powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Protest song z różem w tle

"Akademia Pani Beksy" Julii Holewińskiej w reż. Roberta Drobniucha w Teatrze Lalki i Aktora "Kubuś" w Kielcach. Pisze Agnieszka Kozłowska-Piasta w Kieleckim Magazynie Kulturalnym Projektor.

Choć kobiety coraz wyżej podnoszą głowy, protestując, krytykując i walcząc o swoje prawa lub chociażby damskie końcówki zawodów i stanowisk, w sklepach z ubraniami na regałach przeznaczonych dla dziewczynek nadal króluje róż. Ten kolor wylewa się także z "babskich" półek wypełnionych zabawkami i akcesoriami szkolnymi, a podczas zajęć plastycznych, gdy różu lub fioletu braknie, często leją się łzy. Dla twórców "Akademii pani Beksy", prapremiery, która rozpoczęła nowy sezon w Teatrze Kubuś, róż nie jest tylko kolorem, kształtującym gust przyszłych kobiet, ale przede wszystkim... stylem życia, jeśli nie stanem umysłu.

Autorką tekstu jest nie byle kto, bo Julia Holewińska, najmłodsza laureatka Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Jej nagrodzony w 2010 roku dramat "Ciała obce" wywołał spore dyskusje. Nic dziwnego, bo autorka w swoich sztukach rozprawia się z polskimi i współczesnymi mitami, patrząc z zupełnie innej perspektywy m.in. na polskich działaczy antykomunistycznych, rolę kobiet, rodzinne zależności rodziców i dzieci, czy konsumpcjonizm. "Akademia pani Beksy", choć przeznaczona dla dzieci też jest taka. Tym razem autorka rozprawia się z męską "Akademią pana Kleksa", dokonując "feministycznej" trawestacji dzieła Jana Brzechwy.

Po pierwsze do akademii chodzą dziewczynki, a główna bohaterka to Basia, córka Adama Niezgódki. Po drugie ich imiona zaczynają się na B, nie dlatego, że są drugie czy gorsze od chłopców, ale dlatego, że - w przeciwieństwie do mało skomplikowanych panów dużych i małych - zawsze mają plan B. Po trzecie w akademii robią wszystko to, co nie zawsze mogą robić w domu, bo grzecznym dziewczynkom nie wypada. Łażą po drzewach, łamią paznokcie, kolekcjonują siniaki i zadrapania które w akademii traktowane są jako trofea. Zmyślają i wymyślają, marzą i śnią, rozwijając wyobraźnię, trajkocząc, bawiąc się i śpiewając. Bo wyobraźnia jest najważniejsza dla pani Beksy: pozwala nie tylko poczuć się kimś innym, ale także zapomnieć o kłopotach. Każda dziewczynka ma swój smutny sekret, a edukacja w akademii pan Beksy pozwala o tym niemiłych doświadczeniach zapomnieć. Zamiast golarza Filipa mamy Różową Królową, dziewczęcym humanoidem jest także przysłana do akademii Helga. Na szczęście dziewczynki, uczennice nietypowej akademii potrafią uczłowieczyć robotkę, by stała się po prostu Bronką.

Bawi nie tylko sama sztuka, ale i jej sceniczna realizacja, które podjął się dyrektor kieleckiej sceny Robert Drobniuch. Można dopatrzyć się inspiracji latami 80., kiedy to Krzysztof Gradowski brawurowo przeniósł na duży ekran książkę Jana Brzechwy, a Juliusz Machulski zrobił kultową "Seksmisję" (to dorosłe skojarzenie nie pojawia się przypadkiem: robotka Helga ma kostium jak uciekinierki z podziemnej krainy kobiet). Mamy więc prawie musical, iskrzący się feerią barw, dźwięków i pełen zaskakujących pomysłów. Zamiast nudnych lekcji pojawiają się kolejne przeboje odśpiewane i zatańczone tak, że aż dech młodym widzom zapiera (za muzykę odpowiada Piotr Klimek, a za choreografię Karolina Garbacik). Mamy ciekawą scenografię (czy fragment folii bąbelkowej w rozmiarze XXL to symbol nudy czy ciekawej zabawy?) Katarzyny Proniewskiej-Mazurek i zabawne kostiumy Hanki Podrazy. Basia Niezgódka chodzi w podkoszulce z Barbie z domalowanymi wąsami, a Różowa Królowa do pięknego płaszcza i peruki nosi nie szpilki, lecz różowe klapki ogrodowe. Studentki akademii chodzą w kąpielowych czepkach, a pies Balzakin (zastępuje kruka Mateusza) paraduje po scenie w śpiochach w babeczki. Choć całość mnie osobiście przypomina kiczowate, papugowate gazetki dla młodszych i nieco starszych nastolatek, przeładowane fotografiami, graficznymi pomysłami, błyskotkami i przemielonymi na małe kawałki treściami, to młodej widowni się bardzo podoba.

W tym energetyczno-muzycznym-dowcipnym klimacie doskonale odnaleźli się aktorzy. Grające Basię Anna Domalewska trajkocze jak każda podekscytowana czymkolwiek dziewczynka, wyrzucając z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego. Zblazowany Balzakin Andrzeja Kuby Sielskiego jest trochę jak głos rozsądku, trochę jak mistrz ceremonii, nadający rytm opowieści, a pani Beksa Beaty Orłowskiej to energetyczna, ale pełna matczynego ciepła babka, która twardą ręką prowadzi akademię, nie bacząc na trudności i przeszkody. Show kradnie jednak Agata Sobota jako Różowa Królowa, damulkowata paniusia, namawiająca w songu "Włóż róż" do ulegania komercji i niczym nieuzasadnionej modzie. Mam jednak nadzieję, że ta energia, jak bije ze sceny "Akademii pani Beksy" przekona "różowych" do innych kolorów.