powiększwersja do drukupoleć znajomemu

O Warszawskiej Improwizacji

Wóz Tespisa przymierzony z rydwanem państwa! [...] Wszystko sprowadza się do pytania, czy państwo zechce zrozumieć, że naród żyje w rzeczywistości wspaniałym życiem tylko wtedy, gdy ma intensywne życie urojone. (Giraudoux)

Niewiele jest ludzi, którzy by tak mądrze i pięknie umieli mówić o teatrze jak Giraudoux. "Improwizacja paryska" składa się niczym "Faust" z samych cytatów. Chciałoby się przepisać wszystko. Rzecz dziwna! Podczas gdy w "Wojnie trojańskiej" czy "Ondynie" melodia mowy, uroda obrazu poetyckiego zdają się górować nad myślą, może nawet ją zastępować, "Improwizacja" aż gęsta jest od myśli, od spostrzeżeń konkretnych, od wniosków nieprześcignionych w trafności i... aktualności. Jakże on znał teatr, ten poeta! Czy to wtedy, gdy mówi o krytykach, czy o publiczności, gdy łaje przeciwników literackiego teatru (dziś w Polsce powiedziano by może eksperymentalnego), co to wszystko chcą rozumieć, i ustami parlamentarzysty Robineau powiada: "Kto się da przekonać, że publiczność znajduje przyjemność w sztuce, której nie rozumie!"

A odpowiada mu słowami jednego z protagonistów racjonalistycznego teatru "Athenée": "teatr to nie formuła matematyczna, ale widowisko, nie lekcja, ale filtr". Wszystko zaś zostaje sprowokowane przez drugiego protagonistę, Renoira, który oświadcza, że "ludzie, którzy chcą w teatrze rozumieć, nie rozumieją teatru". Jakże prawdziwe, skoro ludzie, którzy rozumieją teatr, nie powiadają, że idą tam po to, aby rozumieć, ci zaś, którzy idą do boju pod hasłem zrozumiałości... vide Renoir. Nawet tam, gdzie Giradoux mówi o przeciągach hasających po pustej widowni, tam nawet trafia w czarne. Gdzież bowiem jest sala, po której wiatr nie hula w zimowe poranki, zwłaszcza po wolnym od grania dniu, w którym atmosfery nie ogrzały ani klimatyzatory, ani oddechy publiczności, kiedy to dopiero mocna kawa i oddech utajony w tekście sprawia, że krew z wolna poczyna krążyć w naszych żyłach. Powiadacie, że są teatry ogrzewane od samego ranka? Gdzie? Na pewno niedobre.

Ileż zdań spod serca wyjętych zawiera ta mała sztuka, napisana w ślad za Molierem w dwieście kilkadziesiąt lat po nim, jedna z tych nielicznych, które chciałoby się wystawić chociażby dla siebie samego, dla własnej li tylko przyjemności, ku własnemu pożytkowi i zabawie.

Czasami czytam arcydziełko Giraudoux i zapominam się w rzeczy samej aż do tego stopnia, że zaczynam je sobie wyobrażać na deskach naszej scenki i zatapiam się w planach dekoracji i obsady. Niestety! Szlifować po kilka miesięcy widowiska dla własnej i być może kilkuset aktorów, krytyków, teatromanów warszawskich przyjemności - to chyba rozrywka nazbyt wielkopańska. A może jednak nie? Skoro nie rozumienie, ale odczucie jest celem teatru. Czy jednak aby czuć, nie trzeba choć trochę rozumieć?

Byłoby jednak piękną rzeczą - pomarzyć wolno - gdyby któryś z naszych pisarzy, nie wiem, może Iwaszkiewicz, a może Kott, który podobno nie zna się na teatrze, ale którego niewiedza jest często bardziej zajmująca od znawstwa niejednego znawcy, czy też może dekorator Kosiński, który umie pisać o teatrze i potrafiłby niewątpliwie pisać dla teatru, gdyby któryś z nich, czy też jeszcze kto inny, w ślad za Molierem i Giraudoux napisał warszawską wersję "Improwizacji paryskiej", z całą swobodą zachowując skarby zgromadzone przez dwóch wielkich poprzedników, dorzucając parę klejnocików własną ręką zebranych z rodzinnych złoży. Zapewne... dystans dzielący nasze zespoły od sławnych trup teatralnych, które stały się podnietą dla improwizacji w Wersalu i w Paryżu, stałby się jeszcze większy. Bogactwo tamtej problematyki raziłoby może w zestawieniu z nędzą tej rzeczywistości. A jednak... Czy z tego powodu mamy być pozbawieni możności usłyszenia z ojczystej sceny i w mowie ojczystej tylu pięknych i pouczających myśli, pozbawieni możności uradowania serc i umysłów mądrością od Moliera idącą, przez Giraudoux pomnożoną, a dla naszej - nie pozbawionej dziecinnej próżności - satysfakcji wzbogaconą o parę własnych doświadczeń!

Cóż bym dał za to, żeby w sztuce na nowo napisanej przez polskiego autora pt. "Improwizacja warszawska" ujrzeć na scenie na przykład - proszę wybaczyć nieskromność - siebie samego, rozpoczynającego w te oto słowa:

"Jak większość Polaków, wszystko, co wiem o teatrze, zawdzięczam krytykom teatralnym. Czy nie mielibyście nic przeciwko temu, żebyśmy się naprzód zajęli sprawą krytyków?"

albo dyrektora Mellera intonującego jeden z najpiękniejszych ustępów:

"Pochlebiam sobie, moi państwo, że rozporządzam kolekcją wszystkich odmian niepowodzenia..."

albo najlepiej majestatyczną postać dyrektora St. Witolda Balickiego: "O państwo, moje wielkie, drogie państwo, słyszysz mnie?"

marzec 1959

Erwin Axer Sprawy teatralne, PIW, Warszawa 1966, s. 51-53.