powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Gloria Artis na zgliszczach

Co robi władza z instytucjami, które już odbiła się "dla Polaków"? Wobec przejętych placówek artystycznych stosuje się taktykę spalonej ziemi - pisze Witold Mrozek.

Na początek cytat z przemowy gratulacyjnej dla nagrodzonego właśnie medalem "Gloria Artis" Piotra Zaremby. Mówi Wojciech Stanisławski z "Frondy" i "Plusa Minusa": "I w tym zgiełku, w tej kakofonii, idzie Piotr, którego - proszę pozwolić na drugi jawny cytat z Herberta - można sobie wyobrazić, jak mówi: za cały instrument / mam drewniany patyk / uderzam w deskę / i ona mi odpowiada / tak - tak / nie - nie".

Kiedyś myślałem o takim konceptualnym projekcie wydawniczym - zbiorze dyrektorskich mów na bankietach po premierach. Dziś chyba ten pomysł musi zaczekać - najpierw trzeba wydać zbiór laudacji wygłaszanych przy dekorowaniu weteranów walki z salonem, żyjących przez lata po piwnicach i zatęchłych mansardach klasyków wyklętego pióra, ascetów polskiej prawicowej rewolucji.

Zaremba, autor powieści pod znaczącym tytułem "Zgliszcza", to z pewnością zasłużony publicysta. Ale nagradzanie go akurat przez ministra kultury zakrawa na ponurą groteskę. Jest bowiem również zasłużony dla wulgaryzacji i brutalizacji debaty o kulturze, uwikłania jej w paranoiczną nagonkę i oderwania od faktów. Zaremba do "Glorii Artis" nadaje się jak harwester do Greenpeace'u.

Gdy Zaremba pisze np. o sądach, to stać go niejednokrotnie na niuansowanie ocen, nawet na ton krytyczny wobec własnego obozu. Ale jak to jest, że gdy tylko zajmie się kulturą, kinem czy teatrem - na który to odcinek często bywa rzucany - to jego "drewniany patyk" zmienia się w bejsbola? Tak, sam dziwię się pięknoduchowskiej naiwności tego pytania, ale: dlaczego "oni" ze szczególnym upodobaniem niszczą kulturę? Jedna z odpowiedzi brzmi - bo zapatrzyli się w amerykańskie wzorce wojen kulturowych. Łatwo szczuć na mitycznych "zdegenerowanych celebrytów", którzy wyczyniają jakieś bluźniercze hece w "świątyniach sztuki", dostępnych przecież wciąż raczej dla nielicznych, niż dla szerokich mas. Tu Zarembie idzie z odsieczą były kolega z "Sieci Prawdy", Bronisław Wildstein, uparcie tłumaczący Glińskiemu, że instytucje kultury są dla "wszystkich Polaków", a nie dla "jakichś artystów".

Niby to prawda, ale chyba z Wildsteinem rozumiemy to inaczej. W każdym razie - co robi władza z instytucjami, które już odbiła się "dla Polaków"? Wobec przejętych placówek artystycznych stosuje się taktykę spalonej ziemi. Napełnia to niepokojem o przyszłość "odzyskiwanego" właśnie PISF . W Starym Teatrze nic nie wyszło z planów ministerstwa, by uprawiać coś pomiędzy "teatrem z czasów naszej młodości" a "wspaniałym, opartym na literaturze rzemiośle, teatrem anglosaskim". Po prostu: często bywa tak, że gdy usiłujemy spełnić nasze fantazje, rezultat rozczarowuje.

Szefem artystycznym Starego został niespodziewanie Jan Polewka, odrzucony we wcześniejszym konkursie. Kandydat, którego aplikacja nawet od ministerialnych ekspertów otrzymała równe zero głosów. Dziś realizuje wariację na swój przegrany program, publicznie powołując się bez pokrycia na nazwiska Andrzeja Seweryna i Jerzego Stuhra - by podziałać na wyobraźnię opinii publicznej, zachęcić niezorientowanego odbiorcę wizją powrotu "dawnych, dobrych czasów". Tymczasem w Krakowie zamiast prób starych mistrzów trwają spotkania zespołu z dyrekcją, a dyrektor Polewka wychodzi z nich, trzaskając drzwiami. Zaś w Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie swąd spalonej ziemi unosi się już od roku, wyrokiem sądu administracyjnego utrzymano dyrekcję Cezarego Morawskiego - pozostanie on na kolejne mniej więcej dwa i pół roku.

Minister Gliński twierdził niedawno, że minęło za mało czasu, by ocenić działalność Morawskiego w Teatrze Polskim. Czyli - że to takie trudne początki. Tymczasem rozpoczął się kolejny sezon, a nic nie zapowiada, by cokolwiek zmieniło się w Polskim na lepsze. Co więcej - obawiam się, że gdy pod koniec tego sezonu będziemy na półmetku dyrekcji Cezarego Morawskiego, dla ministra "trudne początki" wciąż będą trwały. Powtarzam się, ale trzeba o tym przypominać. Długi byłego dyrektora Mieszkowskiego przeszkadzały ministerstwu -teatr jednak liczył się na mapie, tworzył wybitne spektakle, przyciągał tłumy. Dziś, gdy milionowe długi zaciąga Morawski, teatr z ekstraklasy spadł poniżej okręgówki a widownia opustoszała -a dla ministerstwa wszystko jest w porządku. Tak, wicepremierze Gliński; tak, redaktorze Wildstein - na wrocławską widownię po jej "odzyskaniu" przychodzi mniej "wszystkich Polaków", niż przychodziło wcześniej. Zagadkowe, co?

Jest jeszcze jeden przykry efekt uboczny rozbójniczej polityki kulturalnej PiS. "Oni" potrafią sprawić, że zaczynamy myśleć o graniu na "ich" zasadach. Początkowo pomysły dolnośląskich samorządowców, by w celu skutecznej zmiany dyrekcji Teatr Polski rozwiązać i zawiązać na nowo, wydawały mi się kuriozalne, nieadekwatne, niebezpiecznie podobne do pomysłu PiS na połączenie Filmoteki Narodowej i Narodowego Instytutu Audiowizualnego, jak twierdzili niechętni - jedynie po to, by wymienić dyrektora. Mijają jednak miesiące i zastanawiam się, po co utrzymywać trupa Teatru Polskiego - upadłą instytucję, która poza długami nie produkuje żadnej wartości dodanej, może poza mściwą, resentymentalną satysfakcją twardogłowego zaplecza partii rządzącej, że udało się pogonić "lewactwo".

Jasne, teatr z nowym NIP-em i REGON-em utraciłby dzisiejsze ministerialne współfinansowanie - umowa przestałaby obowiązywać. Pewnie zrezygnować by musiał z wyremontowanej za ciężkie pieniądze, a wynajmowanej od PKP Sceny Na Świebodzkim. Ale może taki reset byłby sensowny, może lepiej mieć teatr mniejszy, a działający - niż większy, który nie funkcjonuje i który utrzymywany jest w imię zachowania substancji i czekania na lepsze jutro? Na rozpętanej przez PiS wojnie straty są nie do uniknięcia.