powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Sztuka nie tylko śmiechu warta

"Pomoc domowa" Marca Camolettiego w reż. Krystyny Jandy w Och-Teatrze w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Was.

Publiczność na premierze bawiła się znakomicie. I nie sądzę, by mogło być inaczej na kolejnych spektaklach. Bo dobrze skrojona i koncertowo zagrana farsa, jak się okazuje, potrafi być znakomitym lekarstwem na naszą codzienność. Jest też bez wątpienia nieodzowna dla higieny ducha. Poza tym im więcej w niej nonsensów czy idiotyzmów, tym bardziej nasze wysublimowane czy wyrafinowane poczucie humoru, zdaje się z coraz większym pobłażaniem traktować wszystkie żenujące odzywki czy dowcipy. Kto w to nie wierzy, niech natychmiast uda się do Och-Teatru, by się o tym na własnej skórze przekonać.

Camoletti w "Pomocy domowej", podobnie jak Cooney w słynnym "Mayday" - też granym z powodzeniem od kilku lat w Och-Teatrze - stawia zwyczajnych ludzi w niecodziennych sytuacjach. Bo tak się ma farsa do komedii - ta druga bowiem kreuje światy postaci zupełnie innych, niepowszednich i osobliwych. Nieoczekiwane zbiegi okoliczności i potajemne randki w "Perle" - pod takim tytułem grano Marca Camolettiego w latach siedemdziesiątych - dzięki obsadzonym aktorom mają sporą dawkę ich osobistego i nieposkramianego uroku. Wszyscy potrafią natomiast zabawnie powściągać swoje skłonności do histerii, które w tak nietypowych sytuacjach zawsze mogą się pojawić, potrafią też niekiedy zachować przytomność umysłu, choć nie stronią nawet od co bardziej wyszukanych fantazji, nie tylko erotycznych. Choć te w interpretacji Katarzyny Gniewkowskiej (Ola, żona Roberta) są rozbrajające.

Scenografia Marcina Putowskiego, z bardzo gustownie zaaranżowanymi pięcioma wejściami, staje się w "Pomocy domowej" znakomitym wybiegiem dla rozgrywanych po obu stronach sceny wydarzeń. Tym razem - na nietypowej scenie w Ochu nie zawsze się to udaje - w tym też tkwi jej siła. Najważniejsze jest bowiem to, co się wydarza i tocząca się w zawrotnym tempie akcja prowadzona ze znakomitym wyczuciem przestrzeni. Dekoracja stanowi tylko uzupełnienie i dopowiedzenie, nie absorbując niepotrzebnie uwagi widza, który musi podążać wraz z bohaterami od jednej sypialni do drugiej, to znów z salonu do łazienki, z sypialni do kuchni czy do pokoju Beaty (choć te muszą pozostać tylko w naszej wyobraźni). Tak ma bowiem na imię w nowym przekładzie Bartosza Wierzbięty tytułowa pomoc domowa. Krystynie Jandzie udała się rzecz, która w teatrze przynosi sukces nader rzadko. Zagrała główną rolę i sama siebie wyreżyserowała. Kreuje swoją bohaterkę jakby od niechcenia, na totalnym luzie, ale jest w tym naprawdę znakomita i przezabawna, paradoksalnie pełna energii i pewności każdej decyzji, która rozwiązuje erotyczny supeł pozamałżeńskich randek, a jej przynosi spore profity. Do tego udało się jej pomóc niemal wszystkim wykonawcom trafić w odpowiedni ton i zachować proporcje w dowcipach, które jak to w farsie bywają idiotyczne, co nie znaczy wcale, że mało prawdopodobne.

Teatralna maszynka działa tu od początku do końca bez zarzutu. Aktorzy, obok sprawności warsztatowej, muszą się w tym przypadku wykazać również niezłą kondycją fizyczną. Katarzyna Gniewkowska, Krzysztof Dracz (Robert) i Mirosław Kropielnicki póki co o swoją żywotność martwić się nie muszą. Tak samo o swoje możliwości doprowadzania widzów do paroksyzmów śmiechu. W dodatku robią to z finezją i dobrym smakiem. Nikt nikogo tutaj nie stara się kokietować, nie dąży do bycia zabawnym za wszelką cenę. Okazuje się, że podany z wyczuciem dowcip, bez zbytniego przerysowywania i pogrubiania zawsze będzie strawny, a nie irytujący. Dodatkowo na premierze można było odnieść wrażenie, że wszyscy bohaterowie zyskują sympatię widowni, choć bywają momentami nieznośni w próbach zdobycia swoich kochanków, traktowanych jako odskocznię dla małżeńskiej rutyny i nudy. Choć czy aby na pewno?