powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Teatry i aktorzy

W Moskwie czy w Leningradzie jest stosunkowo duża rozpiętość gaż aktorskich. Nie tylko pomiędzy najlepszymi i najmniej doświadczonymi aktorami jednego zespołu. Ten sam aktor, który otrzymuje sumę w teatrze powiedzmy drugiej kategorii (może to być zresztą bardzo dobry teatr), przeszedłszy do teatru akademickiego (może to być wcale nie najlepszy teatr) otrzyma gażę trzykrotnie wyższą. Wydawałoby się że dzięki takiemu układowi stosunków wszyscy najlepsi aktorzy powinni by zebrać się w teatrach akademickich i pierwszej kategorii. A jednak bywa inaczej - pisał Erwin Axer w "Sprawach teatralnych".

Teatry cieszące się najlepszą opinią w Moskwie i Leningradzie bynajmniej nie są teatrami akademickimi i nawet nie zawsze teatrami pierwszej kategorii, a wielu aktorów (rzecz u nas najzupełniej nie do pomyślenia) rezygnuje z wysokich gaż i zadowala się niskimi po to, by pracować w zespołach, które im artystycznie lepiej odpowiadają. Sam poznałem znakomitą i zasłużoną aktorkę, ulubienicę publiczności swojego miasta, która porzuciwszy własną willę w Odessie mieszkała w drugorzędnym hotelu leningradzkim po to, by wziąć udział w pracach zespołu słynącego w kraju z odwagi i ambicji artystycznych. Znam niejednego i niejedną, którzy rok w rok odrzucają wysokie gaże i dwumiesięczne urlopy sceny akademickiej po to, żeby z wywieszonym ozorem biegać z koncertu na koncert cały sezon, dzień po dniu, a w zamian za to choć raz od czasu do

Czasu pracować z "awangardowym" reżyserem nad ciekawą sztuką.

Podobne zjawiska zdarzają się zresztą również na Zachodzie. Laurence Olivier, Giełgud i niektórzy ich koledzy potrafią wziąć udział w przedstawieniu "Circle in the square" czy innych teatrzyków of-Broadwayu, rezygnując z bogatych honorariów li tylko dla zadośćuczynienia czysto artystycznym swoim zachciankom To prawda, że ich sytuacja materialna jest raczej ustabilizowana i że mogą sobie na zachcianki pozwolić. Niemniej i oni wyrzekają się czegoś, z czego skądinąd niechętnie rezygnują nawet bogaci ludzie.

Tylko w Polsce takie poświęcenie interesów materialnych, jakie zdarza się na Wschodzie i Zachodzie, nie jest możliwe. Przede wszystkim dlatego, że różnice uposażeń pomiędzy wybitnymi i początkującymi aktorami tego samego teatru są stosunkowo nieznaczne. Po drugie dlatego, że z grubsza biorąc teatry różnych kategorii, kierunków, miast i rang płacą mniej więcej to samo. Wprawdzie niektóre teatry (nawet jeżeli są niezłe) otrzymują raczej za dużo pieniędzy, ale aktorzy na dobrą sprawę nic z tego nie mają. Pomimo to dość często i raczej bezinteresownie, a może w poszukiwaniu 200 zł podwyżki, półtorej roli, stypendium albo wyjazdu z teatrem za granicę (obietnice, które będą dotrzymane albo z przyczyn obiektywnych - jak się to mówi - niedotrzymane) aktorzy zmieniają teatry. Bardzo mało już w tej chwili mamy w Polsce scen, które wyróżniałyby się pomiędzy innymi własnym, wychowanym na swojej scenie zespołem aktorów.

Jeszcze stosunkowo niedawno, pięć, cztery, nawet dwa lata temu, były takie teatry. Teatr Polski różnił się od Dramatycznego, Dramatyczny od "Ateneum", w Krakowie Stary od Słowackiego i tak dalej, nie tylko indywidualnością reżyserów i dekoratorów (ci zresztą coraz częściej pracują we wszystkich teatrach po trosze i to jest osobny rozdział), ale przede wszystkim składem zespołu aktorskiego. Warto przy tym dodać, że nie chodzi tym razem o tak zwany "zgrany" zespół, o wartości ensemblowe wspólnie od wielu lat współpracujących partnerów, o odrębny styl wreszcie. Chodzi po prostu o aktorów; "zespołowych" i "niezespołowych", "epizodzistów", "gwiazdy" i młodzież aktorską. Wszyscy razem stanowią oni o obliczu tego czy innego teatru, ich losy mówią więcej o ich teatrze, niżby się z pozoru zdawało, a publiczności bynajmniej nie jest wszystko jedno, czy ulubionego aktora X, aktorkę Z ogląda przez lata całe w jednym teatrze, czy też ulubieniec zmienia sceny jak rękawiczki i w ciągu kilku lat wszystkie sceny kółkiem objechawszy zaczyna na nowo tam, gdzie przed laty rozpoczął.

Wszystkie te wędrówki aktorsko-reżysersko-dekoratorskie znacznie zmniejszają atrakcyjność scen - zwłaszcza warszawskich, bo o nich tu głównie mowa - w ostatecznym wyniku szkodzą przede wszystkim samym zainteresowanym. Dekorator, aktor, muzyk, reżyser X na jednej i tej samej scenie to atrakcja, dla której publiczność przychodzi do tego, a nie innego teatru, ten sam X na wszystkich scenach Warszawy - to nuda.

Można by oczywiście długo rozmawiać o przyczynach. Nie jest to zresztą jedyny powód, dla którego coraz trudniej w wolny wieczór znaleźć przedstawienie, na które naprawdę warto by pójść. Wydaje się jednak, że jest to jeden z powodów, i to taki, o którym stosunkowo rzadko się mówi. Byłoby dobrze, gdyby najbardziej zainteresowani, od czasu do czasu pomiędzy telewizją a wieczornym spektaklem czy też w drodze z atelier do teatru, wyzyskując krótką chwilę spoczynku, zechcieli i o tym pomyśleć.

***

maj 1964

Erwin Axer, "Sprawy teatralne", PIW, Warszawa 1966, s. 301-303.