Taksówkarz traci kontrolę, s±siad rusza na pomoc

"Mayday" Raya Cooney'a w reż. Witolda Mazurkiewicza w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku. Pisze Monika Żmijewska w Gazecie Wyborczej-Białystok.

«Dwie żony, dwóch sąsiadów, dwóch policjantów. A w tym tyglu on - taksówkarz. Dostał torebką od krewkiej staruszki, rytm dnia się mu posypał, przyjemne życie wisi na włosku... Teatr Dramatyczny wziął na warsztat sztukę Raya Cooney'a - "Mayday". I z ćwiczeń z farsy wychodzi w sumie obronną ręką.

Cóż, nawet widz na ten teatralny gatunek reagujący chroniczną niechęcią, przyznać musi, że "Mayday" w reż. Witolda Mazurkiewicza na białostockiej scenie wypadł nieźle. To poprawnie skrojone dwie godziny czystej rozrywki dla tych, którzy przyjmą reguły farsy i nie będą doszukiwać się w niej niczego poza... czystą rozrywką.

To też dwie godziny, w których zdarzą się momenty, gdy spektakl balansować będzie na granicy dobrego smaku i żenady. Ale ostatecznie da radę.

Taka w sumie jest natura farsy: przerysowania, spiętrzenia absurdu, karykaturalny sznyt. Wszystko to łatwo może wywieść inscenizację na manowce, z których już nie ma odwrotu. Białostocki spektakl na szczęście trzyma się kolein, i nawet gdy niebezpiecznie chwieje się czasem na zakrętach (dość prymitywna scena wytrząsania tabletek z niedoszłej samobójczyni) to jakoś dojeżdża do końca i nie pozostawia widzów w jakiejś olbrzymiej konfuzji. A raczej, w większości, porządnie rozbawionych.

Blisko dwugodzinna komedia, pełna kompletnie nieracjonalnych sytuacji, paradoksalnie nie nuży, choć znużyć mogłaby szybko. To kwestia dobrej synchronizacji i precyzyjnego połączenia kilku kwestii, które w białostockim spektaklu dopasowały się jak elementy układanki: seria wymyślonych przez Cooneya coraz bardziej kompromitujących zdarzeń, dobre aktorstwo i twarda ręka reżysera.

Mazurkiewicz nieźle obsadził praktycznie wszystkich, wykorzystując komiczne predyspozycje aktorów. A czasem dobywając z nich takie humorystyczne niuanse, jakich we wcześniejszych aktorskich kreacjach nawet zdradzić nie mieli okazji.

Lawina rusza

Oto taksówkarz John (Marek Tyszkiewicz), doskonale zorganizowany, z kalendarzykiem w ręku wiedzie życie w rytmie pracy i dwóch gniazdek, które sobie uwił rzekomo... tak przypadkiem. Ma dwie żony, dwa łóżka i dwa mieszkania - co wyjaśnia się już na początku. Nie ta tajemnica jest jednak tu najistotniejsza, a to, co taksówkarz jest gotów uczynić, byle tylko - gdy rozkład dnia zacznie się sypać - żony nie dowiedziały się o swym istnieniu.

Tymczasem pracowicie ułożony rozkład dnia rozpada się w oczach w jednej chwili: John dostaje po głowie torebką od staruszki biorącej go za złodzieja, nie wraca w czas do domu (ów), żony dzwonią na policję, sprawą zajmują się dwaj obowiązkowi komisarze, odwiedzają żony i kursującego między domami Johna, ten wymyśla piramidalne tłumaczenia...

I tak lawina rusza, komplikacje się piętrzą, scena goni scenę, a wszystko to w rytmie dzwoniącego telefonu, trzaskających drzwi, bieganiny głównych bohaterów. Nieznośna maniera takiej biegającej farsy w białostockim spektaklu na szczęście trochę wytraca tempo, aktorzy starają się nie piszczeć, nie krzyczeć zbyt głośno, grają jakby o ton ciszej niż w innych tego typu produkcjach. I jest to dobre posunięcie - konstrukcja, rytm, tekst sztuki i bez tego są wystarczająco dynamiczne, a niektóre postaci przerysowane.

Homofobia i potrząsanie

Spektakl oparty jest na kontrastach: różne charakterologicznie są żony, różni policjanci nawiedzający domy, różni wreszcie są główni bohaterowie: taksówkarz i jego przyjaciel, namolny sąsiad, który w chwili gdy trzeba "pomóc" koledze, staje dosłownie na głowie, a raczej... wkłada sobie na głowę kosz.

Cooney swoją farsę oparł na prostym skądinąd pomyśle: widownia wie coś, czego nie wie jeden z bohaterów, akurat pojawiający się na scenie. Ów biedak pewne kwestie rozumie po swojemu i błędnie interpretuje, a to doprowadza do kolejnych komplikacji. Omyłka goni omyłkę, absurdy się piętrzą i tak sytuacja zmierza do nieuchronnego finału.

"Mayday", trzymając się reguł gatunku, reprezentuje raczej rubaszny typ humoru, ale zdarzają się wtręty sarkastyczne i pełne ironii. I to są najlepsze momenty spektaklu.

Gorzej gdy zaczyna być zbyt dosłownie i ilustracyjnie. Gdy jednemu z bohaterów muszą, choć przecież wcale nie muszą, opaść spodnie. Gdy - w celu wykrztuszenia tabletek przez jedną z żon - trzeba ją podnieść do góry nogami i potrząsać. Gdy całe towarzystwo musi oczywiście upaść na jedną kanapę i splątać się kończynami (po co? bo tak jest śmieszniej? nie jest).

Na szczęście takich momentów w spektaklu nie jest dużo.

Za to mnóstwo jest, szczególnie w drugiej części, żonglerki homofobicznymi stereotypami. To teksty niekiedy na granicy ryzyka, mogące wywołać niesmak, ale w sumie tak przerysowane i podniesione do wyżyn absurdu, że aż nawet stają się zabawne (choć nie wszystkie). Cooney lawiruje między (nie)poprawnością polityczną a ludzkimi fobiami i siłą dowcipu udaje mu się wiele z takich "min" rozbroić.

Aktorzy

Zagrać farsę łatwo bynajmniej nie jest - trzeba ją grać serio i szybko, a każda sytuacja przez aktorów musi być przygotowana na tyle precyzyjnie, by na scenie sprawiała wrażenie przypadkowej, lekkiej i zabawnej. Białostoccy aktorzy radzą sobie z tym nieźle.

W sprawcę całego zamieszania wciela się Marek Tyszkiewicz, wiarygodnie odgrywając rolę bigamisty, który, choć wszystko wali się mu na głowę, walczy do upadłego, by sprawa nie wyszła na jaw. Pomaga mu w tym sąsiad Stanley - w tej roli brawurowy Sławomir Popławski, idealnie wcielający się w postać zblazowanego osobnika, zmieniającego wizerunek jak w kalejdoskopie - z bezrobotnego pierdoły, wciela się w prostackiego farmera, a nawet samego Johna.

Żony scenicznego Johna to Mary (Justyna Godlewska-Kruczkowska - postawiła, z dobrym skutkiem, na nieco histeryczną nutę) i Barbara (Arleta Godziszewska - kompletnie inna charakterologicznie postać, ale również wiarygodna).

Mamy też dwóch policjantów, którzy z podziwu godną obowiązkowością próbują ustalić sytuację Johna i swoimi działaniami napędzają bieg wydarzeń. To także dobrani na zasadzie kontrastu osobnicy ciekawie zagrani przez Bernarda Macieja Banię i Franciszka Utko.

I wreszcie różowy ptak - wręcz skąpany w różu sąsiad gej. W niebywałym wykonaniu Krzysztofa Ławniczaka to postać absolutnie przerysowana. W tym przerysowaniu wręcz na granicy ryzyka, stylizacją przypominająca karykaturalnie jednego z polskich pisarzy deklarujących swój homoseksualizm. Ławniczak pokazał tą rolą swój komiczny potencjał.

Jeśli ktoś chce zanurzyć się w absurdalny świat w wariancie sarkastyczno-rubasznym - "Mayday" jest jak znalazł.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego