powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Tekst i teatr

Są w teatrze, i podobno nie tylko w teatrze, pewne problemy "wieczne". Można je uważać za rozwiązane od niepamiętnych czasów i zarazem za nie rozwiązane. Przynajmniej nigdy nie rozwiązane do końca - pisał Erwin Axer w "Sprawach teatralnych".

Tak się przedstawia sprawa np. z zagadnieniem nieśmiertelności duszy, antynomii ducha i materii, z problematyką instytucji małżeństwa, w teatrze zaś ze stosunkiem tekstu do przedstawienia i odwrotnie.

Sprawę tę praktyka rozwiązała od dawna, bez względu bowiem na czyjekolwiek sprzeciwy, protesty, gniewy i sarkania (nie brakło ich nigdy) teatr zawsze pozwalał sobie na swobody w stosunku do autora. Znacznie więcej w historii teatru mamy przykładów bezceremonialnego obchodzenia się z tekstem aniżeli przestrzegania istotnych czy też mniemanych intencji autorów dramatycznych. Nawet, i może przede wszystkim, tych największych.

Z drugiej strony problem można w pewnym sensie uważać za nie rozwiązany, skoro wciąż na nowo, z tych czy innych względów, sprawa powraca na tapetę i staje się przedmiotem zaciekłych sporów. Problemy "wieczne" odznaczają się tym, że w aspekcie teoretycznym bardzo trudno powiedzieć o nich coś ciekawego lub wnieść coś nowego. Życie nie dostarcza tu zbyt wielu sensacyjnych informacji w porównaniu z tym, co wniosła długa przeszłość. Natomiast spory w zakresie "od wiecznych" zagadnień nabierają rumieńców życia, kiedy dotyczą konkretnych zdarzeń lub też kiedy pod powierzchnią naukowych, ideowo-teoretycznych roztrząsań odkrywamy węzeł krzyżujących się interesów.

Wielu krytyków i również działaczy administracji kulturalnej stwierdziło w swoich wypowiedziach pod koniec ubiegłego sezonu, że zwiększyła się na naszych scenach ilość tak zwanych adaptacji oraz przedstawień, w których interpretacja reżyserska odbiega diametralnie od założeń autorskich, co wiąże się jeszcze zazwyczaj ze skrótami, przeinaczeniami i wstawkami tekstowymi, dokonywanymi przez reżysera-inscenizatora. Nie jestem pewien, czy istotnie liczba takich przedstawień jest większa niż dawniej. Może tak, a może nie. Zważywszy, że mało jest dobrych sztuk współczesnych jeszcze w Polsce nie granych, że grywa się zatem więcej sztuk słabych i klasycznych, nie byłoby nic dziwnego w dostrzeżonym zjawisku. Kiepskie sztuki trzeba poprawiać, a każde przedstawienie sztuki klasycznej stanowi w mniejszym lub większym stopniu adaptację, bez względu na to, czy i jakim zmianom ulega tekst. Istotne jest raczej to, że dziś właśnie zjawisko zostało dostrzeżone i poddane krytyce. Co więcej, szereg publicystów, i nie tylko publicystów, dziś właśnie próbuje odmówić teatrowi jego uświęconego przez wieki prawa do traktowania tekstu jako surowca dla przedstawienia teatralnego, stanowiącego naturalny cel działalności teatru.

Każdy z nas ma prawo do własnych poglądów w zakresie starych jak świat problemów naszej profesji. Mam również pewne upodobania, zwyczaje i przesądy, zmieniające się zresztą z biegiem czasu pod wpływem różnych przygód i doświadczeń. Ten sam przywilej mają także krytycy, pisarze, zwyczajni ludzie i nawet działacze kulturalni. Jednakże inna to sprawa bronić swoich poglądów i realizować je w praktyce scenicznej, inna zaś próbować je narzucić jako powszechne prawo. Dla niektórych ludzi wprowadzenie w praktykę swoich poglądów, przesądów i upodobań oznacza narzucanie ich innym w formie obowiązującej reguły.

Rozumiem doskonale, że ktoś jest tak bardzo przywiązany do strof Szekspira lub Mickiewicza, że boleśnie odczuwa każdy skrót tekstu na przedstawieniu "Dziadów" lub "Króla Leara", nie rozumiem jednak, dlaczego chce ze swoich upodobań uczynić regułę, skoro Mickiewicza bodaj że nigdy, Szekspira stosunkowo rzadko, znikomo rzadko grywano w oryginalnym brzmieniu. Nie rozumiem, dlaczego udane czy też nieudane opracowanie dramaturgiczne "Dziadów" Korzeniewskiego stanowi przestępstwo, podczas gdy co najmniej równie śmiałe i dyskusyjne interwencje Wyspiańskiego i Leona Schillera przy inscenizacji "Dziadów" stanowić mają fundament ich chwały.

Nie rozumiem, dlaczego wkładem w kulturę narodową jest inkrustowanie tekstów średniego lotu futurysty wyjątkami z Mickiewicza, nie wolno zaś pobawić się tymże samym Mickiewiczem i jego kolegami po geniuszu eksperymentującym w Opolu inscenizatorom.

Rozumiem, że wygodnie jest, zatwierdziwszy do wystawienia jakikolwiek utwór, usnąć spokojnie w przeświadczeniu, że ustaliliśmy tym samym ruch, dźwięk, barwę, cały wyraz artystyczny, no i ideologiczny przedstawienia. A raczej rozumiałbym, gdyby to było możliwe. Niestety, nic takiego nie istnieje, gdyby zaś istniało, nie istniałby teatr. Przynajmniej teatr żywy.

Są ambicje teatrów i ambicje literatów, którzy piszą o Mickiewiczu, a myślą o sobie i sobie podobnych. Są troski urzędników i niepokoje polityków. Są wreszcie adaptacje i przedstawienia dobre, są i niedobre. Nie o to chodzi. Można napsuć krwi paru reżyserom, dokuczyć kilku aktorom czy dyrektorom teatrów utrudnić życie, znaleźć temat dla lepszego czy gorszego artykułu, poprawić sobie humor złośliwym felietonem o pozorach słuszności. Zjawisk, które wynikają - jak w naszym wypadku - ze złożonej sytuacji, które, jak tego dowodzi doświadczenie, towarzyszą teatrowi w całej jego historii, nie można zwalczyć piórem. Ani perswazją. Ani nakazem. Nie można wygrać kampanii z życiem. Ani z teatrem. Przynajmniej na dłuższą metę.

Kto nie wierzy, komu się wydaje, że ludzie teatru nie są dość skromni, kto wreszcie ufa autorytetowi geniuszów, niechaj sobie odczyta na nowo ten fragment rozmów Goethego z Eckermannem, w którym poeta zastanawia się nad scenicznym losem drugiej części "Fausta". Nie miał on najmniejszej wątpliwości, że teatr - chodziło bodaj że o teatr francuski - zrobi z utworu coś, co w niczym nie będzie odpowiadało intencji autora i jego zamierzeniom. "Popsują sztukę (Francuzi) jako taką - powiada - ale dla własnych celów uczynią z niej mądry użytek. To jest wszystko, czego można oczekiwać i sobie życzyć" (przekład: K. Radziwiłł i J. Zeltzer). Tak więc Goethe rozumiał różnicę perspektyw długowiecznej twórczości literackiej i jednodniowej chwały teatru i nie dostrzegał zarozumiałości zaborczych reżyserów. Bez względu na to, czy im to odpowiada, Słowacki i Mickiewicz będą się musieli poddać losowi, któremu bez szemrania poddał się autor "Fausta".

październik 1963

--

Erwin Axer, Sprawy teatralne, PIW, Warszawa 1966, s. 260-263.