powiększwersja do drukupoleć znajomemu

KLASYKA POLSKA. DZIEŃ TRZECI

Bartosz Zaczykiewicz reżyserując "Odysa" według Stanisława Wyspiańskiego postawił na eklektyzm. Akcję umieścił w średniowiecznym zamczysku z turniejami rycerskimi, gdzie od czasu do czasu zaczynają błyskać dyskotekowe światła - o trzecim spektaklu Opolskich Konfrontacji Teatralnych Klasyka Polska dla e-teatru pisze Paweł Sztarbowski.

Niestety widziałem kilka znakomitych opolskich przedstawień, choćby "Makbeta" Mai Kleczewskiej, "Matkę Joannę od Aniołów" Marka Fiedora czy "Klątwę" Pawła Passiniego. Niestety, bo na ich tle "Odys" wygląda skandalicznie słabo. Świetni aktorzy zdają się nie wiedzieć, co i po co właściwie mają w tym spektaklu robić. Czy grać bajkę, na co wskazywałyby obrzydliwe kostiumy rodem z tandetnego teatru młodego widza? A może grać rytualne zmagania z losem, bo momentami podskakują i wiją się jakby wrócili właśnie z praktyk w Gardzienicach, a w powietrzu unoszą się dymy? Aktorzy, którzy potrafili razić autentycznością, tutaj nadymają się i oszukują od pierwszej sceny. Przoduje w tym Mirosław Bednarek jako Odys. Żywą postacią jest jedynie Telemak Macieja Namysły, który rzeczywiście mocuje się z wyborem, czy posłuchać ojca i uciec z Itaki, czy też zostać i stawić czoło losowi.

Wyspiański wpisał w tę rolę lęk przed decyzją, ciągłe pozostawanie w sferze czystej potencjalności. Odys przypomina w tym Ulricha z "Człowieka bez właściwości" Musila. Ten typ wszystkomożliwego bohatera jest niezwykle bliski dzisiejszej świadomości. Człowiek początku XXI wieku także pozostawia sobie szerokie pole możliwości, by jak najpełniej rozkoszować się światem, nie zamykać sobie furtek. Bohaterowie dramatów współczesnych często odczuwają lęk przed stabilizacją, przed podejmowaniem decyzji, a przede wszystkim przed braniem odpowiedzialności za drugiego człowieka. Dlatego Odys mógłby stać się bohaterem analiz współczesnej kultury dokonywanych choćby przez Zygmunta Baumana.

W opolskim spektaklu te rozterki ograniczają się zaledwie do tarzania się po ziemi. Żeby je wzmocnić, albo może żeby widz mógł wyznaczyć sobie początek i koniec każdej rozterki, do tarzania dołączane są migające światła.

Niestety wszelkie zabiegi reżyserskie nijak nie składają się w całość, bo ani nie powstała z tego rodzajowa opowieść lekturowa, ani tym bardziej ambitny spektakl o wciąż powtarzanym rytuale, który przechodzi z ojca na syna. Szkoda tylko aktorów. Po niektórych było nawet widać, że nie chcą mieć wiele wspólnego z tym, w czym uczestniczą.