powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Czy teatr stał się nudny?

Jest sierpień i nikt, i nic nie zmusza nas do chodzenia do teatru. Jeżeli koniecznie musimy się torturować wzajemnie, jest tyle innych sposobów, znacznie milszych - pisał Erwin Axer w "Sprawach teatralnych".

Przeczytałem wywiad z Walterem Kerrem. Zadają mu króciutkie pytania, a on odpowiada długo i uczenie, jak prorok. Powiada, że teatr stał się nudny. Zabrakło mu bowiem siły sakralnej i połączonego z nią wstrząsu emocjonalnego. Aktor wlepiony w obrazek pośrodku ramy scenicznej stał się plaski, daleki, nieciekawy. Widownie tysiąc-, pięćset- i nawet stuosobowe nie odpowiadają funkcjom teatru. Zdaje się, że winni są głównie intelektualiści oraz społecznicy. Kerr powołuje się na Greków, na średniowieczne misteria, bodaj że na mszę, jak Genet, opowiada o zgubnych skutkach renesansowych pomysłów architektonicznych. Dostrzega zresztą pewne możliwości odrodzenia teatru. Dajcie mu nowe wielkie budynki, scenę otoczoną tysiącami widzów, trójwymiarowego aktora, teatr niekomercjalny, no i wstrząs sakralny. Tennessee Williams już dostarcza mu przedsmaku tego wstrząsu.

Przebiegam w myśli bardzo szybko postulaty amerykańskiego teatrologa i liczę na palcach: wielkie sale - Sala Kongresowa; tysiące widzów - idem plus Góra św. Anny, w przyszłości opera Szyfmanowska; aktor trójwymiarowy - niemal wszyscy. U nas nawet dyrektorzy są trójwymiarowi, vide: Balicki. Teatr niekomercjalny? Pokażcie mi w Polsce komercjalne!

Możemy się pochwalić deficytowymi. U nas nawet restauracje są deficytowe i dostarczają wstrząsów. Pomimo wszystko przez kilka dni nie mogłem się uwolnić od tego wywiadu, w którym autor powiada, że teatr stał się nudny.

Co do mnie, nudzę się w teatrze już od dobrych kilku lat. Dotychczas starałem się to ukrywać. Chodzę ukradkiem do kina i na mecze. Późną nocą czytuję książki przy zasłoniętych oknach. Jak większość moich kolegów informuję się o przedstawieniach i kreacjach z drugiej ręki, a potem wygłaszam sądy nie mniej rozsądne lub nierozsądne od innych, od krytyków na przykład. Z tym, że jasności mojej opinii nie mącą chaotyczne i męczące impresje z przedstawień, których ślad ujemnie odbija się na różnych sprawozdaniach. Formuję mój sąd na podstawie znajomości moich kolegów, ich charakterów i możliwości. W niczym nie zmąconej przestrzeni mojej wyobraźni buduję chłodny i precyzyjny obraz ich osiągnięć, a potem go oceniam. To mi wystarcza. Im także.

Jak wielu moich kolegów staram się wyrobić w sobie głębokie obrzydzenie do teatru takiego, jaki istnieje. Gdyby mi się udało, mógłbym ze zwiększoną pasją ścigać kształty, których nie ma. Niestety, nikt prawie nie uchroni się od upadków. Jak wielu moich kolegów chodzę czasem do teatru i czasem mi się podoba. Jakiś aktor, kawałek inscenizacji, jakaś dekoracja... Czasem swoje, czasem obce. Piccolo di Milano albo Titus Andronicus...

Przeżywam to gorzko i przez czas dłuższy nie mam ochoty do pracy. Inni chyba tak samo.

Gdzie nam do Schillera, którego szczerze mierziły nawet własne spektakle (przynajmniej nie pokazywał się na widowni), do Węgrzyna, który w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat swego żywota raz poszedł na Szekspira. Potem szeroko uzasadnił obrzydliwość tego kroku i zaprzysiągł abstynencję teatralną do końca życia. Dotrzymał.

Ci, którzy trochę chodzą i trochę nie chodzą do teatru, dzielą się na dwa podgatunki. Jeden chce oglądać tylko klęski. To gatunek niski, ale często osiągający cel. Drugi chce oglądać zwycięstwa. To masochiści. Jest jeszcze jeden gatunek, który pozornie przeczy teorii nudy teatralnej: to ci, którzy chodzą na wszystko. Sam znam takiego i wiem, że na pozór niczym nie różni się od innych.

Może tuszą.

Nie mówię oczywiście o strażakach, recenzentach, dyżurnych lekarzach i milicjantach. Ci są usprawiedliwieni. Wrażliwsi odwracają się czasami tyłem do sceny, wychodzą z teatru, a przynajmniej przedłużają przerwę w bufecie, udając, że nie słyszą dzwonka. Mówię o zwyczajnych, normalnych z pozoru aktorach i reżyserach, którzy pracują na scenie i pomimo to chodzą regularnie na wszystko do teatru. Są tacy. Naprawdę. Istnieje pogląd, że takie stałe chodzenie jest tylko perwersyjną odmianą najbardziej konsekwentnego niechodzenia.

Rodzajem kuracji znieczulającej, zabijającej najdrobniejsze drgnienia duszy w jej najgłębszych, najdalszych pokładach. I to możliwe. Wszystko zależy od organizmu. Jeden załamuje się wcześniej, drugi później. Bezkarnie ten nałóg nie uszedł jeszcze nikomu.

Zwłaszcza jeżeli ten ktoś obdarzony był szczyptą uzdolnień.

Pomimo absolutnej oczywistości tych stwierdzeń, wszystkim doskonale znanych, aktorzy na ogół odczuwają rodzaj wstydu, być może i strachu, z powodu niechodzenia do teatru.

Nie przychodzi im po prostu do głowy, że cukiernik nie musi się objadać ciastkami, a miłość farmakologa do farmakologii nie polega na połykaniu próbek krajowej i zagranicznej produkcji. Nie mają dość odwagi, żeby się przyznać do nudy ani do tego, że na dobrą sprawę interesuje ich tylko własna osoba, w najlepszym wypadku - własna produkcja. Stąd niezliczone sposoby okłamywania innych i siebie samego: "jeszcze nie byłem" (jak gdybym kiedykolwiek miał zamiar być), "nigdy u was nie można dostać biletów" (wcale nie próbowałem), "nie byłem, ale słyszałem (należałoby dodać: "i nie będę"), "przysyłajcie mi zaproszenia na premiery, wtedy na pewno"... ("przyślę gosposię i mechanika od samochodu") itd., itd. Aktorzy bowiem nie tylko nie chodzą do teatru, ale mają jeszcze pretensję do innych aktorów, że nie przychodzą ich oglądać. Tylko nieliczne szlachetniejsze jednostki wyznają zasadę: żyj i pozwól żyć innym.

Kiedy przeczytałem wywiad z Kerrem, uległem pewnego rodzaju wstrząsowi. Nagle wstąpiła we mnie nadzieja, że to wszystko, co zbyt pochopnie może przypisywałem powszechnej (i uzasadnionej) chorobie zawodowej ludzi teatru, nie jest naszą winą, ale po prostu winą teatru. Mamy wprawdzie duże sale, niszczymy ramę prosceniową i dochowaliśmy się kilku trójwymiarowych aktorów, ale wstrząsu sakralnego jakoś nie widzę.

Mrożek, Broszkiewicz? Nazim Hikmet dostarczył mi pewnego wstrząsu, ale to też nie to.

Zresztą czy to ważne?

Jest sierpień i nikt, i nic nie zmusza nas do chodzenia do teatru. Jeżeli koniecznie musimy się torturować wzajemnie, jest tyle innych sposobów, znacznie milszych. A więc do września! sierpień 1962

***

Erwin Axer, "Sprawy teatralne", PIW, Warszawa 1966, s. 198-201.