powiększwersja do drukupoleć znajomemu

O Czeczenii inaczej

Największymi ofiarami wojny są dzieci, zdają się mówić twórcy spektaklu. Nie romantyzują wojny - o "Dzienniku czeczeńskim Poliny Żerebcowej" w reż. Iwana Wyrypajewa w Muzeum Powstania Warszawskiego pisze Zuzanna Liszewska-Soloch z Nowej Siły Krytycznej.

"Dzienniki Poliny Żerebcowej" z lat 1994-2004 to wstrząsający opis wojny toczącej się w Groznem, widzianej oczami dziecka. Zapiskom z dzieciństwa i okresu dojrzewania towarzyszą niekiedy makabryczne, okrutne obrazy, wkradające się do codziennego życia autorki, w której żyłach płynie czeczeńska i rosyjska krew. W 2013 roku otrzymała azyl polityczny w Finlandii. W jednym z artykułów w "Der Spiegel" Żerebcową nazwano "rosyjską Anną Frank". W jej rodzinie było wiele narodowości, a ona sama czuje się kosmopolitką, fakt ten nadaje pamiętnikowi niejednoznaczny wydźwięk. Nic dziwnego, że taki materiał zainteresował Iwana Wyrypajewa, reżysera i autora "Lipca", "Iluzji" czy "Tańca Dehli",śledzącego wpływ przemocy i makabry na ludzką psychikę, przyglądającego się różnym trudnym zjawiskom i kontrowersyjnym, niekonwencjonalnym postaciom, z dystansu. W jego teatrze słowo - przekazywane ze sceny chłodno, oszczędnymi środkami - jest zawsze mocno wyeksponowane, na pierwszym miejscu.

Dotychczas nie patrzyliśmy na wydarzenia w Czeczenii z tak dwojakiej perspektywy. Choć o Czeczenach mówi się, że bronią ojczyzny, a "Rosjanie zabijają wszystkich" i "palą Puszkina", część rodziny Poli kibicuje rosyjskim żołnierzom, a ona sama jest prześladowana przez czeczeńskie dzieci w szkole. Autorka pamiętnika często powtarza: "źle być Ruską". Nie to jest jednak najistotniejsze w "Dziennikach". Najbardziej uderza okrucieństwo wojny jako zjawiska, które odziera z człowieczeństwa, niszczy relacje międzyludzkie, zabiera dzieciństwo, zmuszając do bycia dorosłym i podejmowania dramatycznych decyzji. W jedną z sylwestrowych nocy Pola "pije łyżkę szampana, żeby nie było wojny". Kiedy indziej wyznaje, że "nie boi się tylko wtedy, kiedy pisze".

Spektakl przygotowany na 73. rocznicę Powstania Warszawskiego jest właściwie czytaniem performatywnym. Na premierze na widowni Sali pod Liberatorem w Muzeum Powstania Warszawskiego obecna była autorka. Przedstawienie zostało powtórzone w cyklu "Goście w Polskim". Dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie, Andrzej Seweryn, czyta wszak "Dzienniki". Robi to niemal na biało, bez egzaltacji i nadinterpretacji, czasem tylko wcielając się w postać z lektur czy snów Poliny. Z rzadka dodaje do lektury drobny gest. Gra ze światłem i dźwiękiem są tłem dla wybrzmiewającego słowa.

W kącie, z ciemności sceny wyłania się drobna postać dziewczynki z płaszczem jasnych włosów okrywającym plecy, w ciemnych, staroświeckich podkolanówkach. Odwrócona do widowni, cały czas siedzi tyłem przy pianinie, od czasu do czasu grając jedną ręką prostą, dziecinną melodię, która raz się urywa, raz gaśnie. Śledzimy dorastanie Poliny, jej pierwsze miłości, konflikty z matką, wizje, wrażenia z czytania Sutr czy Koranu. Wszystko na tle bezwzględnej, wojennej rzeczywistości, strachu, terroru, bombardowań, rozstrzeliwań i głodu. Największymi ofiarami wojny są dzieci, zdają się mówić twórcy spektaklu. Nie romantyzują wojny. Stoją po stronie cywilów, którzy są trybikami w wojennej machinie i o których nie wolno nam zapomnieć.

***

Zuzanna Liszewska-Soloch - absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej, doktorantka Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk.