powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Empatia i zgrywa

Węgierski spektakl pomimo osłabionego potencjału krytycznego rzuca wyzwanie publiczności - o "Imitation of Life" w reż. Kornéla Mundruczó Proton Theatre z Budapesztu, w ramach Boskich Przedaktów festiwalu Boska Komedia w Krakowie, pisze Anna Majewska z Nowej Siły Krytycznej.

Po nagradzanym "Nietoperzu", wyprodukowanej przez TR Warszawa postoperetce o eutanazji, po udanych pokazach na poznańskiej Malcie autorskiego widowiska "It's Hard to Be a God" i "Hańby" na podstawie powieści Johna Maxwella Coetzeego oraz "Lodu" według prozy Władimira Sorokina na toruńskim Kontakcie, Kornél Mundruczó zagościł w krakowskiej Łaźni Nowej z hiperrealistycznym "Imitation of Life" - spektaklem o intencjach teatru krytycznego i temperamencie synkretycznej zgrywy. Prezentacja w ramach przedaktów festiwalu Boska Komedia zapełniła widownię tylko w połowie, przyćmiona pewnie oczekiwaniem na premierę "Procesu" Krystiana Lupy.

Spektakl dzieli się na paralelne sekwencje opowiadające historie dwóch matek z synami. Samotna Romka, Lorinc Ruszó, czeka w komunalnym mieszkaniu objętym nakazem eksmisji na Szilvesztra, który wstydząc się swojego pochodzenia etnicznego zerwał kontakt z rodziną. Opuszczone mieszkanie wynajmuje młoda Węgierka ukrywająca się przed agresywnym partnerem. Mundruczó przeciwstawiając przypadki dwuosobowych rodzin wywodzących się z różnych grup społecznych z kompleksem rasowym dziecka w tle nawiązuje do filmu Douglasa Sirka z 1959 roku o tym samym tytule.

Przedstawienie otwiera rejestracja rozmowy Lorinc z likwidatorem mieszkania. Na pokazanej w zbliżeniu twarzy kobiety desperacja i determinacja łączą się w jedno (błyskotliwa rola Lili Monori, znanej również z filmowych produkcji Mundruczó, choćby "Białego Boga" czy "Delty"). Lorinc o wszystko w życiu musiała walczyć, tak jak teraz o dach nad głową. Kiedy zawodzą argumenty prawne oraz słowne przepychanki, odwołuje się do współczucia - mówi o upokarzającym publicznym, przymusowym myciu Romów, dzielnicach biedoty, synu, który chciał oblać się wybielaczem, żeby zmienić kolor skóry, śmierci męża. Jej monolog jest najbardziej intymnym momentem przedstawienia, chociaż wywołuje poczucie przesady, która jest jednak wpisana w teatralny język Mundruczo - wprowadza nieustanne napięcie między wzruszeniem i żartem, współczuciem i dystansem.

Przestrzeń zostaje ubrana w cudzysłów i przywołana na prawach cytatu - naturalistyczne odtworzenie zdezelowanego mieszkania zostało obramowane na czarno jak rodzinna fotografia z uciętymi rogami. Scenografia jest pozornie werystyczna i niezwykle szczegółowa, jednak zamknięcie jej w ramkę przełamuje iluzję. Trudno stwierdzić, czy spektakl jest imitacją życia, czy jego bohaterowie, reprezentujący osoby wykluczone ekonomicznie i etnicznie, funkcjonują w warunkach tak niegodnych, że jedynie udających prawdziwe życie.

Jeszcze kilka lat temu, jadąc ulicami Budapesztu w dniu eksmisji, można było oglądać piramidy z krzeseł, stołów i lamp ciągnące się kilometrami wzdłuż chodnika - rzeźbę z codziennych przedmiotów gromadzonych latami, a później wyrwanych z naturalnego kontekstu i stłoczonych na bruku. Przypomniała mi ten obraz "Tężnia" Roberta Kuśmirowskiego, konstrukcja stojąca przed Muzeum Narodowym w Krakowie, niejednoznacznie problematyzująca znaczenie słowa "dziedzictwo". Podobne przedmioty stają się bohaterami spektaklu węgierskiego reżysera.

Dwie sekwencje oddziela powolny, metodyczny obrót sceny o trzysta sześćdziesiąt stopni. Obserwujemy jak otwierają się szuflady, z wersalki wypadają klocki lego, zastawa roztrzaskuje się na suficie, a pralka toczy w dół wzdłuż ściany. Kiedy scena wraca na swoje miejsce, krajobraz przedstawia góry gratów, które kiedyś były dorobkiem życia, a teraz zostaną wyrzucone przez nowych najemców. Przewrotnie rozumiane dziedzictwo. W spektaklu poświęconym imitacji gest destrukcji sceny, chociaż niezwykle wieloznaczny, wydaje się pozbawiony umowności (żaden szklany talerz nie został zastąpiony plastikowym). Może być metaforą czasu, metonimią losu bohaterów, czy dosłownym odwołaniem do rzeczywistego wyrzucania mebli przez okno podczas eksmisji, ale tworzy jednocześnie konkretną realność teatralną - stos przedmiotów, które zostały zniszczone naprawdę. W kontraście do nich na ścianie tkwi nienaruszony, a nawet podświetlony, obraz kilkuletniego blondyna, który powiesił Szilveszter, dając wyraz tęsknocie za przynależnością do innej grupy społeczno-etnicznej. Spięcie pomiędzy radykalnym realizmem a ironiczną teatralizacją, które wzajemnie się komentują, jest cechą charakterystyczną teatru Mundruczó. Obrócenie sceny to spektakularna, demiurgiczna sztuczka teatralna, ale scenografia roztrzaskana poza porządkiem fabularnym stworzyła realność, której nie da się unieważnić.

"Imitation of Life" jest wielowarstwowym widowiskiem, które stroi się w maski różnych języków scenicznych, wywołujących u widza na zmianę dystans i utożsamienie. Dokument spotyka się z telenowelą, hiperrealizm z realizmem magicznym, a zabiegi naturalistyczne są demontowane przez manifestacyjną teatralność. Pozostając reżyserem o wielkiej wrażliwości społecznej, Kornél Mundruczó nie chce wyciskać łez współczucia i wzywać do rewolucji socjalnej, stwarza natomiast przestrzeń krytycznego testowania mechanizmów rządzących empatią. Bardziej niż problem rasizmu i wykluczenia ekonomicznego, wydają się interesować go narracje o niesprawiedliwości społecznej oraz reakcje, jakie wywołują. W spektaklu funkcjonują jednak tylko na prawach cytatu, co osłabia krytyczny impet, który mógłby płynąć ze zderzenia różnorodnych języków.

Retrospektywna scena spotkania Ruszó z synem utrzymana w stylistyce "Mody na sukces" jest wyświetlana na dwóch ekranach i wodnej kurtynie przysłaniającej scenę. Wystudiowane efekciarstwo tej sekwencji nie służy wytworzeniu dystansu widowni do bohaterów, który mógłby obnażyć złudne mechanizmy rządzące współczuciem. Projekcja pozbawiona spójnej podstawy w strukturze spektaklu staje się tylko kosztownym żartem. W "Białym Bogu" los bezdomnych psów został opowiedziany w konwencji baśni. Mundruczó przyjął tam podobną strategię co w "Imitation of Life", jednak to właśnie precyzyjna konstrukcja połączenia narracji baśniowej i realistycznej pozwoliła testować i podważać sympatie widzów. W pokazanym w Krakowie przedstawieniu między językami, jakimi operuje, brakuje zrozumienia, w którym tkwi krytyczna siła "Białego Boga".

Węgierski spektakl pomimo osłabionego potencjału krytycznego rzuca wyzwanie publiczności. Wymierzony jest w równym stopniu w rzeczywistość społeczną skazującą tysiące ludzi na egzystencję imitacją życia, co w każdego widza z osobna, bowiem zaspokaja potrzebę oglądania wielkiego widowiska. "You want the greatest thing" - śpiewa Michael Stipe z R.E.M. w piosence "Imitation of Life". Mundruczó drwiąco podsuwa nam the greatest thing - obrót sceny o trzysta sześćdziesiąt stopni, wodną kurtynę i chwilowe poczucie solidarności społecznej, o którym wiemy, że jest tylko pozorne.

"Imitation of Life"

scenariusz: Kata Wéber

dramaturgia: Soma Boronkay

reżyseria: Kornél Mundruczó

premiera: 27 kwietnia 2016, Proton Theatre w Budapeszcie, pokaz: 14 listopada 2017 w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie

występują: Annamária Láng, Lili Monori, Zsombor Jéger, Dáriusz Kozma, Roland Rába

***

Anna Majewska - studentka prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiowała teatrologię i komparatystykę w ramach MISH na UJ.