powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Hymn do miłości" w Berlinie - recenzje

Mistrzowska sztuka chóralnych dźwięków Marty Górnickiej przekształca wściekłość wywołaną sytuacją polityczną w muzykę. Chóry to właściwie optymalna broń wściekłości - recenzje niemieckich krytyków po spektaklu "Hymn do miłości" z Teatru Polskiego w Poznaniu w Gorki Theater w Berlinie.

Mistrzowska sztuka chóralnych dźwięków Marty Górnickiej przekształca wściekłość wywołaną sytuacją polityczną w muzykę. Chóry to właściwie optymalna broń wściekłości. Widać to np. u Volkera Löscha czy Ulricha Rasche, gdy wszyscy na scenie podchodzą jak jeden mąż do przodu i skandują na całe gardło. Groźne dźwiękowe tło, które staje się ludźmi.

U Marty Górnickiej jest inaczej. Spektakle tej polskiej artystki żywią się co prawda porządną porcją wściekłości na sytuację polityczną, ale tu z tej wściekłości powstaje muzyka. Chóry Górnickiej to filigranowe ciała dźwiękowe, potężne w swoim współdziałaniu, ale wbrew wszelkim narzucanym im męskim gestom i twierdzeniom, składające się z dających się odróżnić indywidualnych głosów, z których każdy jest niepowtarzalnym instrumentem mówienia, nucenia i śpiewania.

Pokazując "HYMN DO MIŁOŚCI", Gorki Theater prezentuje małe pięćdziesięciominutowe arcydzieło Górnickiej, które pozostanie w repertuarze teatru. Inaczej niż we wcześniejszych spektaklach, na scenie nie pojawia się tym razem chór żeński, lecz chór mieszany, energicznie dyrygowany przez Górnicką na żywo z parkietu.

W nawiązaniu do polskiego hymnu i różnych historycznych oraz współczesnych narodowo-konserwatywnych tekstów pod lupę brane jest tu polityczne zwycięstwo sił prawicowych, tęsknota za ideologiami wspólnotowymi w Polsce oraz w Europie. Ostre dzieło o kompleksowości koncertu filharmonicznego w wersji a capella. Nie wolno przegapić!

Christian Rakow

"Zitty" 23.06.2017

tłumaczenie: Karolina Golimowska

https://www.zitty.de/hymne-an-die-liebe/

***

***

Na początku był marsz

Początek to nawołanie do marszu. "HYMN DO MIŁOŚCI", najnowszy spektakl polskiej reżyserki teatralnej Marty Górnickiej rozpoczyna swoiste staccato jednego słowa: "jeszcze". Do powtarzanego wciąż i wielokrotnie dochodzą po chwili kolejne słowa, które w powolnej szarpaninie układają się w początek polskiego hymnu: "Jeszcze Polska nie zginęła". Rozpoczęcie od najbardziej być może zdesperowanego początku hymnu, jaki znamy, wydaje się logiczne, jeżeli przez kolejnych 50 minut chce się zbliżyć do dzisiejszej Polski, w coraz większym stopniu otoczonej murem nacjonalizmu przerażająco dążącego wstecz. Polski będącej piłką w wewnątrz europejskiej grze o władzę, która wielokrotnie traciła swoją suwerenność i która dopiero od 25 lat ma możliwość szukania własnej tożsamości wewnątrz złożonego i labilnego kontynentu.

Z pierwszych słyszanych ze sceny wersów przemawia brak wiary we własne możliwości, pełen rezygnacji pesymizm w parze z przekorną pewnością siebie. Być może to właśnie one są kluczem do zrozumienia dziwnej mieszanki nowoczesności i konserwatyzmu, która sprawiła, że Polska stała się jednym z najlepiej działających krajów byłego bloku wschodniego i równocześnie wpływa na jej coraz bardziej widoczną izolację.

Tu właśnie rozpoczyna się chóralny "HYMN" Marty Górnickiej: marsz przez kruche fundamenty polskiej samoświadomości, która - i dowodów na to wcale nie trzeba szukać na wschodzie czy południowym wschodzie - od dawna jest już samoświadomością europejską, która w Polsce, także ze względu na historię kraju, wyjątkowo śmiało wychodzi na pierwszy plan. "My Polacy jesteśmy tylko ludźmi, jesteśmy zwyczajnymi ludźmi" mówi chór. To sformułowane początkowo przyjaźnie i w formie wytłumaczenia zdanie staje się coraz twardsze i ostrzejsze, aby w końcu przerodzić się w agresywne szczekanie. Posokowce rozszarpują tę scenę, szczerząc zęby. Wielokrotnie tego wieczoru doświadczamy takiego właśnie rozwoju wydarzeń: niewinne wypowiedzi, przyjazne uśmiechanie się i otwarte ramiona przekształcają się nagle w agresywne gesty obronne. I tak właśnie chór chwali Polaków jako "najlepszych Europejczyków" po to, aby chwilę później dobitnie stwierdzić, że muszą oni dbać przede wszystkim o samych siebie i nie mogą w związku z tym przyjąć uchodźców. Stąd już niedaleko do "zbędnych narodów", którym można pomachać na do widzenia. Nie zaskakuje już więc, że zaskakujące dość wyznanie niesprzeciwienia się Szoah przechodzi miękko w oczyszczenie się z winy oraz gwałtowne wywyższanie własnego narodu ponad inne.

Wielokrotnie "HYMN DO MIŁOŚCI" podąża właśnie tą drogą: z pojedynczego głosu do polifonii, która z kolei tworzy wspólnotę, izolującą się poprzez agresywną samoobronę skierowaną przeciwko wszystkiemu, czym sama nie jest. To, co pokazuje nam tutaj Górnicka to nic innego jak powstawanie wspólnoty w przyspieszonym tempie oraz niebezpieczeństwo przekształcenia się owej wspólnoty w strukturę totalitarną. Mechanizm powstawania i umacniania się kolektywnej opinii, która im bardziej przyjęta, tym agresywniej wygryza wszystkie inne, daje się świetnie zaobserwować podczas tego krótkiego i jakże intensywnego wieczoru. Już dzięki samemu ensemble, udaje się Górnickiej przy tym dość wyjątkowy trik: w spektaklu udział biorą profesjonalni aktorzy i aktorki, amatorzy, seniorzy i dzieci, osoby z zespołem Downa oraz ludzie z tzw. tłem migracyjnym. Zróżnicowana Polska mówi tu więc językiem propagandy homogenicznego kraju, który tę stojącą na scenie różnorodność postrzega w coraz większym stopniu jako zagrożenie. Homogeniczność, która jest rezultatem nieustannie tłumionego rozwoju narodowego, ale także formą protestu przeciwko złożonemu i coraz mniej zrozumiałemu światu, wyrazem obaw egzystencjalnych oraz pragnienia przejrzystości, prostych odpowiedzi i bezpieczeństwa. Owa homogeniczność zasilana jest z dwóch źródeł: nacjonalizmu oraz katolicyzmu. Oba są jasno odgraniczonymi, jednoznacznie zdefiniowanymi systemami wartości, w których można się połapać, w których nie ma obawy zgubienia się i w których można się czuć jak w domu. Piosenki patriotyczne oraz monotonne, uspokajające śpiewy mszalne składają się na podstawę spektaklu. Ich słowa ciągle unoszą się w przestrzeni, jakby niebiańsko, po czym za każdym razem wszelkiej próbie śpiewu wielogłosowego kres kładzie dominujący rytm marszu. Zwykle aktorzy stoją frontalnie do publiczności, tworząc wspólnotę, która sprawia wrażenie luźnej, która tylko sporadycznie się przepycha lub ustawia w atakującą formację w kształcie strzałki, a mimo wszystko działa antagonizująco, narzuca swój agresywny marszowy puls, wyzywający agresywny uśmiech, bezwarunkowość definicji samej siebie.

Marta Górnicka stworzyła z chóralnej mowy własną formę teatru, która pozwala na bezpośredniość i natychmiastowość przekazu mówiącego o procesach społecznych, kolektywnej dynamice, tworzeniu się społeczności i oddalania się ludzi od siebie w jej strukturach i która w europejskim teatrze nie ma sobie podobnej. Równocześnie spojrzenie kierowane jest ciągle na jednostkę. Ona jest tego wieczoru nie tylko źródłem uwspólnotowienia, ale także źródłem buntu. Tak, jak z pojedynczej wściekłości powstaje kolektywna nienawiść, tak jasno pokazane jest, że jeśli wiele jednostek się zjednoczy, to są one w stanie zmienić kierunek danej dynamiki i zdobyć wspólnotę alternatywnymi pomysłami - wzajemne oddziaływanie na siebie jednostki i grupy to motyw wielokrotnie i imponująco pokazany tego wieczoru. Przedstawionej tu bowiem wspólnocie, która sprawia wrażenie groźnej, nieśmiałej i wykluczającej można nadać pozytywny kształt, sprawić by stała się kolektywem nadziei - fenomen znany już dobrze w kraju Solidarności. I tak na końcu nie tylko jeden cienki głosik krzyczący "Musimy to zatrzymać!" wypiera kolektywne nawoływanie do prawdy, która może być tylko tą jedną, własną, ideologicznie pasującą; podnosi się jeszcze zupełnie inny śpiew "Kommt, ihr Töchter, helft mir klagen" - Pasja według Św. Mateusza Bacha. Sugestia możliwości kolektywnego katharsis. Na początku był marsz, mówi tego wieczoru nacjonalistyczny chór. Nie oznacza to jednak, że będzie on trwał aż do końca.

Sascha Krieger

Stage and Screen 2017.06.26

tłumaczenie: Karolina Golimowska

https://stagescreen.wordpress.com/2017/06/26/im-anfang-war-der-marsch/

***

Jeszcze Europa nie zginęła

Marta Górnicka podczas polskich dni w Gorki Theater

Marta Górnicka mówi o teatrze jako o miejscu, w którym człowiek może istnieć i chce podkreślić znaczenie teatru zwłaszcza w Polsce. Rządząca tam od listopada 2015 r. narodowo-konserwatywna partia PiS (Prawo i Sprawiedliwość) próbuje zgodnie z własnymi interesami zmienić także tworzoną w kraju kulturę. Obcinane są dotacje na realizację współczesnych projektów artystycznych, a pieniądze w zamian za to przekazywane są na "kino patriotyczne", o którym tak chętnie mówią przedstawiciele partii. Przedstawienia teatralne, które reżimowi wydają się zbyt eksperymentalne lub zbyt "pornograficzne" mają być wstrzymywane.

W ubiegły niedzielny wieczór dramaturżka Agata Adamiecka siedzi na podium w Maxim Gorki Theater po niemieckiej premierze "HYMNU DO MIŁOŚCI". "Całe szczęście teatr w Polsce mocniej związany jest z urzędami lokalnymi niż z rządem w Warszawie" - mówi. Jej rozmówczyni, Katarzyna Wielga-Skolimowska przytakuje. Była dyrektor Instytutu Polskiego w Berlinie sama może coś powiedzieć o wpływach PiS-u. W końcu listopada 2016 r. została ze swojego stanowiska zwolniona "ze skutkiem natychmiastowym".

Fakt, że sztuka tak krytyczna wobec rządu i społeczeństwa została wystawiona w Teatrze Polskim w Poznaniu już 21 stycznia tego roku pokazuje, że długie ramię narodowych konserwatystów nie wszędzie jednak dosięga. Co więcej, ten spektakl chóru z dużą ilością choreografii był współfinansowany przez miasto Warszawę - w stolicy rządzi opozycyjna Platforma Obywatelska. Współproducentem jest Gorki Theater. Partnerstwa takie jak to, mówi Adamiecka, są istotne zwłaszcza w trudnych czasach.

"HYMN DO MIŁOŚCI" to przede wszystkim spektakl o Polsce, ale jego przekaz krytyczny osadzony jest w kontekście ogólnoeuropejskim. Ze sceny dochodzi śpiew, syczenie, nucenie, skomlenie, szczekanie i prychanie. Nie ma tu bohaterów głównych ani drugoplanowych, liczy się tylko kolektyw. Niezależnie od tego, jak różnie od siebie wyglądają (są młodzi, starzy, ciemnoskórzy, biali, niepełnosprawni, grzeczni, szaleni), stojący na scenie aktorzy regularnie zlewają się w jednolitą masę. Cytują wtedy polskich polityków, prawicowego terrorystę Andersa Breivika albo propagandę państwa islamskiego. Kryzys związany z uchodźcami? Zgodnie ze starym polskim powiedzeniem "Gość w dom, Bóg w dom". W przypadku uchodźców z Bliskiego Wschodu czy Afryki gościnność jednak się kończy.

"Jeszcze Polska nie zginęła" - polski hymn i inne piosenki patriotyczne są tu wielokrotnie powtarzane we fragmentach. Naród i wspólnota to wszystko, co ważne; Europę należy chronić i w Polsce zostało to zrozumiane, w Niemczech nie - taki jest przekaz.

Jeden z robiących największe wrażenie fragmentów, to scena, w której aktorzy wielokrotnie mówią do publiczności, że Polacy są tylko zwykłymi ludźmi. Powtarzają to zdanie tak często i coraz głośniej, że na scenie zaczyna być ciasno. Na końcu szczekają już tylko, jak pies wciśnięty w kąt.

Jeżeli prawdą jest, że nikt w Europie nie jest tak nacjonalistyczny jak Polacy, to prawdą jest również, że nikt nie jest od nich bardziej samokrytyczny.

Philipp Fritz

Berliner Zeitung 13.06.2017 r.

tłumaczenie: Karolina Golimowska