powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Antynomie teatralne

Źle zaczyna być wtedy, kiedy abstrakcyjne koncepcje demokratycznych albo dyktatorskich rządów zaczynają brać górę nad tym, co jest istotą sceny, i kiedy wskutek przesądów, fanaberii, intryg i zawiści teatr lepszy zostaje zastąpiony gorszym - pisał Erwin Axer w "Sprawach teatralnych".

Kiedy dobrzy aktorzy są niezadowoleni z dyrektora, zaczynają się zastanawiać nad zmianą teatru. Źli aktorzy, kiedy są niezadowoleni z teatru, zaczynają przemyśliwać nad zmianą dyrektora. Dlatego w bardzo wielu teatrach już w trzy miesiące po nominacji krążą pogłoski o jakoby rychło mającej nastąpić zmianie dyrekcji. Dyrektorzy są do tego przyzwyczajeni, nie zwracają uwagi na pogłoski, aż pewnego pięknego dnia spotykają się z uprzejmą, ale stanowczą prośbą o opuszczenie zaszczytnego stanowiska, i to możliwie natychmiast. Inny dyrektor zajmuje skwapliwie osierocony stolec, a po trzech, co najwyżej czterech miesiącach rozpoczyna się gra spekulacji, pojawiają się zarzuty, a wraz z nimi skromni, zdolni i uspołecznieni kandydaci na ewentualnie opróżnione siedzisko.

Sprawa oczywiście nie jest ani prosta, ani łatwa. Aktorstwo jest zawodem wyjątkowo niewdzięcznym. Jak wiadomo, nawet wybitni i wielcy aktorzy muszą pokonać mnóstwo trudności, żeby osiągnąć możliwość działania w stosunkowo chociażby korzystnych warunkach, i muszą nieustannie walczyć o utrzymanie zdobytych praw. Z publicznością i własną dyrekcją, a w pewnej mierze i z kolegami, których pomoc i współpraca jest im skądinąd nieodzowna. Trochę słabsi i słabi aktorzy są w stokroć trudniejszej sytuacji. Nie rozporządzając atutami protagonistów, zrzeszają się po to, by wywalczyć sobie wpływ na repertuar, politykę obsadową, układ gaż, słowem na to wszystko, co może im zapewnić łut szczęścia w jałowej nieraz i beznadziejnej codzienności teatru. Uważają zresztą - i nie bez słuszności - że należą im się prawa nie mniejsze niż zespołowi robotników fabrycznych, załodze instytutu naukowego lub ciału pedagogicznemu jakiejkolwiek szkoły na przykład. Innymi słowy: normalne prawa obywatelskie.

Dyrektorzy - zwłaszcza zaś dyrektorzy, którzy będąc reżyserami, aktorami, dramaturgami uważają się za artystów - przeciwstawiają tak pojętym poglądom o demokratyzmie w teatrze znacznie mniej popularny ideał dyktatury artystycznej. Uważają oni, że rozsądny człowiek, zatem i dyrektor, wysłuchiwać może wszystkich rad, realizować jednakże powinien tylko jedną decyzję: własną. Zarówno w zakresie programu artystycznego, jak i - co za tym idzie - w zakresie polityki personalnej. Uważają, nie bez pewnych podstaw, że drogą głosowania jeszcze nigdy nie stworzono sensownego układu repertuarowego, większością głosów nie wyreżyserowano żadnego wybitnego przedstawienia na podstawie twórczych dyskusji nie stworzono ani jednej kreacji. Co więcej, zauważono nieomylnie, że najzagorzalsi zwolennicy rad artystycznych i teatralnych, wielogodzinnych dyskusji, proporcjonalnych obsad i zespołowych decyzji gażowych natychmiast po objęciu dyrekcji jakiegokolwiek teatru zmieniają front. Łącznie z prezesami związków zawodowych i kół SPATiF-u, z weteranami walk ZASP-owych i aktywistami organizacji partyjnych.

Sądzę, że demokracji zawdzięczamy fluktuacje żywiołu teatralnego, dyktaturze - klęski i wzloty artystyczne.

Nie ma chyba radykalnego lekarstwa na antynomie teatru. Nieźle jest, jak długo obie krańcowości utrzymują się wzajemnie we względnej i umiarkowanej równowadze. Kiedy odrobina demokracji chroni przed atomowym niebezpieczeństwem totalnej dyktatury, a odrobina dyktatury utrzymuje w bezpiecznej odległości wodorową katastrofę kompletnej demokracji.

Źle zaczyna być wtedy, kiedy abstrakcyjne koncepcje demokratycznych albo dyktatorskich rządów zaczynają brać górę nad tym, co jest istotą sceny, i kiedy wskutek przesądów, fanaberii, intryg i zawiści teatr lepszy zostaje zastąpiony gorszym.

styczeń 1965

--

Erwin Axer Sprawy teatralne, PIW, Warszawa 1966, s. 338-340.