powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Nie mam kompleksu krytyka

- Blog powstał z mojego wielkiego zamiłowania do teatru, do oglądania przedstawień, do czytania o teatrze. Oglądam dużo w Poznaniu, jeżdżę też sporo po Polsce. Pomyślałam, że nawet jeśli mój blog przeczyta pięć osób i część z nich zachęcę do pójścia do teatru, to jest już coś - mówi portalowi Kultura u Podstaw, Monika Krawczak, pedagożka i terapeutka, autorka bloga teatralnego "Byłam Widziałam".

Kuba Wojtaszczyk: Gdzie ostatnio byłaś i co widziałaś?

Monika Krawczak*: Ostatnio byłam w poznańskim Teatrze Polskim na spektaklu "K." [na zdjęciu], oczywiście.

I jak wrażenia?

- Musiałam się z tym przespać. Z jednej strony żarty i polityczna otoczka były łopatologiczne, płytkie i dosłowne. Nie zaskakiwało nic, prócz tego, że Kaczyńskiego zagrał przystojny Czarnik. Z drugiej strony spektakl pozostawił we mnie jakiś rodzaj strachu, lęku. Boję się wyborów, bo wizja przyszłości, mimo że przedstawiona tak, a nie inaczej, była mocno realna. W "K." PiS zostaje u władzy, a to rok 2019 może faktycznie nam przynieść. Problem polega też na tym, że nie mamy na kogo głosować. Bo jak nie partia Kaczyńskiego, to zostaje PO, które przecież wcale nie jest lepsze...

Jest jeszcze Partia Clownów.

- Dokładnie, czyli jeszcze gorzej. Rzeczywistość w spektaklu nie szokuje, tylko dobija. Po nim pytasz się sam siebie, jak daleko można się jeszcze posunąć, aby rządzić w naszym kraju.

Myślisz, że "K." miał właśnie przestraszyć widzów?

- Tak, ale wydaje mi się, że taki cel w ostatnim czasie przyświeca Strzępce i Demirskiemu przy tworzeniu kolejnych spektakli; tak jakby mówienie o polityce stało się ich "misją publiczną", tym bardziej teraz, w chwili cenzury ekonomicznej, która od ostatniego roku ma miejsce w niektórych teatrach w Polsce.

Na swoim blogu teatralnym "Byłam Widziałam" przy recenzji "Malowanego ptaka" Kleczewskiej, nota bene wystawianego też w Teatrze Polskim w Poznaniu, podajesz przepis na spektakl idealny. Taki, który przyciągnie widzów i o którym będzie się pisać (kontrowersyjny temat, duże nazwisko itd.). Czy z "K." było podobnie?

- Może tak być. Strzępka i Demirski - duet znany w całej Polsce, tworzący spektakle w najlepszych teatrach, gromadzący ogromną publiczność. Nawet do nas, na poznańską premierę zjeżdżali się widzowie z całego kraju. Poza tym Strzępka i Demirski słyną z szokowania... Teraz też wzięli na warsztat kontrowersyjny temat i nie uciekają się do wielkich ironicznych metafor, tylko mówią wprost - to jest pan Jarosław Kaczyński, nasz prezes.

Kontrowersja jest pomysłem na przyciągnięcie widowni?

- Generalnie misją teatru publicznego jest to, żeby wzniecać dyskusję i prowokować widza do refleksji, doprowadzić do jakiejś analizy rzeczywistości - czy to kontrowersyjnym tematem, czy ironią, czy krytycznym atakiem. Jeżeli ja i ty rozmawiamy o "K", zastanawiamy się nad przekazem tego spektaklu, to już osiągnął on jakiś cel. Jeśli robi tak choć część osób, która wyszła z widowni, to jest sukces. My żyjemy w kulturalnej bańce (chodzimy do teatru, do galerii, itd), więc i nasze zdolności interpretacyjne są inne, być może potrafimy głębiej wejść w różne sensy, albo wytrwalej ich poszukujemy. Zastanawiam się, jak "K." odbiera przeciętny widz, stereotypowy Kowalski, bardzo rzadko bywający w teatrze, który teraz poszedł, bo przyciągnęło go nazwisko Kaczyńskiego.

A ty, jak podchodzisz do oceny, tego, co przed chwilą zobaczyłaś w teatrze?

- Niestety, często na starcie daję się ponieść nawałnicy myśli i opinii, co nie jest dobre, ponieważ nie pozostawia pola do przemyśleń. Podobnie jest ze swego rodzaju etykietowaniem - gdy widzę nazwisko Kleczewskiej, Strzępki, czy inne duże, niemal od razu zakładam, że będzie to coś dobrego. Nie zawsze tak jest. Aby nie poddawać się łatwej ocenie, na dzień lub dwa po spektaklu nie rozmawiam o nim i go głośno nie komentuję, aby sprawdzić, jakie jest moje prawdziwe odczucie danego przedstawienia, po zdjęciu filtra renomy twórców. Ważne jest dla mnie to, czy spektakl zrobił na mnie wrażenie ze względu na to, co widziałam na scenie, a nie dlatego, że czuję jakiś kompleks krytyka - amatora, świeżej blogerki, która nie powinna czuć się predysponowana, by powiedzieć, że ten czy tamten spektakl był po prostu super słaby.

Ale przecież każdy może oceniać...

- Jasne, że każdy może to zrobić, tylko jeśli ja wysyłam słowa w przestrzeń internetu, to czuję się za nie bardziej odpowiedzialna, niż za to, co przekażę w zwykłej pogawędce.

Po to jest blog, aby twoje nawałnice myśli ogarnąć?

- Każda recenzja powstaje, gdy ja sobie tę nawałnice ogarnę (śmiech). Blog systematyzuje moje opinie.

Jednak nie boisz się krytykować. Wspomniany "Malowany ptak" ci się nie podobał...

- Absolutnie się nie cenzuruję. Na "Malowanego ptaka" szłam z ogromnymi oczekiwaniami. To było etykietowanie, o którym rozmawialiśmy, Kleczewska w Poznaniu - to będzie z-a-j-e-b-i-s-t-e! Dlatego po spektaklu musiałam trochę ochłonąć, aby powiedzieć, że ten spektakl nie do końca się udał.

Przeglądając "Byłam widziałam" zaskakuje to, że twoja notka biograficzna nie jest rozbudowana, powiedziałbym, że wręcz bardzo skromna. Piszesz tylko - "Rocznik 1990, córka Romana i Jolanty"...

- No, bo tak jest (śmiech).

...czy to wystarczy, aby przyciągnąć czytelników?

- Nie wiem. Mogłabym napisać, że jestem pedagożką, terapeutką zajęciową i pracuję z dzieckiem z zespołem Downa, ale to wszystko do pisania o teatrze ma się jak kwiatek do kożucha. Blog powstał z mojego wielkiego zamiłowania do teatru, do oglądania przedstawień, do czytania o teatrze. Oglądam dużo w Poznaniu, jeżdżę też sporo po Polsce. Pomyślałam, że nawet jeśli "Byłam Widziałam" przeczyta pięć osób i część z nich zachęcę do pójścia do teatru, to jest już coś.

Czyli to jest twoja misja?

- To duże słowo. Myślę, że przede wszystkim teatr i blog to moja wielka frajda. Lubię pisać, ale czując wspomnianą odpowiedzialność za słowa, dokształcam się też w tym kierunku, np. w Laboratorium Nowych Praktyk Teatralnych na SWPS w Warszawie. To ważne, bo z dnia na dzień rośnie liczba odbiorców moich tekstów, teatry zapraszają mnie do siebie. To wszystko zachęca do pisania.

Zapisałaś się też na studia podyplomowe animatora teatralnego na UAM

- Tak, i jestem jedyną chętną na liście, więc studia na razie nie ruszają. Czekamy do lutego. Gdy zaproponowałeś mi tę rozmowę, od razu pomyślałam, czego brakuje w poznańskim teatrze - właśnie edukatorów, pedagogów kultury. Może nawet nie skupiających się tylko na teatrze, ale na kulturze w ogóle.

Chodzisz sobie po tych poznańskich teatrach i siłą rzeczy pewnie je porównujesz. Jak z nimi jest?

- Trudno te teatry porównywać. Na pewno cechą wspólną jest to, że nigdy nie masz pewności, jaki będzie spektakl, nawet jeśli przyjedzie najznakomitszy twórca. Nigdy nie wiem, czego się spodziewać.

Ostatnio poszłam do Nowego na "Porno"; szykowałam się, że będzie to spektakl z cyklu: "najwyżej będę miała materiał na kolejny post na blogu", czyli nic wielkiego. Moje zaskoczenie było ogromne. Rewelacyjny monodram Edyty Łukaszewskiej! Myśląc o Polskim, mam wrażenie, że lepiej funkcjonuje za dyrekcji Macieja Nowaka. Ten teatr po prostu widać, jest obecny w społeczności Poznania, zaznacza się, na przykład wydarzeniami dla dzieci, seniorów, obcokrajowców... Nowy dyrektor stara się, aby faktycznie był dla ludzi. Wcześniej wydawał mi się niedostępny. Chociaż utrzymały się drogie bilety, brak wejściówek...

Jednak pojawiają się głosy, że Teatr Nowy jest bardziej artystyczny...

- Być może przez spektakl "Będzie pani zadowolona..." - takiego przedstawienia, na tak wysokim poziomie w Teatrze Nowym nie pamiętam. To nie jest tak, że Polski teraz wygrywa, bo mają kolor szmaragdowy, który się rzuca w oczy. Nowy również stara się o utrzymanie dobrego poziomu, organizuje wiele rzeczy m.in. "Czytnik", mają spotkania dla studentów, dokształcają nauczycieli, którzy chcą używać teatru do alternatywnego prowadzenia lekcji, nauki dzieciaków.

Więc nie mamy czego się wstydzić, prawda?

- Kolejną misją teatru publicznego jest to, że powinien być zdecentralizowany. Niekoniecznie ten postulat się udaje, bo w Warszawie rodzą się największe inicjatywy, tam jest Instytut Teatralny, tam są największe nazwiska, do których dochodzą kolejne, wyjeżdżające z Wrocławia czy Krakowa. Tygiel frustracji, buntu, artyzmu, działania - na powrót znajduje się w Warszawie.

Czyli jeżeli tygiel jest w stolicy, to nawet taki "K." jest tylko odpryskiem tego prawdziwego buntu?

- Chciałabym, aby tak nie było. Mało tego - nawet nie chcę tak myśleć. To, że mieszkam w Poznaniu jest moim świadomym wyborem i nie chcę jakoś strasznie narzekać, jak tu jest źle i okropnie. Cieszę się, że Strzępka i Demirski przyjechali do nas i zrobili taki, a nie inny spektakl. Poza tym mamy też inne miejsca, w których dzieją się wspaniałe rzeczy, chociażby na Scenie Wspólnej, podczas Biennale Sztuki Dziecka, czy Starego Browaru Nowego Tańca, no i oczywiście Festiwal Malta! Podczas niego zjeżdżają się do nas artyści z całego świata i pokazują Poznaniakom zupełnie inną, nową jakość teatru. Przedstawienia podczas Malty, wbijają się w przestrzeń miasta, nie da się ich ominąć, przeoczyć, nawet tym niezainteresowanym teatrem.. Z takich inicjatyw powinniśmy być dumni.

---

*Monika Krawczak - (ur. 1990 r.), córka Romana i Jolanty. Na swoim blogu teatralnym pisze o tym, gdzie była, co widziała i co o tym wszystkim myśli.