powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Gdzie, do cholery, jest inny, lepszy świat?

W bohaterach sztuki dostrzegłam to, co widzę niemal w każdym jej odbiorcy; ucieczkę przed doświadczaniem życia. Opór przed tym, by "zostać ze sobą" pomimo bólu - o spektaklu "Nad moim grobem noc nie zapadnie" w reż. Krzysztofa Kwiatkowskiego pisze Anna Hanna Czarnecka.

Jeśli cokolwiek, od pierwszych minut, uderzyło mnie, jako widza najdotkliwiej, to jest to właśnie ów brak odwagi przyjrzenia się sobie. Pragnienie bycia zawsze w przyszłości, w innym lepszym świecie. Gdzieś poza teraz. Krok przed sobą samym.

Minuta po minucie bohaterowie wpadają w pułapkę, którą my, współcześni, sami na siebie zastawiamy. Tą pułapką, złośliwym chichotem diabła, jest bolesny przymus nieustannego dążenia, planowania drogi do szczęścia, do lepszego życia, gdzieś tam, gdzie jeszcze nas nie ma, gdzie póki co nie dotarliśmy, ale spokoju nie daje nam przekonanie, że dotrzeć powinniśmy...

Póki trwa walka z lękami, traumami z przeszłości, póty słychać chichot. W końcu każda walka prowadzi do wyczerpania i frustracji. Podobnie jak poszukiwanie logicznego uzasadnienia dla konieczności jej prowadzenia.

Dopóki trwa walka, trwa rozpacz.

Daremne próby wykonania "skoku życia" z przeszłości w przyszłość, bez chęci zrozumienia tego, co się przydarza po drodze, skazują bohaterów na serie rozczarowań. Wpędzają w poczucie winy, prowadząc do coraz bardziej dotkliwego wyobcowania i samotności.

Czy jednak tak bardzo chcą poznać inny, "lepszy los", bo są ciekawi, otwarci na nowe doświadczenia? Czy raczej, chcą go poznać, bo tak bardzo nienawidzą swojej rzeczywistości i tego co w niej się wydarza?

Jak bardzo głęboko wrosły w nich negatywne emocje, że pojawił się kompulsywny głód innych, "lepszych" zdarzeń?

Podejmowane przez postaci nieliczne kroki w kierunku doświadczania stanu bycia bez oporu, w zgodzie z tym co się wydarza, znaczy tak wielka nienawiść do siebie, że trudno im nawet go zauważyć, nie mówiąc o spokojnym doświadczaniu tego stanu. Owa nienawiść każe im natychmiast uciekać w planowanie kolejnego kroku w przyszłość.

I tak, koło owego "złego losu" kręci się bez kierowcy... Sprowadzając życie, do linearnego ciągu mniej lub bardziej fortunnych zdarzeń, których suma w okolicach jego połowy, zamienia się w niepochlebną ocenę, stając się kolejnym powodem frustracji...

Z tej perspektywy, przeszłość, jako dookreślona,nie może z ludzkiej woli zostać zmieniona. Zrozumiana, tak, ale nie zmieniona.

To właśnie ona jednak narzuca mordercze tempo by "sprawdzić się" jak najszybciej i dotknąć wreszcie "sukcesu".

Wyraźnie obecny jest brak dążności bohaterów do indywidualnie pojmowanego dobrostanu, rozumianego jako stan wewnętrznego spokoju, kluczowego elementu spełnienia, będącego efektem, nie celem, życiowego sukcesu i poczucia pełni istnienia.

To nie traumatyczne doświadczenia, konieczność wykonywania nielubianych zajęć, czy zmaganie się z twórczą niemocą jest w moim odczuciu głównym źródłem frustracji bohaterów sztuki. To raczej dzielenie owych doświadczeń na dobre i złe, nieumiejętność samodzielnego "trawienia" życia w całej jego istocie, stanowi o porażce, tym bardziej bolesnej, że kreśli czarną kreską, nie tylko znienawidzoną teraźniejszość ale także niechcianą przyszłość.

Patrzę na zmagania bohaterów z wygodnej perspektywy nieuwikłanego w ich problemy widza. Chociaż wiem, że jak tylko aktorzy zejdą ze sceny, wspólnie podzielimy los uczestników wyścigu, współczesnych poszukiwaczy "lepszej przyszłości".

Wrócimy do ucieczki przed przemijaniem. Do naszych nieoswojonych lęków. I do być może najstraszniejszego z nich... lęku przed śmiercią. I każdy z nas będzie pędził w nieuświadomionym biegu od siebie, z nadzieją, że może to właśnie nad jego grobem noc jednak nigdy nie zapadnie...

Najbliższe spektakle wznowieniowe: 12 i 13 października w Teatrze Druga Strefa w Warszawie, ul. Magazynowa 14 A.