powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Rozpadanie

Plakat do najnowszego spektaklu Árpáda Schillinga w Teatrze Powszechnym w Warszawie przedstawia mapę Polski jakby ze szkła - to kraj wyraźnie popękany. Wschodnia ściana odpada od reszty. Małopolska osuwa się w czarną otchłań. Tytuł "Upadanie" potęguje wrażenie rozpadu - pisze Piotr Ziółkowski z Nowej Siły Krytycznej.

Dyrekcja teatru sięga po sprawdzony "Klątwą" Olivera Frljicia patent - zaprasza do opisu stanu polskiego społeczeństwa reżysera cudzoziemca i zarazem odszczepieńca. Tym razem Węgra, wykluczonego z rodzimych scen za działalność zbyt niewygodną dla władzy. Dystans jaki wiąże się z zewnętrznym spojrzeniem, również tym razem okazuje się potrzebny. Schilling podobnie jak Chorwat Frljić ma dobre ucho do wyłapywania gorączkowych spraw tłamszących naszych rodaków. Plakatowy obraz Polski dzielnicowej to świetny portret do wydarzeń jakie miały miejsce miesiąc po premierze, kiedy filarom państwa demokratycznego groził rozpad.

Politycy lubią powtarzać, że Polska to jeden dom i wspólna rodzina. W myśl tego hasła, Schilling do opisu zjawisk w skali makro decyduje się przedstawić sprawy w skali mikro. W końcu wszelkie bolączki jakie napotyka najmniejsza komórka społeczna (rodzina) znajdują odzwierciedlenie w szerszym kontekście. "Upadanie" to dramat rodzinny. Historia siedmiu bohaterów połączonych więzami krwi, przyjaźni lub doświadczenia tego samego wydarzenia.

Oś relacji wyznacza inteligenckie małżeństwo - Ewa (świetna Ewa Skibińska) i profesor Arek (Arkadiusz Brykalski). Kryzysy rozwiązują za pomocą ostrego seksu lub wyjścia do teatru. Ślepo wierzą w postęp i liberalne poglądy. Granice wolności sięgają daleko. Arek ukrywa przed żoną homoseksualny związek ze swoim studentem Julkiem (Julian Świeżewski). Ich córka Ania (Anna Ilczuk) zna tajemnicę ojca i nie kupuje ściemy jaką jej proponuje, serwując opowiastki o konieczności ratowania rodziny w imię wyższego dobra. Arek powtarza: "wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono", chcąc podważyć doświadczenia nastoletniej córki, która siłą rzeczy wielu sytuacji granicznych przeżyć nie mogła. Dlatego też Ania woli jasne sytuacje i kontrastowe kolory. Czarne jest czarne, a nie białe, do cholery, zdaje się wykrzykiwać, słysząc kolejne wymówki ojca lub usprawiedliwienia wujka.

Ten ostatni (Michał Jarmicki) to typowy Janusz z internetowych memów (używając pogardliwych porównań). Jako przedstawiciel grupy, która nie załapała się do pociągu z napisem transformacja, wiecznie szuka pracy i pomocy u innych. Finansową zapewnia mu siostra Ewa, odkupującą wyrzuty sumienia z powodu społecznej pozycji brata solidnymi przekazami pieniężnymi. Poważnym strapieniem Michała jest córka Klara (Klara Bielawska). To niełatwy przypadek. Ma wątpliwości co do zapewnień miłości swojego chłopaka Wiktora (Wiktor Loga-Skarczewski) i co do swojej sytuacji mieszkaniowej - ciężko mieszkać z ojcem przebywającym na stałym bezrobociu i dzielić z nim kilkunastometrowe lokum. Do tego spodziewa się dziecka. Z rozwiązaniem (bynajmniej nie naturalnym a materialnym) znów przychodzi ciotka. Kolejna subwencja ma zasponsorować bratanicy aborcję i wyciszyć jej wątpliwości. Gotówka nie jest jednak lekiem na całe zło, jej ciągły brak doprowadzi do tragicznego finału z samobójstwem w tle.

Każdy z bohaterów nosi autentyczne imię aktora grającego daną rolę. To ciekawy ruch reżysera, który wielokrotnie podkreślał czynny udział zespołu w tworzeniu sztuki. Tekst powstawał w trakcie prób w toku aktorskich improwizacji. Schilling tak konstruuje każdą z postaci, że żadna z nich nie jest jednoznacznie dobra ani zła, wzbudza sympatię w jednych scenach a w innych przeciwne uczucia. Korelacje między bohaterami mogą stanowić kanwę zarówno scenariusza kilkusetodcinkowej telenoweli, jak i dramatu z rodowodem Czechowowskim. Trudno jednak zgodzić się z argumentem powtarzanym w recenzjach, jakoby "Upadanie" było jedynie dramatem pokazującym hipokryzję mieszczaństwa i wyznawane przez nie wartości. Nie miałbym nic przeciwko przedstawicielom tej grupy, gdyby byli równie postępowi co Arek i Ewa. Jednak małżeństwu, które po kłótni chce pójść wspólnie do teatru, dużo bliżej do bohaterów "Kto się boi Virginii Woolf" Edwarda Albee'go niż do moralności Dulskiej. To ma znaczenie, ponieważ Schilling wyraźnie przygląda się przedstawicielom różnych grup społecznych i stara się opisać punkty zapalne każdej z nich. Dla związku Klary i Wiktora będzie to kwestia aborcji, dla Julka tolerancji dla jego tożsamości seksualnej, dla Ewy formy ekspresji indywidualnego wyboru.

Jednak pytanie, na ile umiejętnie to przedstawiono, pozostaje otwarte. Schillingowi nie w pełni udało się przełożenie psychologicznych portretów postaci na socjologiczny obraz mający ukazać splot zbiorowych problemów odnajdowanych w historiach poszczególnych bohaterów. Minusem spektaklu jest przedstawianie postaci w sposób papierowy i stereotypowy. Porażką okazało się budowanie złożonych porterów psychologicznych. Zbyt łatwo przychodzi widzowi przypisanie jednoznacznych postaw jakie prezentuje każdy z bohaterów i wartości jakie może wyznawać. Widać to szczególnie, gdy bohaterowie "Upadania" mówią językiem jakby wprost z raportów analiz społecznych. Słuchając Arka, szukającego źródeł prawicowej bonanzy w porzuceniu przez inteligencję tradycyjnych wartości i pojęć jak naród, ojczyzna czy tradycja, które stały się kanwą dla odradzającego się nacjonalizmu, należałoby zrobić od razu przypis do badania socjologicznego Janusza Czapińskiego, czyli "Diagnozy Społecznej".

Rolą artysty nie jest jednak precyzyjne opisywanie zjawisk społecznych i umiejętne ich definiowanie a raczej ich portretowanie i to zadanie Schilling wykonuje świetnie. "Upadanie" to nie wytykanie rzekomo mieszczańskiej hipokryzji, a raczej ukazywanie rozpadu wartości i tożsamości jednostki, którą te wartości tworzyły. Jeżeli rzeczywiście jesteśmy w okresie Baumanowskiego interregnum (okres przejściowy pomiędzy znanym a zupełnie nowym i nieznanym porządkiem społeczno-politycznym), to rozpadanie starego świata jest koniecznym elementem rozwoju, a "Upadanie" jego trafnym obrazem.

Intrygująca jest również forma sztuki. "Upadanie" to rzadko spotykany we współczesnym teatrze klasyczny dramat z wyraźnym podziałem na role i sceny pełne tekstu, w którym brak teatralnego eksperymentu. Dla stałej widowni Teatru Powszechnego, która na tych samych deskach jeszcze kilka tygodni wcześniej mogła zobaczyć "Klątwę" Frljicia czy spektakle Mai Kleczewskiej, musi to stanowić duże wytchnienie i zaskoczenie.

Również sława Schillinga jako reżysera awangardowego może stać w kontrze do teatru bulwarowego, jaki otrzymuje widz jego warszawskiej premiery. Konserwatywny, zdawałoby się, zwrot Schillinga to niekoniecznie zmiana wartości i chęć przypodobania się tradycyjnej publiczności. W geście powrotu do bardziej tradycyjnych form uprawiania tego rodzaju sztuki upatrywałbym raczej chęci odwzorowania zmiany w nastrojach społecznych obserwowanych w wielu rozwiniętych państwach. Przekładają się one na wybory polityczne promujące postawy coraz bardziej nacjonalistyczne, gdzie izolacjonizm zajmuje miejsce otwartości a spójność światopoglądowa różnorodności.

I chociaż ten konserwatywny zwrot (póki co) nieobecny jest jeszcze na deskach innych artystycznych scen w Polsce, to nie oznacza, że Schilling obwieszcza koniec awangardy. To zwrot powtarzający zmianę, jaka zachodzi od kilku lat w sztukach wizualnych, w których widoczne jest odejście od konceptualizmu na rzecz tradycyjnie rozumianej plastyki i form plastycznych. Innymi słowy, gest Schillinga to gest otwarcia, chęci dialogu z nową publicznością, zaproszenie do uczestniczenia w teatrze nawet tych, którzy jeszcze przed chwilą pod nim tylko skandowali.