powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Anegdoty

Zelwerowicz miał zwyczaj opowiadania uczniom anegdot teatralnych z czasów swojej młodości. Małomównością nie grzeszył, ale nie czynił tego ani z gadulstwa, ani dla zabicia czasu. Egzekwował potem te swoje anegdoty przy końcu roku z surowością tą samą, co sceny z "Wesela" i "Fantazego". Kiedyś pamiętałem niemal wszystkie, dziś niemal wszystkich zapomniałem - pisał Erwin Axer w "Sprawach teatralnych".

Większość z nas pamięta dobrze tylko to, co nam samym się przydarza. Zelwerowicz dobrze rozumiał wartość tych anegdot dla podtrzymania ciągłości... czego? Czy ja wiem. Tradycji może, może wspomnień, a może robił to po prostu z miłości do swoich starych kolegów, którzy już odeszli w stronę niepamięci. Dla niego byli jeszcze pełni życia i barwy, dla nas już tylko cienie dzisiaj cienie cieni. Szkoda, że się wtedy nie znalazł wydawca. Dziś takiego nie ma. Anegdoty, które my znamy, anegdoty o Schillerze, Węgierce, Pronaszce, Wiercińskim, Junoszy, Węgrzynie i tylu innych pomniejszych, odejdą w niepamięć, tak jak ich kreacje Pozostaną nazwiska, i to tylko te największe. Szkoda!

Wielu anegdot nie można opowiadać, trzeba by je zapisywać dla potomnych. Inaczej obraziliby się żyjący jeszcze ich bohaterowie albo żyjący jeszcze członkowie ich rodzin. Można oczywiście czekać. Ale los bywa złośliwy. Możemy umrzeć wcześniej razem z naszymi ane-gdotami. Szkoda byłoby tych pięknych opowiadań. Nie które nawet nie nadają się do zapisywania, także na taśmie magnetofonowej nie; należałoby je filmować razem z gestami. Wszyscy wiedzą oczywiście, jakiego opowiadacza mam na myśli. Jest większy, niż sam przy-puszcza. Kiedyś będą o nim opowiadać, jak to on opowiadał... Oczywiście lepiej byłoby po cichu sfilmować i pokazywać za pięćdziesiąt lat. Na pewno bardzo by się tym cieszyli nasi potomkowie.

Mógłbym spokojnie rzucić różne denerwujące i nierentowne zajęcia, które sprzyjają tylko nagłym skokom ciśnienia, i zająć się wyłącznie spisywaniem przygód najbliższego grona moich kolegów (wraz z ich opowiadaniami o tych przygodach), gdyby tylko znalazł się wydawca dość szczodrobliwy i cenzor dostatecznie wyrozumiały. Wydawałbym rocznie dwa tomy, jak nieboszczyk profesor Gregor albo sam Allardyce Nicoll. Wyobrażam sobie popyt na te dzieła! Autorzy i współautorzy, ich rodziny, potem poszkodowani wraz z rodzinami, rzesze publiczności teatralnej, telewidzowie głosujący na Złote i Srebrne Maski, w końcu poruszone skandalem szersze warstwy społeczeństwa. SPATiF musiałby mi wytoczyć sprawę przed sądem koleżeńskim, potem sprawa oparłaby się prawdopodobnie o normalny sąd państwowy i być może zatoczyłaby kręgi aż poza granice kraju. Wezwałbym na świadków np. Dany Robin, Vivien Leigh, potem tę panią, co grała Szimenę u Vilara (nazwiska zapomniałem), paru znanych lekarzy zeznawałoby o możliwości uzdrowienia chorego na paraliż starca przez opanowanego pożądaniem teatrologa i sława moja oraz miejsce w historii teatru byłoby zapewnione.

A tak co... Łapicki zapomniał własnego opowiadania o powrocie samolotem z Wrocławia, tak samo jak przemówienia wygłoszonego do Gerard Philipe'a, Fijewski pamięta swoje anegdoty nie dłużej niż rok, przygód Kondrata obyczajność nigdy nie pozwoli nam uwiecznić i nie nadają się nawet do opowiadania w szkole. To samo dotyczy innych. Nigdy zapewne nie ogłoszę drukiem ostatniej woli mego nauczyciela, który przekazał mi ją ustnie. Nie wykonałem jej zresztą. Nie opowiem, co było w Paryżu, bo nie byłem sam, nie opowiem też, co się tam przydarzyło pewnemu profesorowi, chociaż on był tam sam jeden, a opowiedziała mi o wszystkim pewna działaczka na Placu Pigalle podczas krótkiej przerwy w pracy. W ogóle niczego nie opowiem. Czuję doskonale, że cały ten felieton traci wszelki sens, jeśli go nie zakończyć bardzo dobrą albo przynajmniej dobrą anegdotą, a jednak nie mogę tego uczynić. Po prostu nie mogę. Nie mogę nawet opowiedzieć tego, co się przed wojną przydarzyło w Krakowie jednemu członkowi Chóru Dana o porannej godzinie. Pomimo że ten, któremu się to przydarzyło, i nawet ten, który mi to opowiadał, niestety już nie żyją. Nie mogę się nawet podzielić z czytelnikami tym, z czego mi się w 1940 roku zwierzył pewnego wieczoru Eugeniusz Bodo. A przecież była to zupełnie niewinna sprawa. I tak przepada w niepamięci to, co najważniejsze w historii.

***

czerwiec 1963

Erwin Axer, "Sprawy teatralne", PIW, Warszawa 1966, s. 253-255.