powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Złudne eldorado

"Spowiedź motyla" Janusza Korczaka w reż. Julii Kijowskiej i Wojciecha Farugi w Teatrze Ateneum w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Was.

Słowami "A to było tak " najczęściej rozpoczynają się bajki, które wystawiają teatry dla dzieci. Tak też jest u Janusza Korczaka w jego bajce o chłopcu, któremu dano na imię Maciuś i który wiedziony przeciwnościami losu wpada w mechanizmy wielkiej polityki. W "Spowiedzi motyla" też jest chłopiec, tyle że próbujący rozprawić się ze swoimi młodzieńczymi problemami przed dorosłą publicznością, choć z niezwykle istotnym udziałem kilkunastoletnich dziewczynek. No cóż, tak już bywa, że osierocone dzieci próbują nie zawsze udolnie wcielać się w role dorosłych, co kończy się zazwyczaj symboliczną porażką dziecka próbującego instynktownie powielać wzorce nieoswojonej jeszcze dorosłości. W "Spowiedzi motyla" uczestniczymy w swego rodzaju dziecięcej krucjacie, podczas której uwolnienie od wszelkich przewinień nie zawsze ma związek z kryształowym sercem.

Mówi się, że kto jak kto, ale dzieci w teatrze udawać nie potrafią. I tak się dzieje zazwyczaj gdy zasiadają na widowni. Nie ukrywają swojego zadowolenia, gdy coś im się naprawdę podoba. Zupełnie inaczej jest gdy przychodzi im się zmierzyć z zadaniami aktorskim na scenie obok zawodowych aktorów. Bo to w końcu inna i diametralnie różna para kaloszy. Tym większe zaskoczenie przeżyła publiczność podczas ostatniej premiery w Teatrze Ateneum, mogąc obok Julii Kijowskiej zobaczyć bodajże jedenaście dziewczynek ze szkoły muzycznej, które stały się jej równoprawnymi partnerkami. A zadanie nie było łatwe, jako że i forma tego oryginalnego widowiska wychodziła daleko poza przyczynowo-skutkowe opowiedzenie historii z życia młodego Janusza Korczaka, który młodzieńcze spostrzeżenia spisywał w swoim pamiętniku. Ów bowiem, pisany przez czternastoletniego autora "Dzieci ulicy", stał u podstaw tego muzyczno-teatralnego kolażu. Z niego czerpali wszyscy realizatorzy konstruując scenariusz i budując plastyczne obrazy w scenografii nawiązującej do prac graficznych Henry'ego Dargera.

Od Julii Kijowskiej, która obok Wojciecha Farugi jest reżyserem tego inscenizowanego koncertu, trudno oderwać wzrok. Dawno nie widziałem na scenie aktorki, która potrafiłaby tak magnetyzować publiczność głosem i swoim scenicznym byciem - do bólu prostym, naturalnym, niczego nie udającym, skupionym na tym co w środku człowieka, jednak tego nie uzewnętrzniającym. Może to tylko sprawić siła osobowości i charyzma tej artystki, która, choć już ze sporym dorobkiem, stoi - jak myślę - dopiero przed swoimi najważniejszymi wyzwaniami, zwłaszcza w teatrze. Słuchając jej głosu i sposobu interpretacji miałem wrażenie jak bym słuchał polskiej Laurie Anderson. Choć przecież w jej muzycznych prezentacjach trudno byłoby szukać jakichś zapożyczeń wprost od amerykańskiej performerki. Takie spostrzeżenia budzi rodzaj skupienia i charakterystycznego budowania nastroju dźwiękiem czy słowem - raz chropawym, to znów pełnym liryzmu, ale nigdy nie pozbawionym odpowiedniej dozy dramatyzmu.

Dzięki znakomitej scenografii Wojciecha Farugi, a także songom autorstwa samej Julii Kijowskiej oraz muzyce Radka Łukasiewicza, poszczególne sekwencje tego widowiska, migające niekiedy jak w kalejdoskopie, oszałamiają bogactwem kształtów i barw. Czas płynie tutaj w jakiś dziwny sobie sposób i też jest budulcem napięcia, które choć momentami zagadywane zbyt często kolejnymi obrazami, staje się tworzywem naszych osobistych spostrzeżeń dotyczących dojrzewania zarówno tego psychicznego, jak i cielesnego. Jest w tym wszystkim coś magicznego i być może właśnie to każe wybaczyć pewien inscenizacyjny nadmiar, który pojawia się w środkowej części spektaklu.

Bardzo dobrze styl wszystkich fragmentów muzycznych dopasowany jest do nastroju poszczególnych scen. Takiego widowiska chyba nigdy jeszcze w Teatrze Ateneum nie było, choć w zespole jak widać są artyści, którzy potrafią odnaleźć się w innych konwencjach czy poetykach (widać to było też w spektaklu Agaty Dudy-Gracz "Mary Stuart", który zbyt szybko zszedł z teatralnego afisza), bardziej ryzykownych od klasycznego repertuaru komediowego, musicalowego czy dramatycznego.

Na koniec jeszcze kilka słów o dziewczętach, które znakomicie czują aurę tego koncertu, imponują zaangażowaniem, trzymają tempo, a co najważniejsze wiedzą po co wychodzą na scenę i w czym uczestniczą. Sprawdzają się zarówno w zadaniach indywidualnych, stwarzając precyzyjnie nakreślone postaci, nie tracące tutaj nic ze spontaniczności, jak i wyraźnie wyeksponowanych w drugiej części działaniach zbiorowych. Zarówno one jak i sama muzyka dobrze służą dramaturgii tego niecodziennego przy Jaracza wydarzenia. Szkoda tylko, że we wspomnianych już inscenizacyjnych naddatkach gubi się czasami klarowność Korczakowskich myśli, ale zarówno oddanie młodych bohaterek jak i samej Julii Kijowskiej cudownie nam te niedostatki niwelują. Zwłaszcza w groźnym i drapieżnym finale. Eksperymentując z absurdalnym światem dorosłych nie zawsze uda nam się z dzieciństwa uczynić tajemniczą i fantasmagoryczną wizję, za którą będziemy odczuwać tęsknotę w już dorosłym, tym gorszym życiu.