powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Notatki o aktorach

Czasami tragicy marzą o rolach komicznych. Częściej bywa odwrotnie. Realizacja marzeń nie raz i nie dwa niesie ze sobą zarodek klęski - pisał Erwin Axer w "Sprawach teatralnych".

Aktorzy oczywiście nie są bardziej nierozumni ani rozumni od innych ludzi. Ich inteligencja budzi zainteresowanie, ponieważ czasami okazuje się, że potrafią się bez niej obejść. Przynajmniej bez tego, co zazwyczaj inteligencją nazywamy. Od czasu do czasu stajemy w bezradnym podziwie wobec fenomenu, który sprawia, że człowiek nie mogący opanować tabliczki mnożenia, zdezorientowany w obliczu najmniej złożonych zjawisk życia, porusza się z pewnością somnambuliczną po wirażach najskomplikowańszej roli. Wszystko wskazuje na to, że taki człowiek, obdarzony wyobraźnią o wyjątkowej sile, potrafi rozstrzygać o stosunku kreowanej postaci do "okoliczności założonych" co najmniej z taką pewnością, jak gdyby sam był tą postacią. To, do czego my, zwykli śmiertelnicy, dochodzimy drogą żmudnej analizy, on osiąga bez trudu. Ponieważ zaś naśladowanie postaci występujących w dramacie nie wymaga prawdziwej, głębokiej znajomości spraw, z którymi postać ma do czynienia (aktor kreujący rolę Dantona nie poznaje przecież do głębi problemów nurtujących prawdziwego Dantona), lecz przede wszystkim znajomości konfliktów, w które postać jest uwikłana, więc wystarczy być tylko przeciętnie bystrym człowiekiem, żeby intuicyjnie opanować rolę. Pod warunkiem, że jest się obdarzonym wyobraźnią, trafiającą się raz na tysiąc.

Tak, ale czy to cokolwiek tłumaczy?

*

Najlepszym sprawdzianem prawidłowego wykonania roli jest wyzyskanie założonych w roli efektów. Pozornie trafne rozwiązania, pozbawione efektów, których istnienia się domyślamy, nie są oczywiście trafne; również stwarzanie efektów innych aniżeli te, które wynikają z konstrukcji roli, nie może dać zadowalających rezultatów. Tak jak najwspanialsze podanie akompaniamentu nie zastąpi tego, co wyraża główna linia melodyczna. Wirtuozi często grają akompaniament zamiast melodii. Odwraca to skutecznie zainteresowanie widzów od utworu, skupiając je na wirtuozie.

*

Czasami tragicy marzą o rolach komicznych. Częściej bywa odwrotnie. Realizacja marzeń nie raz i nie dwa niesie ze sobą zarodek klęski. Frenkiel położył się w Wojewodzie, Laurence Olivier bardzo nieśmiesznie gra Malvolia. Niewielu bywa, jak Węgrzyn lub Jaracz, wielkich w jednej i drugiej dziedzinie. Co to znaczy być aktorem tragicznym lub komicznym, czy jak chce Szekspir, "zdatnym do wszelkiego rodzaju przedstawień"? Sądzę, że to po prostu umiejętność scenicznego działania wśród tragicznych lub komicznych okoliczności, odpowiednio do wydarzeń. Na równi z wydarzeniami, na ich miarę. Z pozoru to masło maślane. Ale przecież wielu aktorów płacze, jęczy, szlocha, ciska się i krzyczy w zetknięciu z tragedią, traci poczucie rzeczywistości w zetknięciu np. z farsą. A więc działa nie na miarę wydarzeń: zdradza swoją niższość w tragedii, niemożność wyciągnięcia logicznych konsekwencji, niewiarę w rzeczywistość stworzoną przez scenariusz w farsie i komedii. Zachować miarę oznacza w farsie "wiarygodny człowiek wśród niewiarygodnych okoliczności", w tragedii - umiejętność sprostania nadludzkim triumfom i klęskom, tak jak umiemy na ogół sprostać ludzkim triumfom i klęskom.

Niewielu aktorów, nawet spośród uważanych przez prasę i publiczność za tragików, posiada tę umiejętność. Natomiast wielu potrafi grać ludzi przeciętnych na miarę przeciętnych zdarzeń, w sztukach, które nie są ani tragediami, ani farsami.

*

W gimnazjum uchodziłem za dość dobrego polonistę. Pewnego razu nasz nauczyciel polskiego zachorował i zastąpił go łacinnik. Otworzył Wesele i kazał mi czytać scenę Dziennikarza ze Stańczykiem. Umiałem ją prawie na pamięć wraz z akcentami i intonacjami aktorów lwowskiego teatru. Byłem też pewien sukcesu i osiągnąłem go w pewnej mierze w etapie czytania sceny. Kiedy jednak pedantyczny profesor łaciny kazał - czego polonista jakoś nigdy dotąd nie zażądał - streścić scenę, dokładnie podać przebieg akcji, konstrukcję, ogarnęła mnie absolutna "niemożność". Ku zdumieniu kolegów, wśród których uchodziłem za specjalistę od teatru, zawiodłem na całej linii. Od tego czasu wiem dobrze, że "czuć" scenę, nawet przyzwoicie ją wyrecytować, a zrozumieć dokładnie i w konsekwencji dobrze zagrać - to dwie różne sprawy.

Aktorzy i nawet reżyserzy często "czują" scenę, rolę, utwór, ich klimat, atmosferę, nastrój, chwytają szczegóły uchodzące uwadze profanów, wiedzą rzeczy, których nie wie zwyczajny czytelnik, a omijają (prawdopodobnie właśnie dlatego) elementy akcji i konstrukcji utworu, których opanowanie nie sprawia trudności przeciętnemu poloniście.

Jest rzeczą niewiarygodną, do jakiego stopnia skądinąd bystrzy aktorzy i reżyserzy nieczuli bywają na podstawowe założenia konstrukcyjne. (Przesądy i przyzwyczajenia, związane z tradycją psychologicznej analizy naturalistycznych sztuk, nie są tu oczywiście bez znaczenia.)

Wydaje mi się, że umiejętność klarownego opowiedzenia fabuły sztuki i roli powinna stanowić podstawowy element nauki w naszych szkołach aktorstwa i reżyserii. Obawiam się, że nie tylko słuchacze, ale i profesorowie nieraz znaleźliby się w opałach.

Co do mnie, potrzebuję na ogół sześciu tygodni prób na jakie takie zrozumienie utworu. Czterech - kiedy pomaga mi w tym Jerzy Kreczmar, który w zamierzchłych czasach uczył w gimnazjum polskiego.

grudzień 1961

--

Erwin Axer, Sprawy teatralne, PIW, Warszawa 1966, s. 169-172.