powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Przerzucanie mostów między "zwaśnionymi plemionami"

- Współczesny język przedstawień jest początkowo istotny, by pokazać młodzieży, że teatr to nie są jakieś ramoty dla starych, że teatrem da się opowiadać o ich bolączkach. Często sami piszą scenariusze - z Bartłomiejem Miernikiem, reżyserem, krytykiem, założycielem Fundacji Banina, rozmawia Wiesław Kowalski w Teatrze dla Was.

Bezpośrednio po ukończeniu Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej zajmowałeś się przede wszystkim krytyką teatralną, pisałeś recenzje, wywiady, eseje, felietony, prowadziłeś spotkania z aktorami, dramatopisarzami, reżyserami, byłeś jurorem licznych festiwali teatralnych. Po odejściu z miesięcznika "Teatr", gdzie byłeś sekretarzem redakcji, prowadziłeś własnego bloga, gdzie na bieżąco komentowałeś wydarzenia teatralne na polskich scenach. Dzisiaj Twoja aktywność, choć też związana bardzo silnie z teatrem, realizuje się na nieco innych polach. Ale zanim o tym porozmawiamy, chciałbym zapytać, dlaczego tak się stało? Rzadko można Cię dzisiaj spotkać na teatralnych premierach, a zatem czy bieżące życie teatralne już Cię przestało zupełnie interesować? Czy aż tak jesteś nim rozczarowany, a może znudzony? Byłbym bardzo ciekaw, i pewnie nie tylko ja, jak patrzysz na to, co się wydarzyło we Wrocławiu i co dzieje się aktualnie w Krakowie?

- Wciąż mnie bardzo interesuje i w miarę możliwości chodzę oglądać spektakle. Wiesz, ja nawet gdy oglądałem w ostatnich sezonach po 100-130 spektakli, to starałem się głównie wyjeżdżać, oglądać to wszystko, co jest najciekawsze poza stolicą. Polski teatr od dekady, może dłużej, jest pozawarszawski, na pewno nie w stolicy bije jego serce. Nie jestem ani rozczarowany ani znudzony, wprost przeciwnie. Powiem ci, że mam mnóstwo energii w sobie, tylko że staram się ją spożytkować mądrze. Zamiast siedzieć przed kompem i wbijać w Wordzie zdanka o moich teatralnych sympatiach bądź antypatiach, zamiast boksować się z innymi recenzentami, całą energię przelewam w pracę z młodzieżą i dla młodzieży. Uznałem, że nie warto pisać dla garstki ludzi, głównie samych twórców, bo umówmy się, mało kto dzisiaj poza nimi czyta te nasze recenzje czy wywiady. Środowisko teatralne to kilka tysięcy osób, może trzy, może siedem, nie więcej. Widzowie zaś wybierając się do teatru rzadko korzystają ze zdania recenzenta. Częściej ufają w polecenie znajomych, widzę zresztą po przyjaciołach - chodzą często, wciąż mnie dopytując, na co mają się wybrać. Liczba czytelników prasy branżowej to kilkaset osób, tyle samo osób czyta blogi czy portale. Mój akurat czytało sporo, ale to była liczba zamykająca się w kilku tysiącach miesięcznie. Ponadto mój nieżyjący już autorytet i profesor Jerzy Koenig na jednych z zajęć powiedział: "recenzentem można być do trzydziestki, potem to niezbyt poważne zajęcie dla mężczyzny" (śmiech). Staram się więc być poważny. O sytuacji polskich teatrów, tych we Wrocławiu czy w Krakowie wiem tyle co większość. Zabrakło rozmowy, to wszystko, górę wzięły ambicje jednych i drugich, popełniono kilka małych błędów, które rosły, puchły aż wybuchły. To jednak medialne wojenki, zastanówmy się, czemu do mediów aż tak nie przebiła się awantura w Teatrze Studio, to jak warszawski ratusz spacyfikował tę świetną scenę. Gdy jakieś trzy lata temu patrzyłem, jak na facebooku główny opór moich znajomych skupiał się na wstawianiu oportunistycznych postów, oburzonych reakcji wobec tego, co się dzieje w państwie, uznałem że nie chcę w tym tkwić. Nie chcę z wygodnej pozycji warszawskiego salonowego miernika siedzieć i komentować jak jest strasznie w polskich teatrach. Zakasałem rękawy i wziąłem się do roboty. Zacząłem działać.

Pamiętam, że będąc krytykiem lubiłeś czasami wkładać kij w mrowisko - wiem o tym, bo i mnie samego kiedyś nie oszczędziłeś. Dzisiaj robisz to samo, tyle, że w zupełnie innej sprawie?

- Zarówno jako krytyk jak i teraz starałem się działać, mówić odważnie i głośno o tym, co mnie boli, co uwiera, gdzie widzę nieprawidłowości. Dzisiaj na pewno więcej rozmawiam, szukam punktów wspólnych. Tak bardzo nas podzielono jako społeczeństwo, że rolą sztuki jest przerzucanie mostów między jak lubi nas nazywać władza i opozycja "zwaśnionymi plemionami". Nie czuję wielkiej przynależności do żadnego z plemion w tak spolaryzowanym świecie: ani do katotalibów ani do pierdolonych lewaków - bo tak się je niesłusznie etykietkuje. Zacząłem robić spektakle dla młodzieży, bowiem uważam, że to, jak teraz będziemy pracowali z najmłodszym pokoleniem, za kilka lat nam się zwróci. To oni będą nam urządzać świat, rzeczywistość dookoła. Dlatego postanowiłem skrzyknąć kilku podobnych do mnie zapaleńców i tę swoją małą cegiełkę dołożyć do mostów budowanych przez innych podobnych do mnie wariatów, harujących w trzecim sektorze. Staramy się pracować na takich tematach, które są istotnie dość gorące pośród młodzieży: nacjonalizm, patriotyzm, manipulacja, uchodźcy, wojna. Tyle, że po każdym spektaklu prowadzimy warsztat, zmieniamy ustawienie krzeseł w klasie, siadamy w kółku i gadamy. Nie pouczamy, słuchamy tych młodych. Dajemy im platformę by wymieniali się poglądami, by zaczęli słuchać adwersarza, krytykowali poglądy, ale nie naskakiwali na siebie nawzajem.

Z Warszawy jeśli dobrze pamiętam wyjechałeś do Lublina, gdzie zacząłeś realizować cykl czytań performatywnych "Sztuki barowe" i założyłeś Grupę Banina. To tam wyreżyserowałeś "Marzenie Nataszy" Jarosławy Pulinowicz. Powiedz jak doszło do powołania tej formacji. Był podaj rok 2015.

- W 2013 wyjechałem na ponad dwa lata z Warszawy, co było konsekwencją tego, że cały czas byłem w drodze, zresztą wciąż jestem. Wtedy we własnym mieszkaniu przebywałem najczęściej trzy-cztery dni w miesiącu, uznałem więc, że skoro mogę mieszkać wszędzie to równie dobrze mogę w mieście, które podoba mi się o wiele bardziej niż stolica. Lublin to wspaniałe miasto, w którym inwestuje się w kulturę. Założyłem tam wydawany do dziś miesięcznik Proscenium, który skupia studentów i absolwentów uczelni wyższych, zainteresowanych życiem teatralnym. Starałem się nauki wyniesione z dobrych lat miesięcznika Teatr przeszczepić do Proscenium i chyba się udało, bo teksty jak mi mówią recenzenci są dobrze napisane, prezentują wysoki poziom. Dbam o to, by były skrupulatnie redagowane, nad każdym tekstem pracujemy z autorem, zastanawiamy się nad pytaniami do rozmowy, uczę ich szacunku do rozmówcy, do twórcy dzieła teatralnego. Ale również publicystycznej werwy, by nie bali się mądrze krytykować, pisali szczerze, bez obaw, by te teksty miały kły. Inicjowałem serię czytań współczesnych sztuk w pubach i restauracjach, jedno z czytań tak bardzo się spodobało, że wraz z aktorką postanowiliśmy zrobić z niego coś więcej i tak rozpoczęły się próby do "Marzenia Nataszy", z którym następnie objechaliśmy pół Polski, graliśmy w szkołach, domach kultury, na festiwalach teatralnych. No i od nazwiska Nataszy powstała najpierw Grupa, a w tym roku już Fundacja Banina. Prowadzę ją razem z Luizą Nowak, która jest centrum operacyjnym tych wszystkich fundacyjnych działań.

W 2016 roku pojawiasz się w Kielcach i pod auspicjami Teatru Lalki i Aktora "Kubuś" realizujesz "Pakt" wg belgijskiej sztuki "Pakt rzeczywistości" Veroniki Mabardi. W spektaklu biorą udział uczniowie Zespołu Szkół Społecznych im. M. Reja w Kielcach. Po raz kolejny używając współczesnego języka podejmujesz próbę rozmowy z naszą młodzieżą o jej problemach. Utwierdziło Cię to w przekonaniu, że teatrem można dotrzeć do młodzieży, a ona w nim uczestnicząc może poruszyć dorosłych?

- Równolegle do spektakli granych dla młodzieży pracuję z młodzieżą. Przez prawie dwa ostatnie lata we wspomnianym przez ciebie społecznym gimnazjum, oraz przez ponad rok w domu kultury w Staszowie, gdzie założyłem amatorski Teatr Syrena. W Kielcach trafiłem na niebywale twórczą młodzież, absolutnie magiczną, marzenie każdego reżysera. Po serii spotkań warsztatowych rozpoczęliśmy cotygodniową pracę nad współczesną belgijską sztuką, którą następnie zaprezentowaliśmy w Teatrze Kubuś. A udało się tam zagrać dzięki uprzejmości dyrektora tego teatru Roberta Drobniucha oraz świetnego teamu, który tam pracuje. Młodzież gimnazjalna zagrała na prawdziwej scenie, przy światłach, przy pełnych widowniach. Mnóstwo wzruszeń. Teatrem można dotrzeć do młodzieży, teatr w ich rozwoju jest niezwykle istotny. Jestem absolutnym zwolennikiem amerykańskiego sposobu kształcenia, gdzie teatr jest włączony w proces edukacji już od początku wejścia młodego człowieka do szkoły. Wiesz, ja naprawdę w to wierzę, bo widzę, jak teatr działa. Widzę jak introwertyczne dziecko, mające ogrom problemów w rodzinie, totalnie zamknięte w sobie zaczyna żyć na scenie, zaczyna się włączać we wspólnotę, którą tworzymy. Jak zaczyna pracować na scenie ciałem, głosem, jak proponuje, jak jest coraz odważniejsze i jak po dwóch latach jest "rakietą" na tej scenie. A rodzic otwiera oczy ze zdumienia. Albo jak nieśmiała dziewczynka, która siada cichutko na widowni, bo przyszła tylko po swoją koleżankę, po moich prośbach nieśmiało wchodzi na scenę i bawi się z nami, a po roku gra główniaka w sztuce i to tak, że ludziom szczęki opadają. I to są te chwile, które mnie napędzają do działania.

Współczesny język przedstawień jest początkowo istotny, by im pokazać, że teatr to nie są jakieś ramoty dla starych, że teatrem da się opowiadać o ich bolączkach. Często sami piszą scenariusze. Jutro mam premierę w Kielcach zbudowaną właśnie z ich tekstów, z autoironicznych scenek o gimnazjalistach, ale też pokazuję, jak wiele jest współczesnych dramatów pisanych dla młodzieży właśnie. Kapitalnie dobierane i wydawane są w kolejnych zeszytach poznańskiego Centrum Sztuki Dziecka. Niedługo też, bo 15 października zaprezentujemy w Warszawie przedstawienie pt. "Książę", które zrobiliśmy na podstawie "Małego Księcia". Zagrają gimnazjaliści z tej kieleckiej grupy, animując marionetkami na scenie Instytutu Teatralnego. Zapraszam - ciekaw jestem Twojej opinii.

Dziękuję. Chętnie obejrzę, tym bardziej, że sam wiele lat pracowałem z młodzieżą w Bydgoszczy. Po kieleckich doświadczeniach, jeśli dobrze pamiętam, wracasz do Lublina i pracujesz z Joanną Wąsik nad swoją adaptacją "Ewy" Magdaleny Wleklik. Przyznaję od razu, że niewiele wiem o tej realizacji, poza tym, że była grana w Centrum Kultury w Lublinie i Bibliotece Publicznej w Zwierzyńcu. W tym drugim miejscu - powiedzmy od razu - też realizujesz swoje projekty, i to chyba już od dawna.

- Moja rodzina mieszka w maleńkim, przepięknym miasteczku Zwierzyniec na Zamojszczyźnie. Mieszkańcy mówią, że to perła Roztocza, otoczony lasami, cisza i spokój. W miejscowym Centrum Kultury pani dyrektor Edyta Sadło udostępnia nam salę prób, co podczas wakacji jest ogromnym dla nas udogodnieniem. Ciszę i spokój tak potrzebne do skupienia otrzymujemy właśnie w Zwierzyńcu. Tam pracowaliśmy nad "Ewą", a w tym roku nad "Kijów, Aleppo". Po próbie szliśmy nad jezioro, poleżeć na plaży, szliśmy na grzyby, pływali kajakiem po Wieprzu. "Ewa" szybko zeszła nam z afisza, bowiem aktorka zrezygnowała z grania, ale jeszcze wrócę kiedyś do tego tekstu.

Potem pojawiasz się w Warszawie z projektem "Kolorowa, czyli biało-czerwona", którym próbujesz podjąć rozmowę z młodzieżą na temat patriotyzmu - uczniowie mają znowu szansę aktywnego angażowania się w akcję, mogą zachowywać się naturalnie i dyskutować z bohaterem, który jest w ich wieku. Powiedz jak z perspektywy tych doświadczeń patrzysz na kształtowanie się postaw patriotycznych i obywatelskich naszej młodzieży, jak jest u nich z krytycznym myśleniem i szacunkiem dla innych nacji, wyznań czy kultur?

- Jest różnie. Z "Kolorową..." objechaliśmy dotychczas mnóstwo szkół w całym kraju, wyliczyłem, że zagraliśmy 72 razy w sezonie. To monodram, którym rozmawiamy z młodzieżą o patriotyzmie, próbując oddzielić to pojęcie od nacjonalizmu. Mimo, że dzisiaj już niektórzy stosują je synonimicznie. Mówi się też o nas, że jesteśmy szczepionką na manipulację, pokazujemy podczas dwóch godzin lekcyjnych socjotechniki, jakich używają przedstawiciele ruchów skrajnych, by zdobyć głosy, poparcie młodych ludzi. Ten wspaniały monodram napisany przez Piotra Przybyłę traktuje o młodym człowieku nasiąkniętym hasłami nacjonalistycznymi, któremu mieszają się pojęcia, uważa, że jest patriotą, a pragnie wyrzucić Ukrainkę z Polski, opowiada antysemickie dowcipy i wykrzykuje, że wszystko powinno być polskie. Na końcu lekcji jest sondażowe głosowanie, Hubert pyta, kto na niego zagłosuje. W większości szkół niestety wybierano go na przewodniczącego. Na drugiej lekcji pokazujemy czym są postawy obywatelskie a czym nacjonalizm i jak bardzo się różnią. To nasz ważny spektakl. Obecnie bowiem wmawia się młodzieży, że ofiara krwi, pójście na wojnę w barwach narodowych to objaw patriotyzmu. Bzdura.

Wiem, że młodych aktorów do swoich kolejnych projektów poszukujesz również drogą castingów. Dochodzi niekiedy do trudnych wyborów w tej materii? Powiedziałeś, że duża jest chęć u młodych ludzi realizowania się w tym, co im proponujesz.

- Zarówno Anka Dudziak jak i Dominik Rybiałek to absolwenci PWST. Dominik, grający w "Kolorowej...", istotnie zgłosił się na casting. To wspaniały aktor, niezwykły w tej pracy, improwizujący, trzymający postać, bawiący się nią, uwielbiający wyzwania i grę na bliski kontakt. Odważnie wchodzi w dialogi z młodzieżą w klasie, które podejmuje przecież jako postać. Aktor proponujący, inteligentny, marzenie każdego reżysera. Do ostatniej premiery pt. "Kijów, Aleppo" też zrobiłem casting, szukałem bowiem dziewczyny z Ukrainy, do pracy nad przedstawieniem o rewolucji i wojnie. Wieczorem, na koniec, gdy już siedziałem zrezygnowany przyszła Solomija. Miała w sobie emocje i potrafiła mi je pokazać. Kupiła mnie tym.

No właśnie. Wspomniałeś o ostatniej premierze, która miała miejsce kilka dni temu w Klubie Chwila w Warszawie. Do tego przedsięwzięcia zaprosiłeś Syryjczyka i jak już powiedziałeś Ukrainkę. "Kijów, Aleppo" jest pokłosiem waszych spotkań z młodzieżą w wielu polskich szkołach przy okazji "Kolorowej". Jak dzisiejsza młodzież podchodzi do tematu wojny, jak ją widzi, a także jaki jest jej stosunek do uchodźców czy obcokrajowców? I kto ich postawy głównie kształtuje?

- Rodzice kształtują. Młodzież kalkuje poglądy z domów, raczej jakieś urywki, raczej niewiele w tym pogłębienia, zainteresowania. Ot, "tata mówi, że muzułmanie gwałcą nasze kobiety, no to im przywalimy. A tak w ogóle to chcemy iść na wojnę" - mówią. Wojna jako temat spektaklu rzeczywiście wzięła się właśnie z naszych rozmów przy okazji "Kolorowej...", młodzież w rozmowach często skręcała na tematy uchodźców i wojny. Mówili, że chcą walczyć, bronić Polski, że to jest prawdziwy patriotyzm, by "pobić ciapatego". Widzisz - stek kłamstw lejących się z niektórych mediów powoduje, że młodzi się radykalizują. Brak w tym pogłębienia, szukania opinii, oddzielania fake newsów od prawdziwych wiadomości. Wojna i uchodźcy są dzisiaj rozgrywani politycznie, ale młodzi tego nie widzą, pozostają jeszcze czyści, nie znają technik jakimi manipulują nimi politycy. Pokazujemy te techniki, podajemy fakty, statystyki dotyczące terroryzmu. Uznałem, że najlepiej o wojnie w Syrii opowie osiemnastoletnim uczniom w klasie nie dobiegający czterdziestki Bartek Miernik, tylko Laith Ghandour - osiemnastolatek, który tę wojnę przeżył. Trafi do młodzieży młoda dziewczyna, która uczestniczyła w protestach na Majdanie. No i zaczynamy tej jesieni jeździć z tym przedstawieniem po szkołach.

Kto Wasze wyjazdy finansuje? W jaki sposób zdobywacie środki na swoje kolejne projekty? I czy łatwo jest je zdobyć?

- Sami je finansujemy. Dotychczas nie otrzymaliśmy z publicznych pieniędzy ani grosza. Teraz jako fundacja będziemy o takie środki występowali, ale na przyszłe projekty. Utrzymujemy się z pieniędzy zebranych na spektaklach, czasem zaprosi nas jakiś festiwal. Gdy wylądowaliśmy w ogólnopolskich mediach, gdy zrobiło się o nas głośno zaczęły nas dostrzegać teatry i festiwale. Ale nie mam złudzeń co do tego, że zaczniemy być zapraszani na wielkie imprezy. Środowisko jest zamknięte. Oczywiście nie całe, ktoś tam nas zauważa, jedziemy w tym tygodniu na festiwal "Bez Granic" do Cieszyna, zagraliśmy w teatrach w Gnieźnie, Wałbrzychu, Lublinie, w poznańskich "Ósemkach", co było dla mnie niezwykle wzruszającym przeżyciem, bo to miejsce magiczne dla polskiego teatru, zagraliśmy w Instytucie Teatralnym, w Centrum Sztuki Dziecka, na festiwalu Karuzela Teatralna w Łodzi. Pomaga nam grupa niezwykle życzliwych osób, pomagają w różnych miastach, w kontaktach z dyrekcjami szkół, z nauczycielami, polecają nas. Bo to jest dla nas największa pomoc, gdy ktoś powie znajomemu nauczycielowi albo na wywiadówce porozmawia z wychowawczynią swojego dziecka, że jest taka Fundacja Banina, bardzo tania, że może przyjechać i gdy poda nasze dane. O to tylko prosimy. Co do taniości - nie zdarzyło się jeszcze, byśmy gdzieś w szkole nie zagrali z powodów finansowych, a gramy w maleńkich wioseczkach, w niewielkich, niezbyt bogatych społecznościach. Razem szukamy możliwości finansowania naszego przyjazdu. Gdybym podał tu kwotę złapałbyś się za głowę, że za tak niewiele można dziś grać. Nam jednak zależy, by z tymi spektaklami dojechać wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Każde gimnazjum, każda szkoła średnia, która się zgłosi może liczyć na nasz przyjazd.

Spotkaliśmy się podczas inauguracyjnego spektaklu Festiwalu Ciało/Umysł w Teatrze Studio w Warszawie. Czy to znaczy, że teraz częściej będziemy się widywać?

- Jeśli tylko będę w Warszawie, to na pewno. Na pewno częściej w szkołach w całej Polsce.

Podaj może adres, pod którym można się z Waszą Fundacją kontaktować.

- Proszę bardzo, zapraszamy do kontaktu - fundacjabanina@gmail.com - odpowiemy na każde zapytanie.