powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Zostało nam niewiele czasu

"Ranny ptaszek" Colleen Murphy w reż. Dariusza Taraszkiewicza Fundacji SKENE PRO APRTE, w Domu Kultury w Rawiczu. Pisze Grzegorz Ćwiertniewicz w Teatrze dla Was.

Dariusz Taraszkiewicz jest reżyserem bardzo refleksyjno-filozoficznym. Pisałem o tym w recenzjach wielokrotnie. Między innymi podczas próby omówienia "Harolda i Matyldy", spektaklu prawie sprzed pięciu lat. Pierwsze zdanie zatem nie wnosi niczego nowego o nim samym, ale nie jest bez znaczenia. Potwierdza bowiem, że taki właśnie tworzy Taraszkiewicz teatr - refleksyjno-filozoficzny. Nie ma zapędów do teatralnych eksperymentów.

Według mojej orientacji w jego dorobku, a przedstawień jego autorstwa widziałem już wiele, stawia on przede wszystkim na przesłanie, na życiową mądrość. Zwraca uwagę na rzeczywiście istotne, bo bardzo ludzkie, tematy. Jego ambicją, tak w każdym razie wnioskuję, jest tworzenie teatru mądrego, nie takiego, który rozprawia o świecie odległym, ale o tym, z czym stykają się ludzie tu i teraz. Zaznaczę jednak od razu, że daleki jest od moralizowania, pouczania, podawania gotowych rozwiązań. Wartością jego spektakli jest przede wszystkim wieloznaczność. Nie da się wyraźnie odczytać zawartych w nich prawd. Nie da się również jednoznacznie ocenić prezentowanych przez bohaterów postaw. Wynikać to może między innymi z tego, że taki właśnie jest Taraszkiewicz naprawdę. Nie osądza, raczej usprawiedliwia, nie dopowiada, bierze pod uwagę różne punkty widzenia. Wierzy w dobro świata. Każdy, kto zna jego przedstawienia, wie, że zawsze zawarty jest w nich sens walki o lepszy świat, sens jego naprawy.

Jak już wspomniałem, Taraszkiewicza trudno uznać za eksperymentatora. I nie jest to absolutnie zarzut. Bardzo wyraźnie zarysował swoją teatralną koncepcję i jest jej wierny, co potwierdza choćby swoim najnowszym spektaklem pt. "Ranny ptaszek". Nie sięga po teksty jakoś specjalnie ambitne, ale bez wątpienia bierze na warsztat te mądre. Jest reżyserem, który stara się być blisko ludzi, a więc i sztuki, które stają się punktem wyjścia do dyskusji o rzeczywistości, muszą trafiać do wszystkich. Tak się na ogół dzieje. Ważne, by zwracać uwagę nie na to, jakich rozmiarów teatr tworzy, ale jak radzi sobie z tworzeniem tego, na który się zdecydował. To dotyczy wszystkich reżyserów. Chyba tylko jedno przedstawienie Taraszkiewicza mogę uznać za nieudane, a może bardziej - niedopracowane. Na pewno nie jest to "Ranny ptaszek".

"Ranny ptaszek" jest spektaklem, który powstał w koprodukcji Domu Kultury w Rawiczu i Fundacji SKENE PRO ARTE. Taraszkiewicz, poza tym, że jest aktorem i reżyserem, znanym polskim widzom i telewidzom, od ponad dwóch lat zarządza tą pierwszą instytucją. Ma w tym zakresie ogromne osiągnięcia. Przede wszystkim to dzięki niemu rawiczanie mogą obcować z kulturą wysoką, mogą zobaczyć w reżyserowanych czy zapraszanych przez niego przedstawieniach aktorów ważnych dla polskiego teatru i polskiego filmu. Ale nie tylko. Tchnął Taraszkiewicz artystycznego ducha w to miasto i za to powinno mu być ono wdzięczne.

Na wczorajszą premierę "Rannego ptaszka" przyszło ponad czterysta osób. To musi cieszyć i motywować.

"Ranny ptaszek" wzruszał do łez prapremierową widownię w Londynie, bawił teatromanów w Montrealu i Vancouver. Nadszedł czas, by poznali dramat również widzowie w Polsce. Prapremiera za nami. "Ranny ptaszek" to sztuka, której autorką jest Colleen Murphy. Taraszkiewicz rozkochał się w przedstawieniach niejednoznacznych, a więc takich, które trudno zaklasyfikować do jakiegoś rodzaju. Podobnie rzecz ma się z tym najnowszym. Przeczytałem w jakimś artykule, że to farsa, ale to błędna klasyfikacja. Może i bohaterowie zostają wciągnięci w tym widowisku w serię coraz bardziej nieprawdopodobnych, niewygodnych lub kompromitujących wydarzeń, ale w farsie trudno o drugie dno. Chodzi w niej przede wszystkim, by rozbawiać do rozpuku. Uznanie "Rannego ptaszka" za farsę byłoby krzywdzące dla tego mądrego reżysera, gdyż daleki jest od fundowania widzom jedynie bezmyślnej rozrywki. Tragifarsa. To odpowiednie określenie. W przedstawieniu Taraszkiewicza łączą się elementy tragiczne z farsowymi. Wiem doskonale, że "mocna dawka humoru" w opisie reklamowym ma za zadanie przyciągnąć jak najwięcej widzów. Humor jest również częścią "Rannego ptaszka", ale nie tylko on. Jest w nim także miejsce na zadumę i wnioski. Przeniósłbym nawet punkt ciężkości z humoru na refleksję. Reżyser nie powinien obrażać się za takie moje myślenie, bo dostrzeżenie w spektaklu mądrości dobrze o nim świadczy. Zaznaczę jednak, że sytuacji śmiesznych jest bez liku i można zaśmiewać się do rozpuku. Ale nie bezmyślnie. Jeśli użycie przez bohatera wulgaryzmu rozśmiesza widza do granic możliwości, i jeśli jedynie to jest go w stanie rozbawić, musi wybrać inne miejsce, adekwatne do swojej inteligencji.

Przedstawienie Taraszkiewicza składa się z dwóch aktów. W pierwszym na plan wysuwa się humor, w drugim - tragiczność. Oba tworzą udaną całość. Akcja rozgrywa się wieczorową porą, w sypialni. Małżonkowie, Lilly i Morgan, przygotowują się do snu. On leży już w łóżku i marzy o tym, by zasnąć, gdyż rano musi pojawić się w pracy na ważnym spotkaniu, ona, prawdopodobnie emerytowana nauczycielka, daje mu rady, które dotyczą dbania o łazienkę. Ale nie tylko. Pierwsze sceny nie wskazują na to, by małżeństwo przeżywało jakiś kryzys. Wręcz przeciwnie. Można było potraktować je jako sytuacje przeniesione żywo z wielu domów.

O tym, że ich wspólne życie przestało się układać, widzowie dowiadują się dopiero w momencie, gdy niespodziewanie zjawia się Parker, który dostał się do sypialni przez okno balkonowe. A raczej przez nie wleciał Mógłbym zostać uznany za recenzenta złośliwego, gdybym streścił w tym miejscu całą fabułę. Nie wolno odbierać widzowi prawa do jej samodzielnego poznania. Wypada mi więc ograniczyć się jedynie do zasygnalizowania, że pojawienie się młodzieńca w sypialni małżonków skomplikuje nieco ich życie, a przede wszystkim odsłoni ich słabości i pragnienia. Sytuacje, z którymi będą musieli zmierzyć się w związku z przybyciem intruza, wyzwolą ich chyba trochę z nieszczęścia. Na pewno oczyszczą ich małżeństwo. Dzięki nim spojrzą inaczej na swoją małżeńską egzystencję i uświadomią sobie, że zostało im niewiele czasu nie tylko na wspólne życie, ale na życie w harmonii, zrozumieniu i radości. Odkryją na nowo sens miłości. A może przypomną sobie, że nigdy go nie stracili?

Dariusz Taraszkiewicz zaprosił do współpracy znakomitych aktorów. Barbara Bursztynowicz bardzo dobrze odnalazła się w roli Lilly. Na uznanie zasługuje jej umiejętność natychmiastowego przeobrażania się z "postaci" w "postać". Myślę tu przede wszystkim o bezkolizyjnym przechodzeniu z "charakteru" w "charakter", ze "śmieszności" w "tragiczność". Bursztynowicz zachwyca nie tylko aktorskimi predyspozycjami, z których korzysta mądrze i świadomie, tworząc bohaterkę wiarygodną, ale również urodą i dziewczęcością. I uroda, i dziewczęcość zdają się w jej przypadku nie przemijać. Bursztynowicz potrafi swoją grą przenieść widza do świata, w którym funkcjonuje kreowana przez nią postać. To rzadkie. Aktorka wielkiego formatu i spotęgowanej wybitności. Nie myślę tutaj jedynie o jej roli w "Rannym ptaszku", któremu dodała blasku i którego skazała sobą na powodzenie. Aktorce partnerował Leon Charewicz. Jego Morgan był akuratny i swojski, wywoływał uśmiech i wzbudzał litość.

W spektaklu wystąpił również Tomasz Ciachorowski. Ten zdolny aktor młodego pokolenia za każdym razem bardzo angażuje się w rolę, którą przychodzi mu odgrywać. Nie inaczej było z Parkerem. Ciachorowski, ambitnie podchodzący do zadania, wydaje się naprawdę tracić kontakt z rzeczywistością. Całkowicie oddaje się grze i niestety momentami traci nad nią panowanie. Jego Parker nie budzi zastrzeżeń. Może poza jednym. W niektórych scenach był nieco przerysowany i nazbyt "uhamletyzowany". Rozumiem, że wymagała tego od niego idea, którą głosił jego bohater, ale sądzę, że powinien nieco tę postać stonować.

Dariusz Taraszkiewicz skłonił widzów tym przedstawieniem do refleksji, ale tego można było się spodziewać. Pokazał, co należy traktować śmiertelnie poważnie. Pokazał również, do czego powinno podchodzić się z przymrużeniem oka. Pokazał przede wszystkim, kim powinien być człowiek dla drugiego człowieka, a także jaką rolę odgrywa w życiu każdego miłość. Spektakl udany. Dobrze pomyślany. Scenograficznie również. Prosta scenografia, zdecydowanie wystarczająca, to zasługa Tomasza Bzdęgi, któremu dyrektor Domu Kultury w Rawiczu, jak widać, nie podcina skrzydeł. Dopełnieniem przedstawienia byłaby starannie dobrana muzyka, której nie dało się podczas wczorajszego wieczoru usłyszeć. Ufam, że zabrzmi.

***

Grzegorz Ćwiertniewicz - doktor nauk humanistycznych (historia filmu i teatru polskiego po 1945 roku), polonista, wykładowca akademicki, pedagog, autor wydanej pod koniec 2015 roku biografii Krystyny Sienkiewicz - "Krystyna Sienkiewicz. Różowe zjawisko"; jego teksty można przeczytać w "Polonistyce", "Teatrze", "Dyrektorze Szkoły", "Kwartalniku Edukacyjnym" i "Edukacji i Dialogu"; współpracował jako recenzent z Nową Siłą Krytyczną Instytutu Teatralnego im. Z. Raszewskiego w Warszawie, wortalami: "Dziennik Teatralny"; od 2013 recenzent wortalu "Teatr dla Was".