powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kacper Kuszewski: Potrójne imieniny w państwowe święto

Kacper Kuszewski - Marek z "M jak Miłość" to mały wyimek jego artystycznej biografii. Sprawdza się w teatrze klasycznym, kabarecie, teatrze eksperymentalnym, wystąpił w "Tańcu z gwiazdami", "Jak oni śpiewają". Jury "Twoja twarz brzmi znajomo" doprowadził do płaczu.

Rz: Urodzony w Słupsku, dorastał w Gdyni, uczył się w szkole muzycznej w Bydgoszczy, ukończył szkołę teatralną w Warszawie.

Kacper Kuszewski: Sugeruje pan, że będę miał problem z odpowiedzią na pytanie, skąd jestem?

Może pan odpowiedzieć jak były prezydent.

- Właściwie tak. Jestem z Polski, a konkretnie to z Polski północnej. Moi rodzice byli aktorami. W tamtych czasach oznaczało to częste przeprowadzki. Były one możliwe, bo w dawnym systemie wszędzie otrzymywało się podobną pensję i mieszkanie służbowe od teatru. Stąd te podróże. Urodziłem się w Słupsku choć mieszkaliśmy wtedy w Koszalinie, gdzie tato był dyrektorem teatru. Dzieciństwo jednak spędziłem w Gdyni i mam poczucie, że to jest moje miasto rodzinne. Kiedy wyrzucono mnie ze szkoły muzycznej w Gdańsku...

Wyrzucono?

- Tak. Nie tylko dlatego, że oblałem egzamin z fortepianu, ale też okazałem się bardzo krnąbrnym uczniem, który przysparzał problemów nauczycielom.

Pan, uchodzący za spokojnego, dobrze ułożonego, nieskorego do buntu chłopaka?

- Ha! Ha! Ha! Byłem trudnym uczniem, bo chciałem być traktowany przez nauczycieli po partnersku. Potrafiłem przy całej klasie kategorycznym tonem domagać się wyjaśnień, dlaczego ktoś dostał taką ocenę, a nie inną, powołując się przy tym na kodeks ucznia. W tamtych czasach to było nie do pomyślenia! Poza tym szkoła wtedy mało mnie interesowała, byłem pochłonięty moim debiutem teatralnym w gdyńskim Teatrze Muzycznym. Znalazłem się bowiem w obsadzie musicalu "Les Miserables" ("Nędznicy"), światowego hitu w reżyserii ówczesnego dyrektora tej sceny Jerzego Gruzy. W zespole teatru było wielu studentów studium wokalno-aktorskiego, którzy traktowali mnie jak młodszego kolegę. Ten świat znacznie bardziej mi się podobał niż szkoła.

A jednak skończył pan szkołę muzyczną.

- Tak, ale w Bydgoszczy, bo bardzo chcieli tego rodzice. Zmieniłem środowisko, trafiłem na lepszych nauczycieli i tamtejszą szkołę skończyłem z czerwonym paskiem i wyróżnieniem. Można powiedzieć, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Wróćmy jednak do Gdyni, jak trafił pan na deski Teatru Muzycznego?

- Jerzy Gruza był naszym sąsiadem, mieszkał w Gdyni w tym samym bloku, co moi rodzice i ja. Jako dziecko lubiłem sobie śpiewać na klatce schodowej, bo głos się pięknie rozchodził. Sąsiedzi nie podzielali moich zachwytów, ale pan Jerzy był innego zdania. Powiedział, że przygotowuje "Nędzników" i widziałby mnie w postaci niesfornego chłopaka. Poszedłem na przesłuchania i otrzymałem rolę Gawrosza.

Skoro mówimy o ważnych postaciach w pańskiej drodze artystycznej, to często wymienia pan nazwisko Anny Seniuk.

- Anna Seniuk była opiekunem naszego roku w warszawskiej Akademii Teatralnej, a kiedy skończyłem studia, zaproponowała mi, bym został jej asystentem. I mam poczucie, że przez ten okres pod jej opieką więcej nauczyłem się niż przez lata studiów.

Jeśli dotychczasowe pańskie życie byłoby powieścią, byłaby ona pełna niespodzianek, zaskoczeń i zwrotów akcji.

- Myślę, że wbrew pozorom układa się ono w jakąś logiczną całość.

Spójrzmy wiec choćby na wybór teatrów: "Przygody Sindbada Żeglarza" w najbardziej klasycznym Teatrze Polskim w Warszawie, a potem współpraca z elitarnym Teatrem Pieśń Kozła, który wraca do korzeni teatru.

- Rzeczywiście, dziwnie się to plecie. Dorastałem w teatrze, on był zawsze moją wielką miłością. Ciągle jednak uważam się za artystę poszukującego i nie widziałem siebie w teatrze etatowym. Tak mi się ułożyło, że nie musiałem walczyć o role, bo one same przychodziły. Olga Lipińska obejrzała nasze przedstawienie dyplomowe i od razu po szkole zaprosiła mnie do swego kabaretu, który chciała zasilić utalentowaną młodzieżą. Grałem na Scenie Prezentacje. Byłem asystentem w Akademii Teatralnej, a rok po szkole zaczął się serial "M jak miłość". Kiedy przeczytałem scenariusz i poznałem obsadę, nie miałem wątpliwości, że warto się z tym związać.

Czy ten serial nie staje się dla pana obciążeniem? Kilka razy pojawiały się wiadomości, że pan chce z niego odejść.

- To były wieści wyssane z palca. Owszem, w którymś momencie poprosiłem o rodzaj "urlopu bezpłatnego", bo chciałem się skupić na pracy w Teatrze Pieśń Kozła. Ale wtedy producenci postanowili, że mój bohater będzie miał groźny wypadek i będzie leżał w śpiączce. Wyłączony byłem więc na pewien czas z serialu i mogłem realizować się teatralnie. Udział w tym serialu ma dla mnie wiele atutów. Poza stabilizacją finansową daje rozpoznawalność, co dla aktora jest rzeczą ważną. Dobrze się czuję w towarzystwie filmowej rodziny, scenarzyści budują tę postać interesująco. A były czasy, kiedy mieliśmy dziewięciomilionową widownię. Rzecz nie do pogardzenia.

Mając w pamięci Marka Mostowiaka, jadę na festiwal do Edynburga... i oglądam zachwycające, dotykające źródeł teatru, rytuału, widowisko pt. "Pieśni Leara" w wykonaniu wrocławskiego Teatru Pieśń Kozła, i w jego międzynarodowym zespole widzę Kacpra Kuszewskiego. Myślę sobie: Kuszewski? Ten "serialowy" Kuszewski?

- To kolejny dowód na to, że nie lubię stać w miejscu, wiązać się etatem, przesiadywać w bufecie, że ten zawód traktuję jako ciągłe wyzwanie.

Podobno myślał pan nawet o stworzeniu własnego teatru...

- Tak, i podjęliśmy taką próbę, bo myśleliśmy o tym we czwórkę. Z Agatą Buzek, Anną Gajewską i Michałem Sieczkowskim utworzyliśmy fundację Przestrzeń Wymiany Działań Arteria, by pozyskiwać środki na realizację naszych pomysłów.

Udało się?

- I tak, i nie. Stworzyliśmy spektakl ogromnie ambitny: sięgnęliśmy po wczesną sztukę Bernarda-Marie Koltsa, niegraną wcześniej w Polsce, pt. "Sallinger". Była koprodukcją polsko-czesko-francuską, co pozwoliło pozyskać środki międzynarodowe. Postanowiliśmy zrealizować ten projekt na powstającej wówczas scenie teatralnej w Fabryce Trzciny z dyrektor artystyczną Magdaleną Łazarkiewicz. Kiedy wszystko było już przygotowane, zaczęło się typowe polskie piekiełko. Magda zorientowała się, że ma być w tej instytucji tylko marionetką, a z panią, która sprawowała faktyczne rządy, ani jej, ani nam nie było po drodze. Włożyliśmy zatem mnóstwo pieniędzy, czasu i energii w coś pięknego, szlachetnego, awangardowego, co wyprzedzało swój czas, a ponieważ spotkało się z niechęcią i całkowitym brakiem promocji - szybko upadło. Zrealizowaliśmy jeszcze kilka mniejszych projektów, ale zrozumieliśmy, że 90 proc. naszego wysiłku idzie na sprawy organizacyjno-administracyjno-finansowe, a nie o to nam chodziło. Zostawiliśmy więc Arterię w rękach człowieka, który dzięki niej realizuje Festiwal Filmowy Pięć Smaków, jedyny w Polsce przegląd kinematografii azjatyckiej, który z roku na rok zyskuje sobie coraz większe uznanie.

Ciągle nie wiem, jak z bajki o Sindbadzie Żeglarzu popłynął pan do Pieśni Kozła.

- Jarosław Kilian zaprosił Pieśń Kozła do Teatru Polskiego i Grzegorz Bral zaproponował, że poprowadzi jednodniowe warsztaty dla aktorów naszego teatru. Poszedłem z ciekawości i oniemiałem. Zobaczyłem to, czego szukałem zawsze w teatrze i nigdy dotąd nie znalazłem. Takie podejście do pracy aktora, takie myślenie o teatrze, taki rodzaj zespołowości, ciągłe samodoskonalenie się, poznawanie własnych możliwości. Codzienna podróż w głąb siebie. To było objawienie. Spektakl, który był rodzajem transu zarówno dla aktorów, jak i dla widzów.

Ta ciągła potrzeba poznawania własnych możliwości chyba towarzyszy panu nadal. Stąd udział w "Tańcu z gwiazdami", "Jak oni śpiewają" czy ostatnio "Twoja twarz brzmi znajomo".

- Kiedy wybierałem się do szkoły teatralnej, aktorów w wywiadach pytano o sens życia, o cele sztuki, o dogłębną analizę losu ludzkiego poprzez twórczość teatralną itp., a kiedy kończyłem szkołę teatralną, aktorzy pytani byli o to, jakich kremów używają, jaką zupę lubią najbardziej i dokąd jeżdżą na wakacje. Odnalezienie się w tym nie było łatwe. Ciągle powtarzam sobie, że istotą aktorstwa jest pełna gotowość, by każdego wieczora być na scenie kimś zupełnie innym.

Ale i ciągle inwestować w siebie.

- Tak. Tego typu produkcje dają wielką możliwość indywidualnego rozwoju. W "Jak oni śpiewają" moją trenerką była świetna wokalistka jazzowa Anna Stępniewska, od której wiele się nauczyłem, mierząc się co tydzień z innym gatunkiem muzycznym. "Taniec z gwiazdami" to chyba najtrudniejsze, najbardziej wyczerpujące zadanie zawodowe, którego się podjąłem. "Twoja twarz brzmi znajomo" to z kolei wielkie wyzwanie aktorskie, ale też w pewnym sensie edukacyjne, bo o istnieniu niektórych wykonawców nie miałem wcześniej pojęcia.

Ma pan w sobie gen zwycięzcy?

- Nic na siłę. Ale ciężko mieć frajdę z tego zawodu, kiedy się nie odnosi sukcesów. Choć sukces nie dla każdego może znaczyć to samo.

To porozmawiajmy o życiu prywatnym. Jak przyjął pan decyzję Sejmu, by Święto Trzech Króli było świętem państwowym?

- Ze zdziwieniem. Jestem ateistą i zwolennikiem świeckiego państwa. Korzyść dla mnie jest taka, że mogę teraz w dzień wolny od pracy świętować moje potrójne imieniny, bo rodzice z artystyczną fantazją dali mi imiona Kacper Melchior Baltazar. I wszystkie trzy mam w dowodzie!