powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Namiot na Zbawiksie, czyli "Hajduki" Andrzeja Błażewicza

Zwracam uwagę na dramat nie zwycięski, a honorowo wyróżniony w finale, ponieważ to właśnie tekst Błażewicza - tekst o szukaniu swojego miejsca i nie odnajdywaniu się w świecie "dwóch Polsk" - mnie wkurzył. Co jest pewnym osiągnięciem, zważywszy że spora część bieżącej polskiej produkcji dramatycznej wywołać może wzruszenie ramion bądź przeciągłe ziewnięcie. A wkurzać miałem się czym, choć jako socjalista również się w świecie "dwóch Polsk" niezbyt odnajduję - pisze Witold Mrozek.

Ostatnia scena jest taka. Plac Zbawiciela, 11 listopada. Idą na siebie dwie manifestacje. A pośrodku, tam gdzie kiedyś była tęcza - stoi namiot naszego bohatera, dwudziestoletniego Andrzeja. Z wystawionym w obie strony napisem "Nienawidzę was!".

Andrzej zaczął studia w Krakowie, jego dziewczyna została w Świdnicy i boi się, czy Andrzej się jej nie wstydzi przed nowymi znajomymi. Przed listopadową kulminacją są rodzinne święta i chodzenie na piwo z kolegami. Tych ostatnich Andrzej przekonuje, że mężczyzna w odzieży patriotycznej może chodzić na wystawę Rodin/Dunikowski. Są nieco sztampowo pokazani artystowscy znajomi z krakowskich knajp - Bomby i Bunkra, są też znajomi spod znaku "red is bad". Przede wszystkim - jest rodzina - w tytułowej wiosce na wschodzie Polski - familijnym gnieździe i w Świdnicy. Z rodziną może nie prowadzi się płomiennych debat, ba - w powtarzalnych rytuałach rodzinnego życia pokazany jest tu pewien idiotyzm - ale w tej wizji z przynajmniej rodzina jest czymś stabilnym i bezpiecznym; nawet w przekomarzankach z babcią o "wielebnego Jarosława", które Andrzej kończy wyrażeniem tęsknoty za "trzecią opcją". Wojny pokoleń tu nie widzieli. A "wojna polsko-polska" na rodzinnym gruncie jakoś leniwie rozpływa się w rosole, rozmaśla i przysypia na starej wersalce. W wielkomiejskim w tej perspektywie Krakowie - w powtórzonych, symetrycznych scenach konfrontacji Andrzeja ze znajomymi "z lewa" (z "centrum"?) i "z prawa" - wojna trwa w najlepsze i doprowadza młodego bohatera do desperacji i osamotnienia.

Tak, zaspojlowałem w poprzednich dwóch akapitach zakończenie i najważniejsze wątki dramatu "Hajduki" Andrzeja Błażewicza, 21-letniego studenta wydziału reżyserii Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie i jednego z finalistów tegorocznego poznańskiego konkursu Metafory Rzeczywistości, którego byłem jurorem. Ale jesteśmy na wortalu branżowym, więc jeśli tekst Błażewicza doczeka się kiedyś wystawienia dla "zwykłego widza" - to po prostu proszę Państwa, byście nie przekazywali tych spojlerów dalej.

Zwracam uwagę na dramat nie zwycięski, a honorowo wyróżniony w finale, ponieważ to właśnie tekst Błażewicza - tekst o szukaniu swojego miejsca i nie odnajdywaniu się w świecie "dwóch Polsk"- mnie wkurzył. Co jest pewnym osiągnięciem, zważywszy że spora część bieżącej polskiej produkcji dramatycznej wywołać może wzruszenie ramion bądź przeciągłe ziewnięcie. A wkurzać miałem się czym, choć jako socjalista również się w świecie "dwóch Polsk" niezbyt odnajduję.

Dopiero co minął kolejny 11 listopada. Czy naprawdę marsze "separatystów rasowych" w Warszawie czy otwartych żydożerców we Wrocławiu są czymś symetrycznym do protestów przeciw takim marszom? Czy występowanie z hasłami o "białej Europie", maszerowanie z pogrobowcami Tiso i Mussoliniego - jest symetryczne do domagania się zrównania praw polskich kobiet czy polskich homoseksualistów z prawami kobiet czy homoseksualistów w większości krajów UE? To między innymi przez takie diagnozy powtarzane w "liberalnych" telewizjach głównego nurtu jesteśmy dziś tam, gdzie jesteśmy. A fakt, że na rasistowski Marsz Niepodległości chodzą "rodziny z dziećmi" czy fani Rodina, pokazuje że jesteśmy w bardzo złym miejscu.

Przebiorę się teraz na jedno zdanie w togę starszego felietonisty tygodnika "Polityka" i zapytam dramatycznie: "Skąd ten symetryzm?". Od paru lat widziałem, jak wśród części studentów kierunków związanych z teatrem (praktycznych i teoretycznych) pojawiało się przekonanie, że światem sztuki "rządzi" lewica, a lewicową sztuką - schemat i dogmatyzm. To, że przekonanie to jest dalekie od prawdy, choć oparte bywa na słusznych obserwacjach, to temat na inny tekst. Ale w dramacie Błażewicza jest inny symetryzm - bardziej ludowy, bardziej popularny. Ten, którym np. żywił się (i stara się żywić nadal) ruch Kukiza - nie w wydaniu brunatnym, a "zdroworozsądkowym". To też inny "symetryzm" niż ten, na który narzekają polemiści Rafała Wosia czy Grzegorza Sroczyńskiego. Nie chodzi w nim o systemową analizę błędów i nadużyć poprzedniej rządzącej formacji, które utorowały drogę do nadużyć formacji obecnej - tylko o emocjonalne powtarzanie, że "ci kradno i tamci kradno", "ci oszukujo i tamci oszukujo". A pomoże ci tylko rodzina.

Bronić można "Hajduków" właśnie tym, że to krzyk przerażenia sferą publiczną, a nie próba jej analizy. Że dramat wyraża faktycznie istniejącą społecznie emocję - i to stanowi o jego sile, a nie miałka intelektualnie diagnoza głównego bohatera, w której KOD zlewa się w jedno z ruchem feministycznym i "nową lewicą", jak w snach o "zjednoczonym antypisie". Że to taka trochę dramaturgia młodzieżowa, jakiś - boję się używać tego określenia - "głos pokolenia".

W finałowym monologu Andrzeja mówi m.in. "Jestem sam. Stoję przeciwko wam wszystkim. Nienawidzę was. Kocham was. Kocham moją babcię i panicznie boję się jej śmierci. Widmo jej śmierci przesłania mi jej życie. Zawsze chciałem kogoś zabić, ale wiem, że tego nie zrobię ponieważ brzydzę się przemocą. Kocham moją mamę, kocham ją za to, że chciała mnie urodzić, chciała mojego życia, chciała żebym się zachłysnął powietrzem. (...) Nienawidzę was, nienawidzę. Nie dam się wciągnąć w żadną rewolucję i antyrewolucję, starców, młodych, średnich. Nie obchodzę was. Wy nie obchodzicie mnie. Nikt mnie nie pytał kim jestem. Wszyscy pytacie z kim jestem. Za kim jestem. Jestem sam. Nie jestem wasz. Nie jestem z wami. Nie jestem przeciw wam. Nie pójdę z wami na żadną wojnę i nie pójdę na niewojnę. Chcę się wypisać ze świata. (...) Jesteście pijani sobą, pijani ludźmi wokół was. Obudziłem się wśród manekinów (...)".

Cokolwiek pomyśleliście o powyższym poetyckim manifeście osobności, pod względem formalnym tekst Błażewicza jest - podkreślmy - skonstruowany dość precyzyjnie, napisany ze słuchem, ale też raczej oldskulowy. Wróżę w związku z tym obiecującą przyszłość autorowi. Jest popyt na dramaturgię pisaną możliwe po bożemu - pokazuje to nawet sukces "Upadania" Schillinga w Powszechnym - a w "Hajdukach" nie ma mętnych strumieni świadomości, podszywania się pod bardziej radykalnych kolegów ani zagęszczonych intelektualnych cytatów. Jest mama, tata, wujek, scena obiadu z babcią czy spotkania w barze. Są dialogi. Jest jakaś nierozwikłana tajemnica z przeszłości i budowanie dramaturgii na rozmowach telefonicznych. Tak, język "Hajduków" przypomina język scenariusza filmowego. Co autorowi wróży przyszłość jeszcze bardziej obiecującą, a przynajmniej może dać mu w przyszłości pewne alternatywy wobec teatralnego bagienka. A póki co - dalsze losy Andrzeja Błażewicza będę śledzić z zainteresowaniem (i zapewne nie bez irytacji). Co i Państwu polecam.