powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Tak go kochałem, że muszę zapłakać

Trzy godziny to zdecydowanie za wiele, aby oglądać aktorów stojących na przemian w dwóch miejscach - o "Ryszardzie III" Williama Shakespeare'a w reż. Adama Sroki w Teatrze Polskim we Wrocławiu pisze Karol Bijata z Nowej Siły Krytycznej.

Nie wiedziałem za bardzo jak podejść do recenzji "Ryszarda III" w Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdyż jeszcze nie opadły emocje po "Kings of War" - adaptacji szekspirowskich kronik według Ivo van Hove pokazywanych niespełna miesiąc temu na Dialogu. "Królowie" wciąż budzą we mnie potężny respekt i podziw, ale oczyściłem się ze wspominek, jak i też odciąłem od tego, co działo się na scenie politycznej w Polsce, a dla wielu miało wpływ na odbiór przedstawienia Adama Sroki. Cytaty z dramatu w przejściach podziemnych ("Ten świat jest piękny"), plakat promujący spektakl (pułapka na zwierzęta na pierwszym planie) oraz szum medialny wytwarzany przez teatr, skłaniały mnie do tego, aby spojrzeć na premierę jak na nową szansę Polskiego.

Niestety, wyszło niezbyt dobrze. Reżysera i scenografkę (Sylwia Kochaniec) znamy już z nieudanej realizacji "Kordiana, czyli panoptikum strachów polskich" na tej samej scenie: błękitno-czerwone oświetlenie, futurystyczne konstrukcje i niewykorzystana pusta przestrzeń. To samo tyczy się "Ryszarda III". Na błękitnie przyciemnionej ogromnej scenie imienia Jerzego Grzegorzewskiego zobaczymy dwie konstrukcje zbudowane z drewnianych pali. Jedna przypomina tron króla z wmontowanym w róg starym odbiornikiem radiowym... O przeznaczeniu drugiej najwyraźniej zapomniano, nawet gdy aktorzy na niej grają. Instalacje zajmują ledwo skrawek środka sceny, pokrywa go dywan zlewający się kolorystycznie z brązowym parkietem. A co z zagospodarowaniem reszty przestrzeni? Zwisają kolorowe kable, zasłaniając prawej części widowni akcję. Raz zjeżdżają, raz podnoszą się. Zależy, czy aktorzy będą grać na tej stronie sceny. "Fajny bajer" do zapełnienia pustki. W tyle wielki ekran, na którym wyświetla się burza bądź białe i czerwone róże - symbole rodów Yorków i Lancasterów. Dym to efekt, który chyba miał zamaskować niewykorzystaną przestrzeń i współgrać z akcją. Dzięki niemu, gdy część sceny aż kipiała mrokiem i tajemniczym nastrojem, druga - oświetlona przypadkowo - przyciągała uwagę bardziej niż akcja dziejąca się obok.

Sroka zajął się również opracowaniem muzycznym, które nie zadziwiło, bo usłyszeliśmy podobne jak w jego Słowackim utwory z gatunku ambient oraz zapętlone ścieżki duetu Boards Of Canada z albumu "Geogaddi" (ale o tym później). "Ryszard III" - opowieść o człowieku żądnym mordu, przesyconym nienawiścią - zaczął się. Na scenie Cezary Morawski w stroju przypominającym Wiedźmina. Przez pierwsze kilka minut nie potrafiłem zrozumieć, czy reżyser aż tak dał się ponieść wyobraźni przekształcając głównego bohatera w Gerarda III, czy mam złe skojarzenia. Po pojawieniu się kolejnych postaci zrozumiałem, że kostiumy Sylwii Kochaniec są nieprzemyślane, bo mogliśmy podziwiać również wieczorowe spódnice, nierówno zszyte fioletowe garnitury, znoszone skórzane kurtki czy maski do szermierki.

Nadzieja, iż zobaczę dobry teatr opadła już w pierwszej scenie. Sroka nie zrozumiał tekstu, podobnie aktorzy. Przedstawienie o "wrażliwym łotrze", jak ujmuje to opis na stronie teatru, to słuchanie aktora, który przez trzy godziny deklamuje, podczas gdy jego partnerzy potykają się na tekście Williama Shakespeare'a, prowadząc nielogicznie dialogi. Choćby niesamowity fragment, który odwraca sytuację w dramacie, czyli rzucanie klątwy przez Małgorzatę (Agata Skowrońska), wdowę po Henryku VI. Ryszard przerywając w połowie przekleństwo jej imieniem, sprawia, że wypowiada je ona przeciwko sobie. Cezary Morawski potraktował kwestię "Małgorzato..." jako zwrot, którym nakłania bohaterkę do opamiętania się, a nie odwrócenia słów. Nie wszyscy obecni na scenie to jednak zrozumieli, odpowiadając bez jakiegokolwiek zastanowienia: "Tak więc twe przekleństwo/ Przeciwko tobie samej się zwróciło". Bez żadnych też konsekwencji tych słów.

Gra aktorska? Nie doświadczymy nawet dykcji, a co za tym idzie, nie zrozumiemy kwestii. Słuchamy jęczenia bądź zdzierania gardła. Deklamacja w najgorszym z możliwych sposobów. Nie ważne czy wyraża smutek, przerażenie, rozpacz, non stop szarpiący po krtani krzyk. Jak dobrze, że znam dramat! Wiele kwestii mówiono tyłem do widowni w głąb głuchej sceny. Spektakl ratowała Ewa Dałkowska, prawdziwie oddała emocje Księżnej Yorku. Gdy aktorzy grali na proscenium i można było ich już usłyszeć, pojawiała się zagłuszająca ich muzyka. Dobór jej uważam za przypadkowy. Czy słusznie? Poza polifonicznymi dźwiękami rodem ze starej Nokii (widzowie zerkali do kieszeni), utwory z wokalem, które nakładały się na kwestie. Wychodził bełkot. Nie pomogły mikrofony pojemnościowe, które ustawiono przed aktorami. Zamiast potęgować głos, uwznioślały muzykę, gdyż kolumny skierowane były w ich stronę.

Trzy godziny to zdecydowanie za wiele, aby oglądać aktorów stojących na przemian w dwóch miejscach. Zamiast dynamiki, zmiany pozycji drewnianych konstrukcji. Ruch sceniczny? Nie ma osoby, która pokierowałaby aktorami. Dominika Figurska jako Lady Anna w pierwszych minutach spektaklu wozi na wózku kukłę, mającą sprawiać wrażenie ciała zabitego męża. Kręci się po scenie jakby nie za bardzo wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Jęczy monolog w stronę Ryszarda, chwyta za wózek, przesuwa o krok do przodu, cofa, jedzie przez proscenium, wreszcie schodzi z pola widzenia - wszystko bez świadomości sensu tych szurań. Działania na ekranie wypadają zdecydowanie ciekawiej. W finale za układ pojedynku odpowiada Tomasz Grochoczyński. Coś się zadziało! Ale od kiedy szablę trzyma się gołą dłonią za środek ostrza? Niezamierzenie komiczna walka odbywała się wśród błysku dyskotekowych świateł i muzyki jak z "Mortal Kombat". Powolne ciosy sprawiały, że scenie brakowało dramatyczności. Tragiczny koniec Ryszarda spowodował, że pociekły mi łzy śmiechu. Nie polecam przedstawienia nikomu, kto chce przekonać się do teatru bądź nigdy w nim nie był, można się także zniechęcić do czytania Shakespeare'a.

William Shakespeare

"Ryszard III"

przekład: Maciej Słomczyński

opracowanie tekstu, reżyseria, opracowanie muzyczne: Adam Sroka

premiera: Teatr Polski we Wrocławiu, scena im. Jerzego Grzegorzewskiego, 24 listopada 2017 (przedstawienie oglądane: 26 listopada 2017)

występują: Ewa Dałkowska (gościnnie), Dominika Figurska, Agata Skowrońska, Anna Zagórska (gościnnie), Dariusz Berski, Michał Białecki, Jan Blecki, Michał Chorosiński, Marian Czerski, Krzysztof Franiczek, Jakub Giel, Jakub Grębski (gościnnie), Mariusz Kilian, Marek Korzeniowski (gościnnie), Stanisław Melski, Błażej Michalski, Cezary Morawski, Andrzej Olejnik (gościnnie), Przemysław Puchała (gościnnie), Sebastian Ryś, Marcin Rogoziński (gościnnie), Przemysław Sejmicki (gościnnie)

***

Karol Bijata - student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, specjalizacja performatyka. Od wielu lat działa amatorsko w teatrze Drewniana Kurtyna.