powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Perspektywy

Olimp scentralizowanej kultury doskonale rozumiał, czym grożą poważniejsze zmiany w źle funkcjonującym, ale dobrze obmyślonym systemie zarządzania scenami; czym grozi częściowe chociażby usamodzielnienie scen pod względem organizacyjnym, oparte na zasadzie jakiej takiej niezależności gospodarczej, jakiej takiej kalkulacji handlowej: zależnością od kasy, niezależnością od centralnego mocodawcy. Zależnością od tęsknot, gustów, upodobań, krótko mówiąc od żądań publiczności - pisał Erwin Axer w "Listach ze sceny".

I oto zmienia się sytuacja. Spoza najbliższego zakrętu drogi wyglądają już kształty miejscowości, która jest celem wędrówki. Znajome miejsca. Znajome kształty. Perspektywa nietrudna do wykreślenia.

Nie, nie - mylą się państwo - nie chodzi mi o nowoczesność ani o proporcje realizmu, ani o aktualność repertuaru. Chodzi o coś znacznie poważniejszego, o coś podstawowego, o praprzyczynę. Chodzi o sprawy gospodarcze.

Państwo zauważyli zapewne, że o zagadnieniach ekonomicznych teatru zaczęto rozmawiać stosunkowo niedawno. Był to temat "tabu" i w dodatku jakby trochę nieprzyzwoity. Jeszcze rok temu obraził się na mnie z lekka pewien sławny i zasłużony dyrektor teatru za to, że nazwałem "komercjalnym" jego znakomity i posiadający historyczną kartę teatr. Wolałby uchodzić za notorycznego bankruta żyjącego ze składek i zapomóg czy też może za filantropa utrzymującego z rodowych milionów przez całe lata największą w Polsce scenę. Uchodzić bowiem za dobrego gospodarza, za kupca i organizatora, który umie zebrać środki na wystawienie Krasińskiego i Mickiewicza, Szekspira i Shawa, który potrafi nie tylko oczarować, ale i zapłacić Węgrzyna, Leszczyńskiego, Jaracza czy Wysocką, to wstyd, co najmniej faux-pas.

Tak więc wdepnąć w jakiejkolwiek polemice publicznej w błoto ekonomiki i organizacji oznaczało niechybnie popełnienie faux-pas. Mawiano wtedy oficjalnie, że "dyskusja ześlizguje się na sprawy bytowe" - oczywiście drobne, brudne i pozbawione większego znaczenia. Olimp bowiem siejący ambrozję i rozlewający strugi nektaru żądał w zamian, abyśmy się zajęli wyłącznie sprawami religii. Rozmawiajcie o twórczości! - oto zadanie godne artystów. Oczywiście artyści - ci cokolwiek prawdziwsi, którzy mimo wszystko zdarzają się od czasu do czasu - nie tak znów chętnie i nieczęsto rozmawiają o twórczości. Czasami mówią o swoim zawodzie. Tak, to się zdarza. Ale o twórczości (w dodatku może przez wielkie T?), o ideologii - jak najrzadziej. Z rozmawiania bowiem nic nie wynika. Ani z dyskusji. Goethe, na którego lubimy się w naszych rozważaniach powoływać - stwierdził to już raz w sposób miarodajny. Nie ma powodów do przypuszczania, że się w tej dziedzinie cokolwiek od jego czasów zmieniło.

Tyle o dyskusjach na temat twórczości. Natomiast dyskusje na tematy ekonomiczne są zawsze niebezpieczne. Państwo zapewne przypuszczają, że dyrektor centralnego zarządu albo sam minister, albo ludowa ojczyzna we własnej osobie drżeli o te kilka mizernych groszy ponad przewidzianą miarę, które trzeba byłoby wypłacić biednym aktorom. Nic mylniejszego. Ojczyzna płaciła i płaci wciąż jeszcze za dużo w porównaniu do tego, co płacą nasi widzowie. Nie w tym rzecz. Jeżeli mówiłem, że przemiany ekonomiczne grożą poważnymi niebezpieczeństwami, to miałem na myśli przede wszystkim takie rzeczy, jak nowy repertuar, styl, ideologia. Cóż za ohydne uproszczenia, powiedzą niektórzy z moich czytelników, którzy jako marksiści nie wierzą oczywiście w zależność ducha ludzkiego od podłej materii. Kilku zatwardziałych eks-kapitalistów, którzy wyznają pierwszeństwo idei przed materią, którzy jednak mają swoje drobne doświadczenia w pamięci - przyzna mi zapewne rację.

Tak czy owak, Olimp scentralizowanej kultury doskonale rozumiał, czym grożą poważniejsze zmiany w źle funkcjonującym, ale dobrze obmyślonym systemie zarządzania scenami; czym grozi częściowe chociażby usamodzielnienie scen pod względem organizacyjnym, oparte na zasadzie jakiej takiej niezależności gospodarczej, jakiej takiej kalkulacji handlowej: zależnością od kasy, niezależnością od centralnego mocodawcy. Zależnością od tęsknot, gustów, upodobań, krótko mówiąc od żądań publiczności.

I oto jesteśmy u celu, zarazem powróciliśmy do początku. To właśnie miałem na myśli mówiąc o "znajomych miejscach i kształtach". Czyżby znów kasa miała stać się alfą i omegą naszych czynów i planów? Busolą jedyną i niezastąpioną? Przecież to właśnie z dyktaturą kasy tylu działaczy, tylu reformatorów rozpoczynało walkę w imię najszczytniejszych haseł.

Zapewne, kasa ma swoje wielkie wady. Demoralizuje, uczy sztuki naginania naszych wymagań do wymagań publiczności. Nie zawsze tej najlepszej. Stawia znak równania między geniuszem Szekspira i geniuszem (finansowym) - Ortyma. A jednak... Zawsze znajdą się artyści, którzy zechcą i potrafią ściągać tłumy na Moliera i Szekspira. Którzy potrafią zainteresować publiczność nie tym, co się jej podoba, ale tym, co się podobać powinno.

Sieć centralizmu teatralnego nie ma oczek, przez które prześliznąć się mogą takie rybki.

Tak więc przed nami widmo suwerenności i niezawisłości teatralnej. Niejedni z nas mają powody do obaw. Przestanie być rzeczą obojętną, czy teatr ma publiczność, czy jej nie ma, czy jest prowadzony dla bogów, czy dla ludzi.

Bogowie oczywiście dadzą sobie radę, jako że bez subwencji państwowej żaden (co większy) teatr dramatyczny obejść się nie może. Co do śmiertelnych, nie mam tej pewności. Względna chociażby samodzielność, połączona z względną rentownością, z jakim takim sensem gospodarczym, wymaga albo pójścia po linii najmniejszego oporu, po linii Sali kongresowej, albo też po linii bardzo bezwzględnych wymagań zawodowych i organizacyjnych.

Epoka teatru dworskiego w Polsce należy, zdaje się, do przeszłości.

grudzień 1956

--

Erwin Axer, Listy ze sceny. Seria druga, Czytelnik, Warszawa 1957, s. 163-167.