powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Heroizm bez patosu

"Czesi, wiecie, co to Czesi? To śmiejące się bestie!" - tak wyraża się o rodakach kolaborujący z Niemcami Radca Murarick, bohater spektaklu Jakuba Krofty według "Pociągów pod specjalnym nadzorem" Bohumila Hrabala - o spektaklu "Pociągi pod specjalnym nadzorem" w Teatrze Dramatycznym w Warszawie pisze Marta Żelazowska z Nowej Siły Krytycznej.

Określenie to w pierwszym momencie wywołuje konsternację, bowiem słowo bestia jest pejoratywne. Jednak przyglądając się postaciom przez pryzmat "zwierzęcej natury" (rozumianej jako zachowania instynktowne, pozwalające na przystosowanie się do trudnych warunków w jakich przyszło im żyć), hedonizmu oraz spontaniczności pchającej w odruchu serca na śmierć, trudno się z Murarickiem nie zgodzić.

Jest rok 1945, wojna toczy się poza granicami, a życie pracowników stacji swoim rytmem. Położone z dala od wojennej zawieruchy prowincjonalne miasteczko zdaje się być enklawą. O okropnościach wojny przypominają jedynie przejeżdżające przez stację kolejową transporty oraz zdobiący biuro zawiadowcy portret Hitlera. Aktywność bohaterów koncentruje się więc wokół tego, co w życiu najważniejsze, czyli relacji damsko-męskich.

Po długiej nieobecności, spowodowanej pobytem w szpitalu, praktykant Milosz Pipka (Otar Saralidze) wraca do pracy. Chłopak zakochał się w konduktorce Maszy (Agata Góral). Ich pierwsze zbliżenie zakończyło się fiaskiem. Pipka nie stanął na wysokości zadania jako mężczyzna i z rozpaczy podciął sobie żyły. Na szczęście został odratowany. To nie jedyna seksualna afera zakłócająca spokojne życie pracowników stacji. Dyżurny ruchu Całusek (Robert Majewski) podczas nocnego dyżuru odbił na pośladkach telegrafistki Zdenki kilka służbowych pieczątek. Postawiono mu zarzut stosowania zbrodni ograniczenia wolności. Wieść o nocnych "zabawach" rozniosła się po mieście, czyniąc z Całuska "lokalną atrakcję". Ponadto kolejarze umilają sobie dyżury flirtując z kobietami pojawiającymi się na stacji. Opowiadają o pragnieniach, marzeniach i problemach seksualnych. Rubaszny erotyzm nie razi, a bawi, zdaje się być naturalny w męskim gronie.

Hedonistyczna postawa rozumiana jako zafiksowanie na dążeniu do przyjemności oraz nadmierne pragnienie "normalności" w codziennej egzystencji zdaje się być sposobem na życie w kraju, który stracił suwerenność. To nie jedyna metoda umożliwiająca przystosowanie się. Dyrektor ruchu Grzeczny (Marcin Sztabiński) podporządkował się władzy, a Radca Murarick (Piotr Siwkiewicz) zmienił nazwisko na niemieckie i wysłał syna do Wehrmachtu. Natomiast zawiadowca (Henryk Niebudek) oddaje się całkowicie pasji hodowania gołębi. Każdą wolną chwilę spędza w stojącym z tyłu sceny gołębniku (o obecności ptaków świadczą wymowne plamy na mundurze). Obserwując "wyuzdanie" współpracowników, boleje nad upadkiem moralności, przyczyny upatrując w tym, że przyszło mu żyć w świecie bez Boga, mitu, alegorii, a nawet symbolu.

Zaskakujące w inscenizacji Krofty jest to, że pierwszoplanową postacią staje się Całusek, a nie jak można by przypuszczać Pipka. Zastanawia mnie na ile efekt ten osiągnięty został dzięki charyzmatycznemu Robertowi Majewskiemu, który rolę sympatycznego kobieciarza odgrywa brawurowo, a na ile jest to zabieg dramaturgiczny? Pomysł, że Całusek jest wzorem dla Pipki, jest ciekawy. Dominujący samiec alfa staje się przewodnikiem po meandrach seksualności i wykonywanego zawodu. Dla młodszego, niedoświadczonego, naiwnego kolegi ma wiele zrozumienia, "ojcowskiej" pobłażliwości. Darzy chłopaka zaufaniem, wprowadza go w szczegóły planowanej przez ruchu oporu akcji wysadzenia transportu amunicji. Zadaniem Pipki jest przytrzymanie pociągu pod specjalnym nadzorem na stacji.

Wybija "godzina zero". Poddenerwowany Całusek przypomina plan działań. Z ładunkiem wybuchowym w ręce ma wyjść na peron, gdy Pipka proponuje, że to on wysadzi transport, wrzucając bombę do wagonu z masztu semafora. Dyżurny ruchu bez zastanowienia zgadza się na propozycję kolegi. Chłopak wysadza pociąg, ale zostaje postrzelony i umiera. Pochylony nad jego ciałem Całusek, unosi ręce z zaciśniętymi pięściami, jakby groził Bogu lub próbował opanować emocje. Obwinia się za śmierć praktykanta. Janusz Anderman dopisał tę scenę, by bohater mógł skonfrontować się z konsekwencjami podjętej decyzji i dać upust emocjom, a także by udramatycznić zakończenie niezwykłej, groteskowej historii o poświęceniu życia. To odruchu serca kazał niegdyś dziadkowi Pipki stanąć naprzeciw jadącym czołgom i siłą woli próbować zmusić armię niemiecką do odwrotu, a młodemu kolejarzowi karze wziąć ładunek wybuchowy w rękę i nie myśląc o konsekwencjach wrzucić do jadącego pociągu. Spektakl Krofty jest opowieścią o ofiarności pozbawionej patosu, o poświęceniu będącym zwykłym ludzkim zachowaniem.

Reżyserowi udało się oddać ducha prozy Hrabala, nie mała w tym zasługa Janusza Andermana, autora doskonałej adaptacji. Choć panowie podkręcili nieco humorystyczny wydźwięk scen, na przykład pokazując "walkę" Radcy Muraricka z rozpadającym się portretem Führera, czy usztywniając ruchy artystki cyrkowej Wiktorii Freie (jej kości skrzypią przy każdym, nawet najmniejszym ruchu). Przedstawienie nie straciło hrabalowskiej wyrazistości, miękkości, senności, magiczności. Retrospekcje wydarzeń, wspomnienia bohaterów odgrywane na drugim planie, za przezroczystą kurtyną, przebłyskują mieszając przeszłość z teraźniejszością. Intrygującą przestrzeń kolejowej stacji, jakby wyciągniętej z muzeum czy skansenu (Aneta Suskiewicz), świetnie ogrywają aktorzy. Prowadzą role lekko, z dystansem, ale z ogromnym wyczuciem, nie popadają w farsową manierę. Efekt dopełnia dobre światło (Damian Pawella) i muzyka grana na żywo przez grupę SzaZa (Paweł Szamburski i Patryk Zakrocki). "Pociągi pod w specjalnym nadzorem" w Teatrze Dramatycznym to udany spektakl.

***

Marta Żelazowska - magister pedagogiki, absolwentka studiów podyplomowych Wiedza o teatrze i dramacie z elementami wiedzy o filmie w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk oraz Laboratorium Nowych Praktyk Teatralnych.