powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Grzegorz Damięcki: Obrazy z Ogólnej

- Często mi się wydaje, że jest we mnie jakaś nadekspresja, bo jestem zawieszony między moimi starymi profesorami, a sztuką nowoczesną. Czasami mam świadomość swojego anachronizmu, a z drugiej strony ku własnemu zaskoczeniu jestem postrzegany przez ludzi młodszych ode mnie jako nowoczesny artysta - mówi Grzegorz Damięcki, aktor Teatru Ateneum w Warszawie.

Ta rozmowa czekała na swoją premierę dwa lata, ale było warto! Grzegorz Damięcki opowiedział mi o swoich ukochanych warszawskich miejscach w kawiarni "Secret life" na Żoliborzu 17 sierpnia 2015. Przy okazji dowiedziałam się, co było w jego teczce na ASP, jakie zjawisko ma miejsce o 22.22 i jak Gustaw Holoubek skomentował jego zastępstwo w roli murarza w "Zemście!".

Jakie miejsce w Warszawie pana uspokaja?

- Z przyjemnością nie ruszam się z mojej dzielnicy, czyli z Żoliborza, który jest enklawą, jeśli się tę dzielnicę dobrze zna. Można tu kluczyć uliczkami projektowanymi jeszcze przed wojną przez wspaniałych architektów. Niedaleko jest Las Bielański, do którego bardzo chętnie jeździmy z rodziną. W niedzielę staramy się być w Kościele Pokamedulskim, u księdza Wojtka, którego obecność też jest dla mnie oddechem. Sam kościół jest bardzo ciekawy i bardzo stary, zbudowany w XVII wieku. Można zwiedzać jego podziemia. Znajdują się tam katakumby, w których leżą braciszkowie, odbywają się imprezy artystyczne, działa kawiarnia.

Gdzie pan spaceruje najchętniej?

- Lubię spacery po Żoliborzu i Bielanach, a jeśli mam więcej czasu - zabieram rodzinę do Puszczy Kampinoskiej. Dzięki znajomym, Ewie i Markowi Zarębskim, którzy uprawiają biegi, poznajemy tam fascynujące miejsca. Gdybym robił zdjęcia i chciał kogoś nabrać, że to są przepastne Białowieże, czy Lasy Syberyjskie, myślę, że by mi się udało. Puszcza Kampinoska jest dla mnie azylem. A poza tym staramy się jak najwięcej czasu spędzać u siebie na wsi. A wieś mamy tuż pod Warszawą, nad piękną rzeką, Wkrą.

Na co dzień mieszka pan jednak w mieście?

- Tak, mieszkam na Żoliborzu, w mieszkaniu z historią. W pierwszych dniach Powstania Warszawskiego na jego balkon - narożny i najwyższy - został wyprowadzony powstańczy rkm, z którego ostrzeliwano niemieckie ciężarówki z wojskiem, jadące z pobliskich koszar, czyli z budynku Szkoły Pożarnictwa, znajdującej się na końcu ulicy Słowackiego. Sceptycznie podchodziłem do tej historii, dopóki nie zacząłem remontować mieszkania. Moja żona, która jest po architekturze wnętrz, postanowiła że uratujemy całą przedwojenną stolarkę. Wszystko było bardzo zniszczone, ale dzięki temu, że przez całe lata starsi państwo, którzy tu mieszkali nie mieli pieniędzy na remont, ocalały na przykład ebonitowe włączniki do światła, dębowe parkiety. Remontując okna, poniszczyłem mnóstwo sprzętu, wyciągając z futryn odłamki, bo Niemcy odpowiadali na ogień powstańców, którzy się tu bronili i strzelali do góry. Okna były całe poprute, ponabijane kawałkami poskręcanego metalu. Natomiast remontując strych i tłukąc polepę strychową, żeby zrobić wylewkę, znaleźliśmy butelkę po wiśniówce z czerwca 1939 roku. Ta kamienica jest ciekawa także z kilku innych powodów. W czasie okupacji mieszkał tu przywódca PPR-u, który został świtem zabrany przez Gestapo na Szucha i zamordowany w Palmirach. Władysław Bartoszewski jako młody chłopak spotykał się tu z rodziną Hanny Czaki. To była stara rodzina patriotów związanych z harcerstwem, rozstrzelana przez Niemców. Odbywały się tu tajne spotkania Rady Pomocy Żydom, w których brali udział Bartoszewski i Zofia Kossak - Szczucka. A w czasie Powstania w piwnicach tej kamienicy działał szpital powstańczy. Kiedyś zwiedzając śmietnik - czasami to robię, bo ludzie wyrzucają skarby - znaleźliśmy sienniki zrobione z niemieckich worków z hitlerowską gapą, pewnie służyły za materace dla tego szpitala powstańczego. Zastanawiam się, czy ich nie oddać do Muzeum Powstania. Muszę też dodać, że wszystkie fakty historyczne dotyczące mojej kamienicy mogą nosić drobne błędy historyczne, ponieważ pochodzą z ustnych, podwórkowych przekazów, więc wytrawny historyk pewnie dodałby do nich wnikliwy komentarz. W takiej jednak formie docierały do mnie.

Dzielnica Żoliborz w pochodze pierwszomajowym. Rok 1975. Fot. Grażyna Rutkowska. Zdjęcie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Gdzie się pan urodził?

- Urodziłem się w Warszawie, w 1967 roku. Mama moja również urodziła się w Warszawie, przed wojną. Ojciec się wyłamał, bo urodził się na kielecczyźnie, w czasie okupacji.

Jest pan emocjonalnie związany ze swoim miastem?

- Tak, chociaż jak sobie myślę, jaki kształt Warszawa powoli przybiera, jakie to miasto się robi zatłoczone i pełne różnych przypadkowości, to myślę, że na tak zwane stare lata chętnie bym się z niego wyprowadził. Może właśnie na wieś, nad tę rzekę Wkrę. Kiedy przez jakiś czas nie mogłem jeździć samochodem z powodu własnej głupoty i jeździłem metrem, odkryłem trójkąt bermudzki, który natychmiast wysysa ze mnie energię. To jest stacja metra centrum. Byłem zmuszony na niej wysiadać, żeby przesiąść się na Powiśle do teatru.

Co panu najbardziej przeszkadzało?

- Potworny chaos, niepokój, tłok. Kakofonia dźwięków, kolorów. Stwierdziłem, że się cieszę, że mieszkam na Żoliborzu. Nie przemawia przez mnie żaden snobizm, bo nie jestem człowiekiem, który do tej dzielnicy napłynął. Babcia moja mieszkała tutaj tuż po wojnie, na V kolonii, nieopodal miejsca w którym rozmawiamy.

Skąd takie oznaczenia - numery kolonii?

- To są budynki stawiane jeszcze przed wojną, w latach 20. i 30. Takie PPS-owskie budownictwo, któremu towarzyszyła idea szklanych domów i godziwych warunków życia dla wszystkich. Przedwojenne polskie socjalistyczne myślenie o człowieku. Ten socjalizm się nam zaczął w PRL-u źle kojarzyć, ale przed wojną nie miał nic z komunizmem wspólnego. A przynajmniej niewiele. Na Żoliborzu mieszkała cała masa wspaniałych ludzi, działaczy przedwojennych. Dlatego ta dzielnica jest podzielona. Jest Żoliborz dziennikarski, Żoliborz oficerski, Żoliborz robotniczy itd. Różne grupy w latach 20. i 30. na tych parcelach budowały domy. Projektowali je najlepsi polscy architekci.

Mógłby pan mieszkać gdzie indziej?

- Mieliśmy taki moment z żoną, że musieliśmy powiększyć metraż i pojawiła się wtedy koncepcja, żeby się wyprowadzić, bo Żoliborz zaczął być bardzo drogi. Przymierzaliśmy się do innych dzielnic, ale nie byliśmy w stanie odciąć pępowiny. Za dużo wspomnień, sentymentów, przyjaciół. Ludzie, którzy jeszcze gdzieniegdzie obsługują małe sklepiki, z którymi się człowiek zna. Kiedy idę rano do pracy mam nawet taki rytuał - witam się z panem fotografem, który ma zakład na rogu, z panem zegarmistrzem, z panią kwiaciarką zamieniamy parę słów. Mam tutaj swoje ulubione miejsca, gdzie kupuję używane książki i miejsca, w których jadam w razie potrzeby, gdzie jest smacznie i w miarę domowo.

Gdzie pan mieszkał w dzieciństwie?

- Mieszkaliśmy z matką i ojcem na ulicy Ogólnej, w dzielnicy Słodowiec, która wtedy nie była przeorana Trasą Toruńską. Teraz to miejsce już nie istnieje.

Jak pan zapamiętał Ogólną?

- To była ulica brukowana kocimi łbami. Po jednej stronie była wieś z pompami okręcanymi słomą na zimę. Normalna wieś, gdzie stały chlewy, stodoły, gdzie mieszkali warszawscy węglarze, wozacy. Tacy ludzie, którzy dostarczali przed wojną i zaraz po wojnie kapustę, kalafior, marchew do stolicy. Mieli kury, świnie. A po drugiej stronie tej małej, karbowanej ulicy stało miasto. Budynki wybudowane na przełomie lat 60/70. Długie, czteropiętrowe bloki, w których mieszkaliśmy. Nigdy wcześniej o tym nie myślałem, ale kiedy zacząłem wspominać, zdałem sobie sprawę, że to było tak sprytnie urządzone przez ówczesne władze, że na każdej klatce schodowej mieszkał artysta, robotnik, chłop i ktoś z okolic Urzędu Bezpieczeństwa. Niesamowite to było.

Permanentna inwigilacja.

- Inwigilacja, pomieszanie kast i społeczności. Pamiętam, że pan mocno związany z milicją, który mieszkał w naszej klatce, zaczął nosić mundur kiedy wybuchł stan wojenny, a wcześniej chodził w cywilu. Pamiętam też, jak wojsko się grzało przy koksownikach pomiędzy budynkami. Raz mojemu ojcu urwał się pies ze smyczy, a było już po godzinie milicyjnej i ojciec biegał po podwórkach, a ci żołnierze razem z nim, pomagali mu szukać. Pamiętam, że tym grzejącym się przy koksownikach wojskowym ludzie wynosili zupę w talerzach. Dożywiały ich głównie gosposie, same solidnej postury, mówiąc do tych chłopców ze wsi: Masz, chudziaczku. A my, dzieci bawiliśmy się w "Klossa", w "Czterech pancernych".

Kim pan był?

- Jankiem oczywiście. A jak padał śnieg, czy deszcz, to budowaliśmy w mieszkaniach z mebli czołgi, szczotki do zamiatania to były nasze lufy. Pamiętam, że każdy z nas posiadał po pistolecie marki "Precyzja", który można było kupić w Kiosku Ruchu. I na drugą stronę tej Ogólnej chodziło się na jabłka, na gruszki, na śliwki po których bolały brzuchy. Nieraz nas ci miejscowi pędzili. Potem jak ten teren zaczęto równać z ziemią, to była potworna tragedia tych ludzi. Masowo przesiedlano ich do bloków, pozbawiano inwentarza. Myśmy się z tymi wozackimi dziećmi też bawili. Urządzaliśmy sobie wokół budynków Wyścigi Pokoju na rowerach. Pamiętam, że zawsze marzyłem o tym, żeby młodsza siostra mojego kolegi, Zosia, chciała być Marusią, żeby opatrywała moje rany. Moja pierwsza miłość.

Zgodziła się opatrywać?

- Tak, pewnie. Kapitalne to były zabawy. Robiło się też widoczki ze szkiełek - zagrzebywało się pod szkłem w ziemi kolorowe szkiełka, czy ładne kamyki, potem się to palcem odkopywało i pod spodem był taki widoczek. Graliśmy też w kapsle. Każdy kapsel to był inny kolarz. Mytnik, Szurkowski, Szozda - to byli moi idole. I reprezentacja Polski w piłce nożnej w 1974 roku. Do dziś potrafiłbym wymienić z nazwiska podstawową jedenastkę trenera Górskiego. Tym wszystkim się pasjonowaliśmy. Nie było zamykanych, strzeżonych osiedli. Z każdego podwórka na inne podwórko można się było dostać. Do późnej nocy siedzieliśmy na podwórku i nikt się niczego nie bał. Oczywiście mamy nas straszyły czarną wołgą - że jeździ po osiedlu czarna wołga i wciąga dzieci. Ale to było po to, żebyśmy się nie oddalali za bardzo.

Grał pan w piłkę?

- Do której się tylko dało! Pamiętam, że kolana miałem zdarte do mięsa i poobcierane łokcie, bo boiska przy szkołach były asfaltowe. Dzisiaj wszystko się odbywa wirtualnie. Wypędzić dziecko na podwórko jest strasznie ciężko. Przedostać się o trzy podwórka dalej jest prawie niemożliwością, bo wszystko jest na kody, wszystko pozamykane. Czy wtedy było więcej kradzieży, niż dziś? Nie zaryzykowałbym takiego stwierdzenia. Żyło się wtedy na Żoliborzu - i namiastka tego przetrwała do dziś - jak w takiej wielkiej wiosce, gdzie każdy każdego znał. Można było dozorcy powierzyć klucze i wiedziało się, że on przypilnuje mieszkania, a nie okradnie. Była też mniejsza rotacja ludzi. Mieszkania były wielopokoleniowe - dożywało starsze pokolenie, zaczynali mieszkać młodzi. Teraz w dużym bloku ciężko się zorientować, kogo się ma za sąsiada.

Kogo pan miał za sąsiada?

- W moim bloku mieszkali przeróżni ciekawi ludzi. W klatce obok mieszkał Grzegorz Rosiński, który się przyjaźnił z moimi rodzicami. To jest artysta - plastyk, który stworzył postać Thorgala. Mieszka teraz w Szwajcarii i jest światowej sławy rysownikiem. Mieszkała w sąsiedztwie rodzina bohaterskiego generała Czumy, bardzo mocno zaangażowana w podziemie. Mieszkał pan dyrygent z filharmonii i saksofonista, który grywał na statkach. W naszej klatce schodowej mieszkał wspaniały kompozytor szlagierów z lat 60. i 70., Marek Sart razem ze swoją żoną - śpiewaczką, która od rana do nocy ćwiczyła koloratury (można było oszaleć!). W tym samym budynku mieszkała też moja koleżanka Ewa, która miała piękną mamę, w której się kochałem, a na parterze mieszkał taksówkarz, który woził królowe nocy po warszawskich hotelach, a z zawodu był krawcem. Takie towarzycho. A obok chłopi, robotnicy, proletariat cudowny. Jeszcze pamiętam, mam w uchu, jak rano, kiedy się budziłem z daleka było słychać głos starszej kobiety: jagody, jagody, jago To była jagodziarka, która chodziła po podwórkach i sprzedawała jagody. Potem z kolei taki głos: noże ostrzę, garnki drutujeee! Chodziła też po klatkach schodowych pani z cielęciną i przy każdych drzwiach mówiła: Kochanieńka, mam specjalnie dla pani piękny kawałek odłożony. To były lata 70. Byłem wtedy małym chłopcem.

Dziecięca wyobraźnia zapamiętuje niezwykłe szczegóły.

- Pamiętam nawet rejestrację naszego Dużego Fiata 125p: WI1917. 1917 - data wybuchu rewolucji październikowej. Kiedyś, jak mojego ojca zatrzymała milicja za przekroczenie przepisów i chcieli mu wlepić mandat, to ojciec powiedział: "Panowie, mandat za taką rejestrację!". Obyło się bez. Numer telefonu przedziwny, zupełnie inna ilość cytr niż dziś, też pamiętam. Sposób, w jaki były ustawione meble w moim pokoju, jakimi zabawkami się bawiłem. Mama moja przywiozła z któregoś wyjazdu, chyba spod Ełku, taką cudowną piętnastoletnią, czy szesnastoletnią dziewczynę, która miała nam pomagać. Nie było mowy, żeby ją nazywać służącą. Była to dziewczyna, która na początku lat 70. pierwszy raz miała kontakt z gorącą wodą z kranu. Miała piękne włosy, bardzo długie i pamiętam, że matka ją uczyła, żeby się nie czesać nad rosołem. Gotowała mi obiady i miała radio marki "Jowita", w którym słuchała różnych ulubionych audycji.

Mieszkała z państwem?

- Tak, i była traktowana jak członek rodziny. Była z nami bardzo długo. Skończyła szkołę krawiecką w Warszawie i została świetną krawcową. Otworzyła własny salon krawiecki.

Korzysta pan w pracy z tych typów zapamiętanych z dzieciństwa?

- Do dzisiaj wzbogacam sobie tą encyklopedię, jeżdżąc na Wolumen, bazar, który mam tutaj pod bokiem, gdzie mowa Wiecha jeszcze istnieje. Na przykład sprzedaje taki mocno zmęczony proletariusz jakieś wyliniałe kocie skórki i zatrzymuje - to się na moich oczach, uszach dzieje - takiego gościa i mówi: panie, kup pan żonie lysa. A on mu na to odpowiada: A na cholerę jej lys, jak ma tygrysa w domu! Albo pytam gościa, który ma rozłożony na klepisku jakiś nędzny stragan: proszę pana, ile ta maszynka do golenia kosztuje? 5 zł. A działa? Wie pan, w domu działała. I mówi to mową Wiecha. Cudowne historie się jeszcze ciągle zdarzają. Trzeba tylko nadstawiać ucha i słuchać jak rozmawiają kwiaciarki, albo ci, co warzywa sprzedają. Oni przyjeżdżają spod Warszawy i mówią kapitalnym językiem. Paradoksalnie mówią bardzo ładnie po polsku w przeciwieństwie do niektórych urzędników.

Lubi się pan otaczać przedmiotami, które mają swoją historię?

- Przede wszystkim łowię ten folklor, bo on mnie urzeka. Przed wojną dochodził do tego jeszcze cudowny folklor żydowski, którego już nie ma - ten cały szmonces i poczucie humoru. Na przykład napis: krawiec mężczyźniany. Albo, co zabrzmi lekko nieprzyzwoicie, ale jest to autentyczna witryna z Nalewek: tania maca w bramie. Takie zbitki językowe. Polski-żydowski. Tego już nie ma. Tylko w książkach. "Kwiaty polskie" to jest moim zdaniem najpiękniejszy poemat o Polsce, jaki w życiu miałem w rękach. Fragmenty "Kwiatów" mówiłem na egzaminach wstępnych do szkoły teatralnej. Jest jeszcze ten folklor wozacki, dorożkarski, cwaniacki, proletariacki, łobuzerski, uliczny. Folklor Kapeli Czerniakowskiej, tych wszystkich Zenków, Panów Piecyków.

Jestem z Pragi!

- No! To wiemy, o czym mówimy! Kolekcjonuję też płyty winylowe i taki bazar to dla mnie możliwość kupienia starych, fajnych płyt. Natomiast generalnie mnie interesuje wchodzenie w interakcje. Rzadko się to kończy kłopotami. Na ogół ludzie dobrze na to reagują. Staram się nie być zbyt natarczywy, ale uwielbiam wchodzić z ludźmi w kontakt, zamienić z nimi parę słów. Jeżeli zawód przestanie mi sprawiać przyjemność, to moim marzeniem jest otworzenie antykwariatu z książkami i płytami winylowymi, gdzieś na Żoliborzu. To będzie miejsce, gdzie będę sobie siedział i rozmawiał z ludźmi na przeróżne tematy. Pytanie tylko, czy będę miał z tego jakikolwiek dochód.

Będzie pan uprawiał zapomnianą sztukę konwersacji.

- Wszystko się zmienia, listów już dzisiaj prawie nikt nie pisze na papierze. Do niedawna jeszcze wymieniałem się korespondencją z przyjacielem ze Słowacji. On do mnie pisał po słowacku, ja do niego po polsku. Listy na parę stron pisane maczkiem, opowieści o życiu. Teraz to się trochę urwało, ale z nikim w Polsce nie prowadziłem takiej korespondencji. Sztuka pisania listów upada, absolutnie. Ludzie też nie rozmawiają. Znikają drobne sklepiki, które zawsze gromadziły ludzi.

Wspomniał pan o "Kwiatach polskich", więc muszę zapytać, kiedy w życiu wielbiciela Wyścigu Pokoju i gry w kapsle pojawił się teatr?

- To jest dziwne, bo ten teatr mi się pojawił w takiej pokracznej, zupełnie odwróconej formie. Dlatego, że cała szkoła podstawowa, wtedy osiem klas, to była walka z nieśmiałością. Byłem zakochany w koleżance, na widok której mnie paraliżowało i nie byłem w stanie słowa z siebie wykrztusić.

Dowiedziała się o pańskiej słabości?

- Dowiedziała się, nawet niedługo potem. Największą męczarnią było to, że ja wiedziałem, że jestem w niej zakochany, ona wiedziała, że jestem w niej zakochany i wszyscy dookoła o tym wiedzieli. Tylko nie byłem w stanie przekroczyć tej bariery i zaproponować jej czegokolwiek. To był czas od bardzo wczesnej szkoły podstawowej do jakiejś szóstej, czy siódmej klasy. Latami się to ciągnęło.

Jak się dowiedziała?

- Przemogłem się na jakiejś szkolnej potańcówce i poprosiłem ją do tańca. Pamiętam, że nic mi nie przychodziło do głowy i ten taniec potwornie mi się dłużył. W końcu ją zapytałem: jakie znasz marki samochodów? I ona przerażona odpowiedziała: fiat, wartburg, łada, syrena. Rozmawialiśmy o tym po latach i doszliśmy do wniosku, że to było uczucie wzajemne, które nas paraliżowało, a z drugiej strony było to coś przepięknego. Mówię o tym dlatego, że ta nieśmiałość powodowała, że nie brałem udziału w żadnych akademiach, nie deklamowałem, mimo że nauczyciele wiedzieli, że jestem z artystycznej rodziny.

Rodzince pana nie zachęcali?

- Nie, tendencja była przeciwna - że dobrze by było, gdybym się czym innym zajmował. Rodzice wiedzieli ile ciemnych strony potrafi mieć zawód artystyczny. Poza tym szedł czas politycznych komplikacji i artyści rozpoczęli bojkot środków masowego przekazu, więc wyszło ze szkoły teatralnej kilka roczników, które jeśli nie chciały iść na kompromis, to po prostu klepały biedę. I cudowny mój, wielki, kochany profesor, Tadeusz Łomnicki, który były w tamtych czasach posłem na sejm PZPR, ratował skórę wielu swoim studentom. Wyciągał ich z aresztów, przywracał na uczelnię tych, którzy byli relegowani za kolportaż ulotek itd. To był czas, który nadciągał. Więc z tego powodu, a także przez tę wstydliwość absolutnie nie myślałem o szkole teatralnej. Poza tym dosyć późno zacząłem wymawiać literę "r".

Kiedy nastąpił przełom?

- Przełomowym momentem był jeden z moich wyjazdów do Stanów, gdzie miałem rodzinę ze strony mamy. Jako szesnastolatek wróciłem stamtąd z głową pełną zwrotów podwórkowych i boiskowych, dialogów z amerykańskich reklam. Nagle się okazało, że ja to wszystko pamiętam i aktorów z tych reklam potrafię naśladować. Zaczęło też do mnie docierać, że mam w domu skarbnicę, ponieważ rodzice spotykali się z cudownymi ludźmi. W naszym domu bywał Profesor Bardini, Profesor Kotarbiński, Wojtek Młynarski, Dudek Dziewoński, Piotrek Fronczewski z bujną czupryną, świetnie zapowiadający się Marek Kondrat. Moja mama dbała o to, żeby się u nas odbywały takie five o'clocki. Przychodzili na nie ludzie różnych dziedzin - także świetni plastycy, czy scenografowie, bo matka pracowała z najlepszymi. Nagle zrozumiałem, że jest kogo podsłuchiwać, jest się od kogo uczyć. Ale do zawodu szykowałem się w tajemnicy. Nie korzystałem w sposób praktyczny z pomocy ojca, dobierając sobie na przykład repertuar na egzamin wstępny. Równocześnie złożyłem teczkę do Akademii Sztuk Pięknych i została przyjęta. Zdecydowałem się jednak na szkołę teatralną, naiwnie licząc, że jeżeli nie zdam, to potem będę się starał o przyjęcie na ASP. Okazało się, że egzaminy odbywają się w tym samym czasie i zostałem przy szkole teatralnej. Z egzaminów prawie nic nie pamiętam, taki byłem przerażony.

Co było w pańskiej teczce na ASP?

- Bardzo dużo rysowałem, dużo szkicowałem kredką. Najwięcej miałem abstrakcyjnych rysunków tworzonych z głowy. Lubiłem wyjazdy w góry i głównie przesiadywałem w Bieszczadach - zacząłem tam rysować chaszcze, chałupy. Miałem więc trochę martwych natur, kilka portretów. Nie chcę tutaj kokietować, ale jak przyniosłem tę teczkę i zobaczyłem z czym przychodzą inni, którzy byli po jakichś kursach, czy chodzili do różnych pracowni i bardzo dobrze się prezentowali, to ta moja teczka była licha. Ale widocznie coś tam dostrzeżono, skoro została przyjęta. Mam ją do dzisiaj w domu, dawno do niej nie zaglądałem.

Porzucił pan rysowanie?

- Porzuciłem rysowanie, tak samo jak porzuciłem muzykowanie na długo, bo grałem też na instrumencie, szarpałem struny.

I nadal pan szarpie, prawda?

Teraz tak. Jak to często bywa, mężczyzna w pewnym wieku zaczyna sobie robić wstępny rachunek, zaczyna się zastanawiać nad stratami i zdobyczami i do mnie dotarło, że bardzo żałuję nie-grania na gitarze. Wróciłem do muzykowania. Nie dało się z dawnymi kolegami odtworzyć zespołu, bo każdy już poszedł w swoją stronę.

Kiedy miał pan swój pierwszy zespół?

- W czasach licealnych.

Jak się nazywał?

- Lawa.

Jaką muzykę graliście?

- Nową falę, trochę punk rock. Wtedy słuchałem dużo Brygady Kryzys, reggae, muzyki alternatywnej angielskiej i amerykańskiej. Wróciłem do muzykowania jakieś trzy, czy cztery lata temu. Gramy z zespołem Pan Pozytyw muzykę reggae.

To jest pana ulubiony gatunek?

- Tak, najlepiej się w nim czuję i najbardziej lubię go słuchać. Rysuję też czasami ilustracje do naszych utworów.

Proszę w takim razie o rozwikłanie tajemnicy "Zeszytu z rysunkami".

- W mojej rodzinie i w rodzinie mojej żony była pewna tradycja. Dziadek mojej żony, który był prawnikiem i mieszkał w Czeladzi kupował i dostawał zawsze bardzo dużo papeterii, brulionów, zeszytów. Poza tym obie rodziny były bardzo przezorne, więc jak dzieci szły we wrześniu do szkoły, to się kupowało zeszyty z nadwyżką. I tak przez pokolenia w obu rodzinach te niezapisane, czyste zeszyty odkładano, nigdy ich nie wyrzucano. I po prostu przypadkiem, robiąc domowe porządki trafiliśmy z żoną na dwa czy trzy potężne pudła wypełnione niezużytym papierem w różnej formie. W jednym z zeszytów zacząłem zapisywać teksty, wklejać różne rzeczy i on tak pęcznieje do dziś. Stał się naszym zeszytem zespołowym, z którym się nie rozstajemy. Od czasu do czasu gramy koncerty. Nagraliśmy też materiał na płytę, która chcemy wydać.

Widziałam zapowiedzi.

- Ona się bez przerwy zapowiada.

Na podstawie tego co słyszałam, to bardzo dobrze!

- My ją po prostu wydajemy własnym sumptem, w ograniczonej ilości. Zdaje się, że najmniejsza ilość płyt, jaką można wytłoczyć, żeby strasznie na tym nie stracić, to jest pięćset sztuk, więc pewnie zrobimy to w takiej ilości i będziemy rozdawać znajomym.

Gdzie pan pisze teksty?

- Dopada mnie w przeróżnych sytuacjach. Czasami o trzeciej nad ranem. Otwieram oczy i jakaś linijka wskakuje mi do głowy. Wtedy muszę ją zapisać. Następnego dnia się temu przyglądam. Dużo rzeczy wydaje mi się chybionych i wyrzucam je do kosza. Natomiast w tych kawałkach, które zapisuję, ale również w tym, co staram się czytać, czy w mojej pracy w teatrze zawsze mnie interesuje skrótowość i hasłowość. Coś, co może otworzyć drugiej osobie oko, czy głowę na swoje własne przemyślenia. Mimo, że podziwiam i szanuję Wojtka Młynarskiego, a mój syn zna na pamięć całą jego twórczość, to, o czym teraz mówię jest dokładnym przeciwieństwem tego, co pisał Wojtek. Zresztą uwielbiam go słuchać. Uważam, że on czy Kabaret Starszych Panów, to są genialne, kapitalne rzeczy i skoro mój syn się tym interesuje, to jestem przeszczęśliwy.

W jakim jest wieku?

- Antek ma jedenaście lat. Sam do tego Młynarskiego doszedł. Ma u siebie w pokoju całą kolekcję jego płyt i słucha namiętnie. Nawet często w samochodzie zamęcza nas Młynarskim (śmiech), puszczając po wielokroć niektóre utwory. Natomiast mnie bardzo interesuje rodzaj impresjonizmu w pisaniu. Tak, jak malarz maluje używając plamy i dopiero z daleka widać głębię. Tak samo jest w muzyce reggae - każdy daje swoją plamę, a po to, żeby powstała muzyka, musi się narodzić między tymi plamami związek (muzyczny). Po pierwsze dlatego, że jesteśmy amatorami i niewiele potrafimy, ale również z gustu i smaku nie chodzi nam o to, żeby inkrustować utwory solówkami, własnymi popisami. Wszyscy pracują na całość. Cisza jest też muzyką, tak samo jak cisza na scenie też jest dialogiem.

Jakim pan jest artystą z gustu i smaku?

- Często mi się wydaje, że jest we mnie jakaś nadekspresja, bo jestem zawieszony między moimi starymi profesorami, a sztuką nowoczesną. Czasami mam świadomość swojego anachronizmu, a z drugiej strony ku własnemu zaskoczeniu jestem postrzegany przez ludzi młodszych ode mnie jako nowoczesny artysta. W ideale chciałbym, żeby tak właśnie było. W podobny sposób staram się mieszkać. Towarzyszy mi funkcjonalizm. Krzesło do siedzenia, stół do jedzenia, nóż do krojenia.

To co pan mówił o ciszy w teatrze skojarzyło mi się z "Nastasją Filipowną". W tym spektaklu jest dużo ciszy. Jest krótki, a mimo to widz wychodzi z niego zmęczony w dobry sposób.

- Widocznie udało nam się coś, co nie wydarza się za każdym razem. Cudowną potwornością tego zawodu jest to, że on jest niemierzalny w żaden sposób. Dzieło malarskie albo filmowe można ogląda kilka razy, wpatrywać się w nie, być nim zmęczonym, wrócić do niego za tydzień, a spektakl jest po prostu ulotną historią. Legendy o tym, że ktoś był genialny jako Konrad, Papkin, czy Makbet to są rzeczy ulotne - zapamiętane i potem gdzieś utrwalone w słowie pisanym, we wspomnieniach konkretnej osoby. Ale jak było naprawdę? Nikt nie wie. I w tym przedstawieniu rzeczywiście bardzo dużo czasu poświęciliśmy na eliminowanie wszystkich zakrętasów, ozdobników i zbędnych słów. To, co najpierw powstało było pełnym ornamentów dziełem. Często ludzie tworzą w ten sposób - czytają to, co napisali i skreślają, skreślają. Sam tak robię. Nawet pisząc teksty naszych utworów szukam hasłowości. Często mi się wydaje, że za bardzo próbuję coś dookreślić. Wtedy skreślam. Nagle się okazuje, że zestaw trzech słów wystarczy.

O czym pisał pan ostatnio?

- Niedawno napisałem tekst "22.22", ponieważ zawsze mnie śmieszyła ta godzina. Często mi się zdarzało, że patrząc na zegar widziałem te cztery cyfry ustawione obok siebie i pomyślałem, że napiszę o tym piosenkę.

Co się dzieje o 22.22?

- Na chwilę czas się zatrzymuje. Nie ma pędu, hałasu. Można się zastanowić nad tym, co się w ciągu dnia wydarzyło i pobyć z kimś, komu by się chciało tyle powiedzieć, a w ciągu dnia nie ma na to czasu.

Porozmawiajmy o miejscach ważnych dla pana zawodowo. Od razu po studiach trafił pan do Teatru Ateneum.

- Zacząłem tam właśnie dwudziesty piąty sezon. Trafiłem do Ateneum na czwartym roku szkoły teatralnej. Edward Dziewoński robił przedstawienie "Firma" na podstawie tekstów Hemara. Główne role grali Leonard Pietraszak i Ewa Wiśniewska. Dla mnie to była pełna abstrakcja, że mogę się tam znaleźć. Tak bardzo chciałem, żeby ten sen się nie kończył.

I nie skończył się. Jaką wartość ma dzisiaj angaż?

- Magia tego, że ktoś komuś proponuje engagement w dobrym teatrze ewidentnie zniknęła. Dzisiaj młodym aktorom teatr często przeszkadza. Zatrudnienie się w zespole teatralnym oznacza, że nie mogą w sposób nieograniczony dysponować swoim czasem, czego się wymaga na przykład w serialach. To okropne.

Z kim miał pan okazję się spotkać w zespole Ateneum?

- Z Wokulskim, czyli Jerzym Kamasem, z Leonardem Pietraszakiem, z którym później spędziłem piętnaście lat w jednej garderobie i nasłuchałem się cudownych anegdot, bo on jest zawołanym bajarzem, opowiadaczem. Byli też Janusz Warmiński, Gustaw Holoubek, Dudek Dziewoński, Wojtek Młynarski, Aleksandra Śląska, Jan Świderski, Kociniakowie - Janek i Marian, Teresa Budzisz - Krzyżanowska. Pokonywałem kolejne szczeble hierarchii, zaczynając swoją pracę teatralną od nagłych zastępstw, czego w żaden sposób ze szkołą teatralną nie można porównać. To jest po prostu skok na głęboką wodę.

Pamięta pan szczególnie któreś z tych zastępstw?

- Pamiętam, że robiłem w "Zemście" zastępstwo za jednego z murarzy. Miałem powiedzieć tylko: "Cześnik, pan mój, kazać raczy, / Aby muru nie kończono". Gustaw Holoubek, który to przedstawienie reżyserował przesłuchał mnie - upewnił się, że znam tekst i wiem, skąd dokąd mam przejść. Stwierdziłem, że ponieważ mam tylko jedną kwestię, to zrobię sobie wyrazistą charakteryzację, żeby mnie publiczność zapamiętała. Nastroszyłem włosy, dorobiłem sobie ogromne wąsy, jednym słowem zrobiłem sobie na twarzy bitwę pod Grunwaldem i w tym wszystkim wyszedłem na tą swoją minutkę. Dodałem do tego jeszcze warszawski akcent. Wszystko, żeby zostać zapamiętanym.

Na pewno się udało.

- Jaki wielki był Gustaw, jak pięknie się umiał wtedy zachować. Po przedstawieniu suflerka mówi: Grzesiu, pan Gustaw cię prosi na chwilę do siebie do garderoby. Wchodzę, Gustaw na mnie spojrzał i powiedział: "Synu, na rany Chrystusa! Zlituj się!". I to wszystko. Więcej nie musiał mówić. Następnego dnia już grałem normalnie. Po kilku latach mozolnego wspinania się po tych szczebelkach, po którejś premierze podszedł do mnie Jurek Kamas i powiedział: "Wiesz co, mów mi od dzisiaj Jurku". W tym było wszystko - akceptacja, danie do zrozumienia, że człowiek coś sobą zaczyna reprezentować i ogromny zaszczyt. W hierarchiczności teatralnej nie ma nic złego, a dzisiaj jest potwornie gwałcona - wszyscy na dzień dobry się "tykają". Strasznie mi to przeszkadza. Ludzie omijają pewien konwenans, który jest piękny. Przepraszam, znowu będę nieprzyzwoity: to jest jak seks bez gry wstępnej.

Zgadzam się z panem.

- Burzona jest intymność pewnych spotkań. Na przykład rotacja w garderobach. W Ateneum był tak zwany "tramwaj" - wąski korytarz z małymi garderobami i dwie duże garderoby. Tuż po studiach trafiłem do "stodoły", do tej dużej garderoby, gdzie było wielu aktorów. Minęło kilka lat, przeniosłem się do garderoby, w której była nas piątka. Po kilku kolejnych latach, pan Leonard Pietraszak powiedział: "Jest obok mnie wolne miejsce w mojej garderobie, może kolega ma ochotę się przenieść?". Jestem w tej garderobie do dziś. Są tam trzy stanowiska, trzy lustra, trzy krzesełka.

Leonard Pietraszak nie gra już w zespole Ateneum, więc kto zajmuje pozostałe?

- Teraz ja z kolei zaprosiłem młodszego aktora, Bartka Nowosielskiego. Jest też z nami Tomek Kozłowicz, o rok starszy ode mnie kolega. W garderobie obok siadywał zawsze Gustaw Holoubek, który z kolei zaprosił Piotrka Fronczewskiego. Teraz to jest garderoba, w której jest Piotrek Fronczewski, a przy Piotrku siedzi Krzysiek Tyniec. I to wszystko ma i miało sens, ale zauważam niestety, że dziś to już nie ma znaczenia. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł przy każdym spektaklu wychodzić na scenę z innej garderoby. Teatr to jest mój drugi dom, mam tam swoje miejsce. Mam kilka zdjęć, swoje fetysze, kilku rzeczy muszę dotknąć.

Jakie fetysze?

- Mam fotografię dyrektora Warmińskiego, fotografię Gustawa, mam napis po słowacku: "Nie je nám to jedno" (Nie jest nam wszystko jedno).

Od tego przyjaciela?

- Tak. I jeszcze napis: "Aniele Boży, stróżu mój".

Tego wszystkiego dotyka pan przed wejściem na scenę?

- Tak, tuż przed wejściem. Mam swoje rytuały. Pół godziny przed spektaklem zawsze biorę prysznic. Mówię wtedy, że zmywam z siebie miasto. Po wyjściu spod prysznica nie odbieram już żadnych prywatnych telefonów, staram się nie rozmawiać o byle czym. Koncentruję się na zadaniu, które mam do wykonania. Nie byłbym w stanie "Nastasji" grać, gdybym wbiegał na scenę niemalże z ulicy. Bo stopień koncentracji i wewnętrznego rozwibrowania, z którym Myszkin wchodzi na scenę, to jest proces, który się musi wydarzyć wcześniej.

Czy ma pan w Ateneum swoje ulubione miejsce poza garderobą i sceną?

- Tak, bardzo lubię przesiadywać u Joasi Ciepiel, sekretarki teatralnej, która pracowała w teatrze już gdy do niego przyszedłem, była wtedy bardzo młodą dziewczyną po polonistyce. Czasami jak nie ma prób, to wpadam do niej i prowadzimy sobie różne śmieszne rozmowy. Czasami wpada też dyrektor [Andrzej Domalik], z którym jesteśmy w dobrych, mocno przyjaznych stosunkach, których żadna ze stron nie nadużywa i oni sobie palą papieroska, pijemy kawę i rozmawiamy na przeróżne tematy, niekoniecznie związane z teatrem. Poza tym bardzo lubię przebywać w towarzystwie montażystów, oświetlaczy. Lubię sobie z nimi posiedzieć i posłuchać o czym rozmawiają. Nie zawsze o rzeczach przyzwoitych, ale to są bardzo cenni ludzie. Janusz Warmiński miał swojego ukochanego garderobianego, z którego zdaniem się niezwykle liczył. Był to prosty, cwaniakowaty typ z Powiśla, z zaczesanymi do tyłu na pomadę włosami, taki szpenio przedwojenny, pan Jasio Kłos. Zakończył zresztą życie w teatrze - zmarł w jednej z garderób. Jeszcze przez parę lat po jego śmierci znajdowaliśmy poutykane po szufladach słoiki z peklowanym mięsem, ze śledziami - żona go wyposażała w to wszystko. Warmiński go zawsze sadzał kilka rzędów za sobą jak odbierał przedstawienie przed premierą. Po obejrzeniu próby generalnej, zanim się zwrócił z omówieniem do zespołu, odwracał się i pytał: "No jak, panie Jasiu? Będzie coś z tego?". I co Jasiu Kłos powiedział, zawsze się sprawdzało. "Panie dyrektorze, będzie sukces" i dyrektorowi spadał kamień z serca. Albo "Panie dyrektorze, czarno to widzę". Jeszcze tych ludzi teatru trochę zostało. Mądry dyrektor chucha i dmucha na takich ludzi, głupi dyrektor takich ludzi się pozbywa.

Czy jest w pana życiu miejsce X, o które nie mogłam zapytać?

- Są takie miejsca, niezwykle dla mnie ważne, ale wiem, że nie chciałbym się w nich znowu znaleźć. Pierwsze takie miejsce to jest szkoła podstawowa na Żoliborzu. Mam cudowne wspomnienia z nią związane.

Nie chciałby pan jej odwiedzić, żeby nie zburzyć obrazu ze wspomnień?

- Tak. Być może doznałbym jakiegoś szoku, zderzając mój obraz z rzeczywistością. Z tego co wiem ludzie przeżywają często ogromny zawód, kiedy wracają do różnych miejsc. Jest taka teoria dotycząca kresów. Dla wielu ludzi są wyidealizowaną krainą mlekiem i miodem płynącą, podczas kiedy wiadomo z różnych dobrych, przedwojennych fotografii, że bardzo często były tam rynsztoki, brud, smród i bieda. Dla mnie takimi kresami jest moja szkoła podstawowa. Nie byłem w niej, odkąd ją skończyłem. Drugie takie miejsce, to dom, gdzie od początku lat 60. mieszkali moi dziadkowie, rodzice mojej mamy - w Nowym Jorku, w dzielnicy Queens. W takim typowym amerykańskim budynku z czerwonej cegły, z czasów Ala Capone i prohibicji. Jako chłopiec jeździłem tam prawie co wakacje. Mam ten dom sfotografowany w głowie. Pamiętam dźwięk dzwonka, zapach na klatce schodowej.

Jaki był za zapach?

- Mieszanina kuchni chińskiej, indyjskiej, włoskiej i żydowsko - galicyjskiej austerii, bo byli tam emigranci z całej Europy, Irlandczycy, Żydzi rosyjscy z Odessy, Chińczycy, a dozorcą był Portorykańczyk. Wiem, że nigdy tam nie wrócę. Dziadkowie już nie żyją, mieszka tam ktoś inny. Chociaż może mi kiedyś przyjdzie do głowy taki szalony pomysł, żeby się wybrać do Stanów, do Nowego Jorku i odwiedzić dom, w którym w dzieciństwie spędzałem wakacje. Numer mieszkania 4J. Żółte drzwi malowane olejną, błyszczącą farbą. Eklektyzm, mrok tego budynku. To jeszcze pamiętam. Trzecie takie miejsce wiąże się z dość traumatycznym wydarzeniem, bo to jest miejsce w którym miałem spotkanie z duchem, a byłem do tego czasu bardzo sceptycznie nastawiony do ezoteryki i zjawisk nadprzyrodzonych.

?

- W Józefowie Lubelskim, do którego przyjechałem z żoną (na szczęście mam świadka!) mieliśmy spotkanie z duchem na strychu jednego z budynków. I tam bym nie chciał nigdy wrócić, bo to było straszne.

***

Rozmowa powstała w ramach projektu stypendialnego "Altas map biograficznych" (2015), finansowanego przez m.st. Warszawę.