powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Na Solaris bez zmian

"Solaris" wg Stanisława Lema w reż. Elżbiety Depty w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie. Pisze Iwona Torbicka w portalu kulturaupodstaw.pl.

Elżbieta Depta, reżyserka "Solaris" w teatrze w Gnieźnie podjęła się trudnego zadania. Zaadaptowania na scenę najbardziej znanej i najbardziej pesymistycznej powieści Stanisława Lema. I za to należą się jej wyrazy uznania. Pytanie tylko, po co? Spektakl pozostawia nas bez odpowiedzi. Może po prostu każde pokolenie musi odkryć Lema dla siebie?

Adaptacja jest spójna, skoncentrowana głównie na wątku romantycznym - miłości głównego bohatera Krisa Kelvina (Mariusz Zaniewski) do swojej żony Harey (Matylda Paszczenko), która zmarła śmiercią samobójczą. Kris jest psychologiem i przybywa z Ziemi na stację badawczą, unoszącą się nad oceanem, będącym w istocie jednym olbrzymim organizmem, który pokrywa obcą planetę Solaris. Ocean jest jakby pewną formą inteligencji, ludzie od lat nie potrafią zrozumieć jego tajemniczej natury, próby porozumienia się z nim okazują się bezowocne. W momencie przylotu Kelvina na stację, przebywający na niej naukowcy: Snaut (Dominik Rybiałek) i Sartorius (Maciej Hązła) zachowują się dość dziwnie, jakby popadli w obłęd. Szef stacji nijaki Gibarian, popełnił samobójstwo parę godzin przed przybyciem psychologa. W niedługim czasie na stacji pojawia się nieżyjąca żona Kelvina - Harey, od której Kelvin chce się jak najszybciej uwolnić (przecież nie żyje!), co mu się zresztą udaje. Jednak Harey wkrótce wraca. Okazuje się, że ocean materializuje wspomnienia badaczy w postaci neutrinowych, niezniszczalnych tworów. "Kopie" żywych osób, wydobyte są z głębokiej podświadomości bohaterów (efektowny, fajny pomysł ukazania pracy podświadomości człowieka na wielkich ekranach, zawieszonych nad sceną - autorstwa Vctri Studio, za którym kryją się Magdalena Jemielity i Tomasz Kucharski). Ich obecność okazuje się być dla ludzi trudną do zniesienia udręką psychiczną (to jest właśnie "okrucieństwo cudu"). Chociaż Kelvin wie, że istota przypominająca jego zmarłą żonę, tak naprawdę nią nie jest, powoli zaczyna ją akceptować i kochać. W końcu nie może bez niej żyć. Jego koledzy (których zapewne też nawiedzają fantomy) opracowują sposób, jak pozbyć się neutrinowych istot. Sama Harey (której "bycie" wymaga obecności Kelvina) jest coraz bardziej świadoma swojej "inności". W końcu godzi się na anihilację (unicestwienie) za pomocą skonstruowanego przez Sartoriusa urządzenia. I tak ziemska tragedia Kelvina i Harey powtarza się w innej rzeczywistości, w innym świecie. Kelvin zostaje sam, z pytaniami, na które nie ma odpowiedzi, ze zwątpieniem w moc nauki, w racjonalne wyjaśnienie zjawisk pozaziemskich, wreszcie - w możliwość nawiązania kontaktu pomiędzy ludźmi a solaryjskim oceanem.

Najciekawsza część scenicznej opowieści rozgrywa się na ogromnych ekranach, historia i losy kochającej się pary, przedstawione w obrazach, a komentowane z offu przez narratora - działają na widzów najmocniej. Podobnie, jak sceny, w których budzi się podświadomość - na ekranie w postaci drgających plam, linii, podbitych "kosmiczną" muzyką (Maciej Szymborski). Te sceny mają moc rozbudzania wyobraźni widzów. Otwierania jej i stawiania własnych pytań. Kiedy akcja przenosi się na teatralne deski, napięcie wyraźnie siada. Najciekawszą, pełnokrwistą postać tworzy Dominik Rybiałek (gościnnie), grający Snauta. Skrywający jakąś tajemnicę, rozedrgany, wypluty emocjonalnie - od początku do końca konsekwentnie prowadzący swojego bohatera. Dobrze radzi sobie Matylda Paszczenko jako Harey - istota, w której budzi się podejrzenie, że żyje "innym" życiem niż Kelvin. Odbitym życiem jego ziemskiej żony. I nie jest w stanie tego znieść. Na scenie trudno pokazać niezwykłość istoty neutrinowej, niezniszczalnej - tu czasem się to udaje. Mariusz Zaniewski, skądinąd świetny aktor Teatru Nowego w Poznaniu, zawiódł mnie najbardziej. Jest odklejony od swojej roli, jakby nie bardzo wiedział, w czym gra. Sadzi monologi, miota się po scenie i nadużywa krzyku, momentami się w zatraca. Stąd w scenach lirycznych, wyciszonych, jest kompletnie nieprawdziwy, brzmi fałszywie.

W spektaklu zdecydowanie za dużo jest przydługich monologów, wywodów badaczy na temat natury solaryjskiego oceanu, kosmosu i samych neutrinów. Aktorzy nie są w stanie utrzymać napięcia miedzy sobą, ani skupić uwagi widzów (ze względu na zagęszczoną treść monologu). Trudno potem na powrót wskoczyć w akcję. Choć niewątpliwie pomaga w tym ciekawa scenografia, która w skrótowy, symboliczny sposób zaznacza pozaziemskość miejsca akcji, autorstwa Agaty Andrusyszyn-Chwastek.

Zastanawiam się, czy aby opowiedzieć o ludzkich lękach, samotnościach, bezsilności wobec wszechświata, trzeba koniecznie udać się w lemowski kosmos? Chyba tylko po to, by przekonać się, że we wszechświecie nie możemy uwolnić się od ludzkich wyobrażeń, przeżyć, tęsknot i wyrzutów sumienia? Ale to przecież już wiemy. A może każde pokolenie musi odkryć Lema dla siebie? Elżbieta Depta, reżyserka rocznik '87, odkrywa go dla swojego pokolenia (wraz z całą ekipą realizatorów). Kto wie, może millenialsi zobaczą w spektaklu coś, do czego jeszcze nie tęsknili? Może poruszy ich tragedia pary, która odnalazła się gdzieś poza ziemskim życiem, którą kosmos połączył na chwilę, po czym okrutnie rozdzielił. A może zainteresują się tematem neutrinów i sięgną do najnowszych prac na ten temat? Jest co zgłębiać, od czasów wydania "Solaris" w 1961 roku, fizycy dokonali w tej dziedzinie wiele ciekawych odkryć.