"Salome" prawie niezła

Po szeregu dziwnie marginalnych wyskrobków wreszcie na scenie Teatru Wielkiego pojawiło się arcydzieło, "Salome" Ryszarda Straussa. Arcydzieła wystawiać jest trudno, toteż i krytyk ma obowiązek wykazać nieco więcej wyrozumiałości. Spróbuję zatem, choć nie przychodzi mi to łatwo.

«Sam pomysł inscenizacyjny budzi właściwie wyłącznie zastrzeżenia - orkiestrę umieszczono w głębi na scenie, zaś akcja rozgrywa się na potężnych schodach opadających ku publiczności nad kanałem. Dzięki temu śpiewacy występujący na proscenium są świetnie słyszani, za to źle dociera na salę partia orkiestry, stłamszona złą akustyką przestrzeni scenicznej, zgoła nie przeznaczonej do koncertowania. Dodatkowo prawie przez cały spektakl, bardzo głośny i uciążliwy do wytrzymania szum fontann i dmuchaw imitujących przepływ wody, umieszczonych między orkiestrą a widownią, zagłusza partię instrumentalną, która czasem dochodzi jak zza gęstej zasłony. Nie wiem w związku z tym, czy orkiestra grała dobrze, odniosłem wrażenie, że celowo się ją przygłusza; chciałbym pochwalić, ale nie mogę.

Mogę natomiast z czystym sumieniem pochwalić śpiewaków, a szczególnie Hasnik Papian, wspaniałą w trudnej partii tytułowej, idealnego wprost Wiesława Bednarka w roli Jana Chrzciciela, znakomitego Krzysztofa Szmyta (Narraboth), dobrze śpiewających Ryszardę Racewicz (Herodiada) i Romana Węgrzyna (Herod). W zasadzie śpiew był najmocniejszą stroną spektaklu. I tak być powinno. Niestety, wiele psuła fatalna charakterystyka postaci, źle odczytanych przez reżysera (Marek Weiss-Grzesiński). Salome, wcielenie diabelskiej wszetecznicy, została pokazana nieledwie jak Sierotka Marysia. Herodiada, sprężyna podłej intrygi, zachowywała się jak dostojna matrona. Herod (może z powodu słabego aktorstwa) wykreował raczej sylwetkę kabaretową. Dlatego też dramat - w zamyśle Wilde'a i także Straussa - pokrętnych i złych namiętności przeobraził się niemal w sielankę, pozbawioną drastyczności i pikanterii. Podkreśla to jeszcze scenografia.

Nie jest jednak tak, by w reżyserii nie było nic do pochwalenia, przeciwnie, jest wiele interesujących pomysłów; np. absurdalne rewolwery skierowane w finale w Salome poruszyły mnie czymś dziwnie głębokim i niewytłumaczalnym. Pewna statyczność akcji rozegrana została tak powściągliwie, że przynajmniej nie przeszkadza muzyce i nie męczy oczu. Bardzo dobrze pod względem plastycznym układają się grupy bohaterów na scenie, znakomicie została zainscenizowana rodzajowa scenka rejwachu Izraelitów.

Scenografia wzbudziła we mnie uczucia mieszane, jest ni to naturalna, ni to sztuczna. Mam pod domem taki sklep rybny, który niemal identycznie urządził sobie wystawę: podrabiane kamienie, wielkie muszle, gigantyczna morska roślinność. Nie jest to może ideał do "Salome", ale coś w tym świadomym kiczu zagrało. Ordynarne czerwone mundury wojskowe ze złotą frędzlą w połączeniu z olbrzymimi kolczastymi muszlami, kolorystycznie stonowanymi, dały w sumie pewien posmak dość wyszukanej dekadencji, która ratuje ogólny wyraz, momentami niebezpiecznie skłaniający się ku ckliwości.

Jeżeli koncepcja sceniczna "Salome" nie jest trafna, to przynajmniej jest na tyle intrygująca, by zachęcać do dociekań. W głębi widoczna orkiestra, przed nią promenada z owym dziwnym grymasem scenograficznym kazały mi przypuszczać, że całość została pomyślana jako rodzaj pastiszu, aluzji do jakiejś kurortowej austriackiej (?) miejscowości, gdzie wystawia się "Salome" na początku naszego wieku. Może oddanie tego klimatu nie było udane.

Od czasu dyrektorowania p. Pietrasa nie było w Teatrze Wielkim wydarzenia tej miary. Chwilami nawet zdawało mi się, że spektakl ociera się o wielką sztukę, która została zapisana w partyturze Ryszarda Straussa.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego