powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Życie to nie je bajka

"Randka z feministą" Samanthy Ellis w reż. Michała Derlatki w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Was.

"Gramy latem" - tym hasłem Teatr Wybrzeże zaprasza wakacyjną publiczność na spektakle na scenach przy Świętego Ducha, w Sopocie i w Pruszczu Gdańskim. Rokrocznie z okazji kanikuły teatr pod wodzą Adama Orzechowskiego przygotowuje nowe premiery, choć stara się również przypominać przedstawienia, które w repertuarze pojawiają już rzadko. W tym roku w lipcu i w sierpniu można było zobaczyć między innymi głośny "Portret damy" Eweliny Marciniak powstały w roku 2015 i "Statek szaleńców" Nikołaja Kolady z roku 2014. Obydwie inscenizacje zagrane przy pełnych kompletach na widowni zostały entuzjastycznie przez publiczność przyjęte. Owacje były jak najbardziej słuszne, albowiem zarówno doskonale wyreżyserowane widowisko Marciniak, jak i Kolady stoi doskonałą grą całego gdańskiego zespołu. O sukcesie "Portretu damy" decyduje nie tylko zjawiskowa scenografia, kostiumy i reżyseria światła Katarzyny Borkowskiej czy muzyka na żywo grupy Chłopcy contra Basia, ale przede wszystkim znakomita obsada, a w niej trudne do zapomnienia role Katarzyny Dałek (Isabel Archer), Katarzyny Michalskiej (Henrietta Stackpole), Małgorzaty Breiner (Służąca), Agaty Bykowskiej (Anna Molyneux) czy Sylwii Góry Weber (Madame Serena Merle). Nie inaczej jest w "Statku szaleńców", gdzie wielką kreację stworzyła Ewa Jendrzejewska w roli Pani Niny (szkoda, że ta aktorka tak rzadko pojawia się na scenie Wybrzeża), a obok niej Michał Kowalski jako Waldemar czy Maciej Konopiński w roli Anwara. Tym większa szkoda, że jak się dowiedziałem już po obejrzeniu sierpniowego spektaklu było to pożegnanie z tym właśnie tytułem. Mam nadzieję, że ten sam los spotka niebawem "Tresowane dusze", które pokazane w tym samym czasie na Malarni objawiły nie tylko słabość reżyserskiej koncepcji Adama Orzechowskiego, który nie znalazł pomysłu na przywrócenie scenie tego zapomnianego dramatu Gabrieli Zapolskiej, ale przede wszystkim były blamażem Katarzyny Figury - aktorka z tak chorym i zdartym gardłem po prostu nie powinna pojawić się tego dnia na scenie. I fakt ten w kontekście tak doświadczonej artystki odnotowuję nie tylko z ogromnym smutkiem, ale i z zażenowaniem.

Wróćmy jednak do premiery, która została przygotowana z myślą o wakacyjnym, czyli lekkim, komediowym i rozrywkowym repertuarze. Na Scenie Kameralnej w Sopocie można było zobaczyć "Randkę z feministą" Samanthy Ellis w reż. Michała Derlatki. Mnie udało się obejrzeć przedstawienie z Joanną Kreft-Baką oraz Krzysztofem Matuszewskim i powiedzmy od razu szczerze, że nie był to wieczór stracony (w drugiej obsadzie grają Anna Kociarz i Maciej Konopiński). Głównie dzięki sprawnej reżyserii i dobrze poprowadzonym aktorom, którzy z przymrużeniem oka bawią się swoimi rolami. Każdy z nich gra po trzy postaci, a wszystkie transformacje i kostiumowe przebiórki odbywają się na oczach widzów. Derlatka postawił na odkrycie przed publicznością całej teatralnej maszynerii, co nadaje temu komediowemu widowisku dodatkowej pikanterii. Rzecz dzieje się w zawrotnym tempie, jest dynamiczna, żywiołowa i nie daje wytchnienia zarówno samym wykonawcom, jak i publiczności, która dopiero po wyjściu na sopockie molo znajdzie wreszcie chwilę, by podczas spaceru zastanowić się jak bardzo można się zmienić dla i wobec drugiego człowieka, jak daleko może się posunąć mężczyzna w próbach zdominowania kobiecej natury i na ile determinacja kobiety potrafi doprowadzić ją do upragnionego czy wymarzonego mężczyzny. Albowiem "Randka z feministą" nie jest tylko dostarczycielką łatwej i prostej rozrywki, stara się też nie zapominać i o tym, że nawet w chwilach niczym nie skrępowanego śmiechu również warto poddać się skłonności do refleksji.

Galeria postaci, w jakie wcielają się Kreft-Baka i Matuszewski jest naprawdę imponująca - ona raz jest delikatną Kate, by za chwilę przedzierzgnąć się w rzeźbiarkę, co to nie da sobie w kaszę dmuchać, wreszcie w Morgan, która jak przystało na byłą hipiskę lubi sprzeciwiać się dominującemu w danej chwili stylowi życia. On najpierw pojawia się jako tytułowy feminista - niepewny, spłoszony i ciapowaty, później staje się rygorystycznym Żydem, w międzyczasie musi wcielić się w pozbawionego skrupułów casanovę. Razem, łącząc się w pary, budują różne odmiany uczuć, do tego okraszone ciągłymi ucieczkami, powrotami i zmiennością nastrojów. Dla tych nagłych i osobliwych zwrotów akcji warto "Randkę z feministą" zobaczyć, by jednocześnie przekonać się, że miłość może pojawić się ni stąd ni zowąd, ale zawsze warto się jej poddać, a nawet - krzyżując czasem miecze - o nią walczyć.