powiększwersja do drukupoleć znajomemu

O lornetce

W serwantce matki leżała teatralna lornetka. Wykładana segmencikami macicy perłowej, z długą rączką do wyciągania. Wolno mi ją było wyjmować z nabożeństwem zza szklanej witryny, kiedy podejmowałem pierwsze wyprawy na "jaskółkę" rozległej opery lwowskiej. Przecierałem ją specjalnie przyniesionym z domu zamszowym gałgankiem i od podniesienia aż do zasunięcia kurtyny ani na chwilę nie odrywałem od oczu. Lornetka była dobra i powiększała dość znacznie - wspomina Erwin Axer w książce "Kłopoty młodości, kłopoty starości".

Pamiętam dobrze ceglaste oblicze Aidy wypełniające niemal całe pole widzenia, pamiętam zroszone potem czoło Radamesa, straszliwie czarne brwi ojca Aidy, a zwłaszcza uda tancerek, różowe płaty i pasy latające w zbliżeniu przed oczyma. Później kupowałem bilety na bliższe miejsca i też baletowi przypatrywałem się przez lornetkę. Nigdy nie oglądałem tak pięknych ud, pachnących pudrem, szminką i klejem teatralnej dekoracji, nigdy później nie miałem tak pięknych i pogodnych snów.

Nie o tym jednak chciałem mówić. Nikt wówczas nie dziwił się moim lornetkowym zapałom. Niemal wszyscy koło mnie, na parterze jak i na "jaskółce", używali lornetek. Przynoszono je z domu lub wypożyczano w szatni teatru. Lornetki były duże, mniejsze i malutkie. Dawni oficerowie śmiało wyciągali emerytowane "feldstechery". Panie w lożach miały lornetki inkrustowane i z wyciąganą rączką. Tak jak ja.

Zwyczaj był prawdopodobnie i dworski, i mieszczański zarazem. Na pewno bardzo wiedeński. Nie wiem, może w Krakowie jeszcze trwa? Ale istniał trzydzieści i czterdzieści lat temu w wielu miastach świata. Primadonna i tenor niewiele się poruszali, wystarczyło więc obserwować ich twarze, szczegóły stroju; dekoracje niezbyt się różniły jedne od drugich, wystarczyło raz objąć je okiem, a balet... o balecie już mówiłem. Chociaż w dramatycznym teatrze działo się inaczej, chociaż był już Reinhardt i Piscator (patrzono wszak, i słusznie, przede wszystkim w stronę Wiednia i Berlina), a nawet i Leon Schiller, chociaż dekoracje Pronaszki budziły już pierwsze skandale, nie tłumaczyły się bowiem zdaniem wielu widzów ani oglądane gołym okiem, ani z perspektywy lornetki - przecież zwyczaj trwał. Czyż nie na-leży zresztą do odwiecznych rozkoszy - póki cień chociażby iluzjonizmu żywy jest w teatrze - odkrywać skazy, jakże ludzkie, w jaśniejącej boską urodą masce amanta lub amant- ki, zgadywać prozaiczną proweniencję kosztownych mebli, wytwornych rekwizytów, domyślać się herbaty w winie, wody mineralnej w pieniącym się szampanie.

Dzisiaj lornetek już nie ma albo prawie nie ma. Zresztą buduje się zazwyczaj teatry mniejsze od dawnych oper, kiedy zaś są wielkie (jak Chaillot), reżyserzy starają się odpowiednio komponować obraz, wzmacniać w dodatku głos za pomocą mikrofonów. Lornetki widuje się częściej na wyścigach i na Stadionie Dziesięciolecia. Zmarszczki amantek, piegi, plomby, pryszczyki i pot można gołym okiem oglądać w telewizji.

Pomyślałem sobie, że gdyby skonstruować lornetki o prostokątnych, nie zaś okrągłych wylotach i rozdać je widzom w teatrze, gdyby ponadto przepuścić głosy aktorów przez głośniki i oddzielić ich szybą od widowni - stworzylibyśmy coś w rodzaju estetyki telewizyjnej. Widoczna byłaby tylko część, i to drobna, sceny, odpadłby związany z reżyserią i sztuką dekoratora trud komponowania dużego obrazu wszerz, wzdłuż i w głąb; ograniczony do jednej, względnie dwóch lub maksymalnie trzech twarzy wycinek sceny odjąłby aktorowi - jak w telewizji - kłopot prowadzenia ciała, ekspresję gestu, mikrofon zdjąłby z jego barków zbędny trud kształtowania mowy artystycznej, zastępując ją tokiem normalnej, codziennej, którą Ty, Czytelniku, i ja rano, w południe i wieczorem mówimy.

Krótko mówiąc, teatr nareszcie przestałby być rzeczą trudną, kłopotliwą, uciążliwą, dokuczliwą, męczącą; przestałby być sztuką. Stałby się - jak mówią specjaliści - "formą masowego przekazu". Czymś w rodzaju telewizji.

wrzesień 1965