powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Propagowanie zatrutej ideologii

"Kinky Boots" Harveya Fiersteina i Cyndi Lauper w reż. Eweliny Pietrowiak w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Temida Stankiewicz-Podhorecka w Naszym Dzienniku.

W zakończonym niedawno w Warszawie Letnim Przeglądzie Teatru Dramatycznego znalazły się głównie spektakle z repertuaru tej sceny i przedstawienia gościnne oraz premiera musicalu "Kinky Boots". Zanim się on jednak rozpoczął, przed wejściem do teatru, w holu, na foyer - wszędzie, można było spotkać dziwne stwory zaczepiające widzów. Ni to kobiety, ni to mężczyźni. W damskich kostiumach, perukach, z wyzywającym makijażem i perwersyjnym zachowaniem. To transwestyci. Część "wystrojona" specjalnie do udziału w spektaklu, ale na widowni jako widzów też można było spotkać transwestytów, homoseksualistów, lesbijki. Słowem LGBT. Przybyli licznie. I trudno się dziwić, skoro dyrektor Teatru Dramatycznego wystawił właśnie głównie dla nich ten musical.

Gust pana Tadeusza Słobodzianka jako prywatnej osoby mnie nie interesuje, ale jako dyrektora teatru miejskiego, finansowanego przez ratusz, a więc z naszych podatków - już tak. Tym bardziej że nikt nie jest w stanie mnie przekonać, iż tzw. trzecia płeć istnieje. Przecież to dewiacja. A co gorsza, dewiacja, która stała się instrumentem politycznym ugrupowań lewacko-liberalnych. W szeregach transwestytów, homoseksualistów, lesbijek itd. aż roi się od aktywistów. Można metaforycznie powiedzieć, że jest to "wojsko" nowej lewicy i tzw. totalnej opozycji, która czynnie uczestniczy w "marszach równości". Właśnie spektakl "Kinky Boots" jest wyraźnym poparciem owych dewiacyjnych marszów, ideologii gender, co odczytuję też jako stanowisko Teatru Dramatycznego.

"Kinky Boots", broadwayowski musical o produkcji butów dla transwestytów, teatr reklamuje jako rzecz "o przyjaźni i woli, która zmienia świat". Zdaję sobie sprawę z tego, że świat, zwłaszcza Europa, która poszła na lewo, przeżywa obecnie kryzys swojej tożsamości i staje się niczym transwestyta, który nie wie -albo udaje, że nie wie - kim jest: kobietą czy mężczyzną. Trzeciej płci nie ma. A jeśli ktoś ją tworzy, to kosztem okaleczenia człowieka pod każdym względem. To okaleczenie nazywam sączeniem trucizny. I właśnie Teatr Dramatyczny tym dewiacyjnym spektaklem wykonuje taką haniebną robotę.

Dopisywanie zaś spektaklowi pseudofilozofii, która niejako ma dowodzić i wyjaśniać, iż przebieranie się mężczyzn za kobiety to zjawisko znane od wieków, na przykład w teatrze szekspirowskim czy w kinie, jak na przykład w filmie "Pół żartem, pół serio" - jest w tym wypadku nadużyciem. Przebieranie na scenie w sztukach Szekspira czy we wspomnianym filmie ma zupełnie inny charakter: żartu, zabawy, parodii. W tych komediach widz wie doskonale, że postać przebrana za kobietę jest mężczyzną, który nie identyfikuje się z tożsamością kobiety.

Natomiast główny bohater "Kinky Boots", urodzony jako mężczyzna o imieniu Simon, występuje w klubach (wraz ze swoim zespołem transwestytów, który nazywa aniołkami) w przebraniu kobiety. Przyjął imię sceniczne Lola i w życiu prywatnym także identyfikuje się z tożsamością kobiecą, ma damski sposób chodzenia, gestu, mimiki, mówienia. Potrafi też ubrać się w męskie spodnie. Ale z musu. Natomiast ze sceny zwraca się genderowo do publiczności: "Ci z państwa, którzy jeszcze nie zdecydowali się na płeć".

Narracja spektaklu jest tak prowadzona, że Simon-Lola budzi u widza pełną sympatię i akceptację tego typu dewiacji. Uważam to za niebezpieczną indoktrynację, zwłaszcza młodzieży, która na pewno będzie licznie przybywać na musical, wszak są tu piosenki znane z filmu o tym samym tytule, dużo muzyki granej na żywo i dużo tańca.

Jeśli chodzi o aspekt artystyczny musicalu "Kinky Boots", reżyser Ewelina Pietrowiak za bardzo przejęła się poprawnością polityczną ukierunkowaną ideologicznie na tzw. tolerancję inności. Ucierpiała na tym sfera dramatyczna spektaklu, motywacja postaci, sceny mówione, które są tu jak "na przyczepkę". Aktorzy nie bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić. Niezagospodarowana dramaturgicznie przestrzeń wskazuje na nieporadność reżyserską. Aktorsko przedstawienie jest w wielu miejscach nieudane, zwłaszcza w scenach dialogowych. Dwie główne role to Charlie Mateusza Webery, który nie odnajduje się w tej roli, oraz Simon-Lola w wykonaniu uzdolnionego Krzysztofa Szczepaniaka. Szkoda tylko, że aktor gra w tak niegodziwej sprawie.