popularnym teatrem wśród młodych ludzi ze Śląska, którzy chcieli być aktorami. Uczyła się tu m.in. Anna Dereszowska.

- Mój tata jako kierownik pracowni teatralnej w Pałacu Młodzieży w Katowicach miał kilka grup. Najpierw były Jeżyki dla maluchów, potem Trop dla starszych i Gart - dla najstarszych. Ja przeszedłem wszystkie trzy etapy. Kiedy tata widział, że się nadaję, by przejść do następnej grupy, pozwalała mi na to. I wcale nie traktował mnie wyjątkowo, przeciwnie. Jak coś poszło nie tak, to zawsze ja dostawałem w imieniu grupy. I powiem szczerze, że to właśnie branie na siebie odpowiedzialności w grupie urodziło we mnie lidera, co pozwala mi być teraz reżyserem.

Poza tym w Garcie stworzyliśmy wyjątkową grupę ludzi. Oprócz wspólnego próbowania i grania spektakli, przyjaźniliśmy się. Jeździliśmy na spektakle, koncerty, opiekowaliśmy się Panią Heleną, która mieszkała koło Pałacu na Kozielskiej i była za bardzo schorowana, żeby wychodzić z domu. Działaliśmy też na Scenie Gugalander w Katowicach, realizując poboczne projekty artystyczne i happeningi.

Byliśmy pasjonatami, miłośnikami teatru. Połowa z nas została aktorami. Te zajęcia, prócz warsztatu i samoświadomości, dały nam najfajniejszą rzecz - poczucie metafizyki. Że można robić teatr i że takie działanie może być ważne. Wielu nas tam było. Na zajęcia do taty chodzili m.in. Michał Piela, Jan P. Matuszyński, Marek Koziarczyk, Magda Piekorz, Aleksandra Pisula, Jakub Kotyński i wielu innych ludzi do dziś związanych ze sztuką.

Został pan aktorem, ale aktorem lalkarzem. Pokutuje powszechne przekonanie, że studiować aktorstwo teatru lalkowego idzie się wówczas, gdy nie dostaje się na studia aktorskie. Z panem też tak było?

- Była to świadoma decyzja podjęta wówczas, kiedy faktycznie okazało się, że nie przyjęli mnie na aktorstwo do aż dwóch szkół teatralnych (śmiech )! A teraz na poważnie. Zdawałem do trzech szkół jednocześnie - dwóch aktorskich i jednej lalkarskiej. Mój serdeczny przyjaciel z Gartu, Mariusz Wójtowicz, obecnie aktor Teatru Baj Pomorski w Toruniu, dostał się na wydział lalkarski do Wrocławia. Odwiedziłem go, będąc jeszcze w klasie maturalnej i nagle zobaczyłem, co się takiego w tej szkole robi, jak ona funkcjonuje, czego i jak tam uczą. I kiedy zaraz po maturze nie przyjęli mnie do Warszawy bo "nie byłem w ich guście" ani w Łodzi, bo - jak mi powiedziano - "miałem małe świńskie oczka, krzywe nogi i sepleniłem" to z czystym sumieniem poszedłem na egzaminy na lalki. Przyjęli mnie. Podobno na drugim miejscu. Tam byłem bardziej w typie i mniej sepleniłem (śmiech ). Nie byłem niezadowolony, że tam wylądowałem. Lalkarstwo pomogło mi się rozwinąć i nauczyło tego, czego mój tata nauczyć mnie nie mógł, bo on zawsze był z "plastyką" w teatrze na bakier. Wydaje mi się, że wiele rzeczy w moim życiu, które wydarzyły się pozornie na przekór mnie, wydarzyły się po coś.

Natomiast, muszę zaznaczyć, że nie jestem już w zawodzie aktora lalkarza od... 16 lat!

Bo nie potrafi pan usiedzieć w miejscu. Aktorstwo okazało się niewystarczające? W 2002 roku, czyli zaraz po studiach, związał się pan z kabaretową formacją Chatelet.

- Może wynikało to z przekory i braku wiedzy. Nie znałem lalek, więc zostałem aktorem teatru lalek. A potem - z racji nieznajomości estrady - zacząłem bawić się w kabaret! Do Chatelet przystałem jako aktor Teatru Groteski w Krakowie. Grałem mnóstwo, ale szukałem ciągle czegoś, co by mnie dalej rozwijało - zresztą do dziś tak mam.

Ten kabaret był wtedy zupełnie inny niż dzisiaj. Grali bardzo teatralnie, choć jego aktorzy byli naturszczykami, amatorami. I ja, będąc z nimi na scenie, uświadomiłem sobie, że nie mam tej ich naturalności! Jako aktor nakładam maski. Oni zaś nie zastanawiają się, jak coś zagrać, ale co zagrać. Też tak chciałem, bo sądziłem, że moje "aktorzenie" było jakąś parodią nie na miejscu. Nauczyłem się więc w Chatelet tego, jak nie wyglądać na scenie sztucznie. Współpraca z tym kabaretem była więc dla mnie prawdziwą szkołą aktorską. Co więcej - obeznałem się z grą do kamery, czego na studiach w ogóle nie uczą. W konsekwencji dostałem rolę w sitcomie TVN "Trzy po trzy. Numer z kwatery". Wszystko więc mi się przydało.

A popularność co panu dała?

- Czy ja wiem czy jestem taki popularny? Posiadanie znajomej twarzy nigdy mi nic nie ułatwiło ani załatwiło. Może ze dwa razy dostałem od policjantów niższy niż nakazuje prawo mandat, i tyle.

Dlaczego skończył pan z kabaretem?

- Bo uzmysłowiłem sobie, że po tych 5 latach z Chatelet już się nie rozwijam. A samo zarabianie pieniędzy mnie nie satysfakcjonowało. Miałem 28 lat, chciałem podnosić sobie poprzeczkę, a nie ją obniżać. Przygoda to była wspaniała, ale się skończyła. Odszedłem. I... zostałem z niczym. To znaczy - nie miałem żadnej stałej pracy, prócz prowadzenia jakichś warsztatów, grania w reklamach itp. A na utrzymaniu miałem 2-letnie dziecko i żonę w ciąży z bliźniakami! Nie wiedziałem, kim chcę dalej być. Wiedziałem, że na pewno nie kabareciarzem. Po pół roku dostałem rolę w serialu.

Ale wciąż było panu mało i postanowił pan potem zająć się reżyserią.

- Szansę na zostanie reżyserem teatralnym dał mi Arkadiusz Klucznik, który w latach 2001-2004 był dyrektorem Teatru Dzieci Zagłębia w Będzinie. Jako pierwszy w branży zaproponował mi do zrealizowania bajkę dla dzieci - "Kopciuszka". Uwierzył we mnie, zobaczył we mnie potencjał na bycie reżyserem. I tak się stało, że zostałem specjalistą od spektakli familijnych. Choć nie mam żadnego wykształcenia w tym kierunku, to czuję się twórcą doświadczonym. Mam na swoim koncie aż 60 różnych realizacji! Co roku reżyseruję kilka tytułów. Jestem praktykiem. Z każdą kolejną pracą więcej się uczę. I widzę efekty - widzowie są chyba zadowoleni z moich przedstawień, cieszą się one popularnością.

Był pan też przez chwilę dyrektorem artystycznym w Teatrze Maska w Rzeszowie w 2015 roku. Przez półtora roku. Dlaczego tak krótko?

- Uważam, że przez ten czas zrobiłem dla tego teatru, co mogłem. Odszedłem, ponieważ musiałbym rządzić teatrem kosztem reżyserowania. A nie mogłem tego zrobić. Cenię sobie swobodę. Notabene, moje stanowisko w Rzeszowie zajął mój kolega ze studiów, Jacek Popławski, były aktor Teatru Ateneum z Katowic.

Może pan pochwalić się Złotą Odznaką FAMY - za całokształt działalności artystycznej i wkład w rozwój festiwalu. Dostał ją pan w 2011 roku. Nieczęsto bywa, że ktoś tak się udziela na tego typu imprezie?

- Ktoś mi zadał ostatnio pytanie, dlaczego tam jeżdżę, skoro tam nie zarabiam. Odpowiedziałem: każdy ma jakiś dług do spłacenia. Ja sądzę, że muszę go spłacić organizatorom FAMY (FAMA - Festiwal Artystyczny Młodzieży Akademickiej w Świnoujściu), którzy we mnie uwierzyli. Na 3 roku studiów wsiadłem w moje Daewoo Tico koloru zgniła zieleń i pojechałem na ten słynny festiwal. Poznałem tam wspaniałych ludzi m.in. Piotrka Roguckiego, Marcina Partykę (kompozytora muzyki do "Dzieci z Bullerbyn"), Janusza Grzywacza, Piotrka Bałtroczyka i oczywiście Jarka Stańka, mojego przyjaciela i genialnego choreografa teatralnego, z którym od tamtej pory zrealizowaliśmy wspólnie 28 przedstawień! I tak zacząłem bywać na FAMIE rokrocznie, reżyserując koncerty, zajmując się konferansjerką. Dzięki temu festiwalowi zacząłem radzić sobie w ogarnianiu większej liczby ludzi. Nie wiem, jak moje życie dziś by wyglądało, gdyby nie FAMA.

W tym roku realizowałem tam z młodymi ludźmi koncert piosenek Wojciecha Młynarskiego. A sama FAMA zmienia się i ewoluuje. Czasem jest lepsza, innym razem słabsza. Ludzie traktują ją jako kolejny szczebel do kariery. Kiedyś na FAMĘ przyjeżdżało kilkaset osób i większość z nich po prostu chciała dobrze się zabawić i tworzyć coś szalonego. Dziś takich "freaków" jest niewielu, większość traktuje tę imprezę mocno profesjonalne. Stała się przeglądem ważnych zjawisk artystycznych, nie jest już miejscem twórczego fermentu. Ale takie są czasy, nie ma co narzekać.

W naszym województwie wyreżyserował pan w ostatnich latach kilka spektakli. I nie tylko dla dzieci. Najnowsze są "Dzieci z Bullerbyn" w teatrze w Gliwicach. Ja uwielbiam tę książkę, ale czy nie jest już za stara jak na dzisiejsze czasy?

- Astrid Lindgren pisała książki ponadczasowe. Takie też są "Dzieci z Bullerbyn". To opowieść o dzieciństwie, o dziecięcej filozofii, o przyjaźni i o życiu w zgodzie z naturą i o społeczności, która jest wspólnotą. Te wartości nigdy nie przestaną być interesujące, a myślę, że w dobie coraz większej społecznej izolacji, będziemy za tym coraz bardziej tęsknić. W czasie prób opowiadałem młodym aktorom o moim życiu na blokowisku w Katowicach. To było nasze "Małe Bullerbyn" na ulicy Łętowskiego 5b. Wychowywaliśmy się w grupie kilkunastu dzieciaków. Mieszkaliśmy we wszystkich mieszkaniach na raz. Od parteru aż do czwartego piętra. Dlatego tak łatwo było mi wejść w świat dziecięcej wyobraźni i tego "czegoś", czego młodzi ludzie już nie doświadczają. A przynajmniej nie w takim stopniu jak my - dzieci komuny. I ten właśnie punkt wyjścia okazał się dla mnie - reżysera, i dla nich - aktorów, szalenie inspirujący. Astrid Lindgren obudziła w nas dzieci. To wielka książka i myślę, że nigdy się nie zestarzeje. To klasyka.

Pierwsze głosy po premierze są pozytywne. Cieszę się, że zespół aktorski mi zaufał, wyszedł ze swojej strefy komfortu.

Jaki rodzaj teatru interesuje pana najbardziej?

- Po pierwsze - rozróżniam tylko teatr dobry i teatr zły. Innego nie ma. Ja chciałbym tworzyć ten dobry. Staram się przynajmniej! Po drugie - robię swoje spektakle troszkę dla siebie samego. Żeby byłe takie, abym sam chciał w nich zagrać! Nie traktuję pracy reżysera w kategoriach politycznych. Ona nie jest efektem "koniunkturalizmu". Nie mam żadnych cichych zamierzeń, kiedy przystępuję do pracy. Nie lubię politycznych deklaracji i szokowania dla szokowania. Inni robią to lepiej.

Poza tym, chciałbym zostać zapamiętany jako specjalista od uśmiechu. Żeby widzowie, którzy opuszczają sale po moim spektaklu, byli szczęśliwi. Oczywiście, teatr nie może być tylko taki. Ale ja akurat chcę dawać ludziom radość. Dziś mamy niełatwe czasy, warto na chwilę o nich zapomnieć i pójść!

I co chyba najważniejsze - lubię ludzi i staram się szanować aktorów, bo to oni potem zostają z wyreżyserowanym przeze mnie spektaklem i muszą go grać. Dobrze jest, kiedy go lubią. Dlatego cieszę się, kiedy po premierze krytycy chwalą aktorów. Wtedy wiem, że dobrze się spisałem i jestem przeszczęśliwy. Bo w tej pracy to właśnie aktor jest najważniejszy. Moje ego się w tym momencie nie liczy.

Przyjeżdża pan jeszcze na Śląsk prywatnie?

- Oczywiście! Tutaj wciąż mieszka mój tata. Mam też tutaj kilkoro przyjaciół muzyków, aktorów, staram się czasem ich odwiedzać. Rzadko, ale jednak. Od 9 lat mieszkam w Warszawie (wcześniej mieszkałem we Wrocławiu, w Krakowie i Olsztynie), ale wszystkim zawsze mówię, że jestem z Katowic! To miasto mnie wychowało i ukształtowało. Chciałbym tu kiedyś powrócić.

Czuje się pan choć trochę Ślązakiem?

- Jestem Ślązakiem z wyboru. Tata pochodzi z Wilna, mama spod Krakowa, więc w moich żyłach nie płynie śląska krew. Moja śląskość jest nabyta! Lubię ją. Cenię sobie bowiem śląską szczerość, bezpośredniość, granie fair play. Tutaj ludzie mówią ci, co myślą. Jak uważają, żeś "ciul", to żeś "ciul" i koniec.

W innych miastach w ludziach jest więcej nieszczerości. Ja staram się - jak Ślązak - być szczery, ale niestety czasem za to płacę.

Co pan teraz robi?

- Jako aktor niestety niewiele. W Szczecinie w "Operze na Zamku" gram jedną z ról na zastępstwo w musicalu "Crazy for you", który wyreżyserowałem. Od czasu do czasu biorę jakieś filmowe czy serialowe role. Gra przed kamerą to wciąż jest dla mnie pole do eksploracji. A ja lubię wychodzić ze strefy komfortu, bo przecież to, co nieznane dla nas, jest zawsze bodźcem do naszego rozwoju. Więc kto wie, może za pięć lat będę traktorzystą (śmiech)!

A jako reżyser nie mogę narzekać. Pracy mam całkiem sporo. Właśnie przygotowuję się do kolejnej realizacji spektaklu familijnego, tym razem w Teatrze Groteska w Krakowie zapraszam na moją autorską wersję "Pięknej i Bestii", potem "Footloose" w Teatrze Muzycznym w Poznaniu, potem "Chodź na słówko" Maliny Prześlugi w Teatrze Lalki i Aktora w Wałbrzychu. A po drodze kilka koncertów i projektów. Jednak chciałbym wrócić do Teatru Zagłębia w Sosnowcu czy do Teatru Rozrywki w Chorzowie - bo bardzo już za ludźmi, którzy tworzą te miejsca, tęsknię. A Teatr Śląski w Katowicach czy Teatr Polski w Bielsku-Białej to cały czas mocne punkty na mojej teatralnej mapie marzeń.

Poza tym na Akademii Sztuki Teatralnej im. St. Wyspiańskiego w Krakowie - wydział lalkarski we Wrocławiu, wykładam na wydziale reżyserii i aktorstwa.

W przyszłości chciałbym jeszcze raz spróbować tworzyć teatr oparty na poezji. Raz zrealizowałem taki spektakl w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Była to "Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu" na podstawie K. I. Gałczyńskiego w 2013 roku. Ja kocham poezję i poetów. Z tym że dziś poezja w teatrze nikogo już nie interesuje. Smutne to, ale prawdziwe. Może kiedyś będę miał na tyle swobody, by te moje marzenia spełnić. Ale nie wiadomo, czy wtedy nie stanę się już kabotynem... A na Śląsk - wrócę na pewno!»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego