powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Wspomnienie

Michał Melina miał rozliczne talenty i zdolności. Był aktorem, dyrektorem teatrów, dziennikarzem, reżyserem dramatycznym i specjalistą reżyserii radiowej, wytrawnym człowiekiem interesu, niepoprawnym gawędziarzem, ostrożnym i przewidującym politykiem, filozofem po trosze. Nade wszystko jednak był mędrcem - pisał Erwin Axer w "Listach ze sceny".

Nie wiedziałem jeszcze nic o tym, gdy w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym przyjmował mnie za kulisami swego teatru nie ogolony, w starym szlafroku. Nie wiedziałem o tym, gdy z zarozumiałym zuchwalstwem młodości prawie przemocą zająłem miejsce u jego boku w łódzkim Teatrze Kameralnym.

W żadnym innym czasie spółka taka jak nasza nie mogłaby powstać. Chwila sprzyjała ponad miarę ludziom młodym i nowym, nie sprzyjała pokoleniu Michała Meliny. Bronił zaciekle małego, stworzonego przez siebie teatrzyku, z większą jeszcze zaciekłością zdobywanego przeze mnie i kilku moich rówieśników. W pewnej chwili, gdy szala ważyła się na obie strony, stanął pomiędzy nami układ, który dopiero śmierć zerwała. I to jak mi się wydaje - niezupełnie.

W czasie tych dziesięciu ubiegłych lat byliśmy z początku związani paktem o nieagresji współpasażerami jednej podróży, potem wspólnikami, później towarzyszami broni, potem - jak sądzę - przyjaciółmi.

Przez dziesięć lat, które były dla mnie niemal pierwszymi w teatrze, które stały się jego ostatnimi w życiu, nie rozstawaliśmy się prawie wcale. Prowadziliśmy przez ten czas kolejno trzy teatry, które właściwie były jednym teatrem i prowadziliśmy wiele rozmów, które właściwie były jedną, przerywaną tylko z powodu różnych drobnych przeszkód, rozmową. Toczyła się ona w gabinecie, na ulicy, w aucie, pod bramą jego lub mojego domu, przy niekończącym się wzajemnym odprowadzaniu, rano, wieczorem i w południe.

Nie wytrwała ta rozmowa nigdy przy praktycznym temacie, pod którego wezwaniem się rozpoczęła. Od dawna parę słów wystarczało nam w sprawach teatru. Czasem spojrzenie lub gest. Kiedy inni myśleli, że wykuwamy dalekosiężne plany, my pogrążeni byliśmy w niekończących się dygresjach. To znaczy, że Melina mówił, a ja, jakkolwiek nie należę do grona milczących - słuchałem. Miał umysł rozumny i praktyczny, bogaty doświadczeniem, wykształcony na klasycznych pisarzach, niepodatny przesądom, odporny na presję. Miał rozliczne słabostki, które powiększały jego niewątpliwy wdzięk i plastycznie pozwalały występować zaletom. Wywierał na mnie wpływ poważny, kształtował w dużej mierze sąd o ludziach i sprawach. W opinii współpracowników i kolegów utworzył się pogląd, podług którego w naszym duumwiracie on reprezentował chłodne wyrachowanie i bezwzględność działania, ja cieplejsze, bardziej popularne właściwości. W rzeczywistości było raczej przeciwnie. Jeżeli zmierzające do sukcesu działanie trudno pogodzić z namysłem ugruntowanym w poglądach moralnych, jeżeli mimo wszystko próby jednoczenia obu tendencji widoczne były w naszym postępowaniu, to właśnie Melina reprezentował dystans, namysł i równowagę filozoficznego obserwatora. Obserwacja nie oznacza tu jednak bezczynności. Filozofia nie oznacza bezstronności.

Z nieomylnością, która graniczyła z cudotwórstwem, przenikał ludzi, którzy weszli w orbitę jego wzroku. Odgadywał ich właściwości, rekonstruował losy, przewidywał przyszłość, oceniał wartość. Wielkie doświadczenie, kunszt spostrzegania, ostra inteligencja połączona z bardzo żywym zainteresowaniem dla istoty ludzkiej - zainteresowaniem, które było najistotniejszą może cechą jego umysłowości - to właśnie czyniło z niego mędrca i czarownika na wzór owych bardzo mądrych rabinów, do których po radę zjeżdżali się ludzie z całego kraju.

Z tej sztuki swojej korzystał i dla osobistych celów, i w wyższym stopniu dla teatru, niewielkiego może, ale przecież dziwnie trwałego i żywotnego jak na ten czas martwoty i nietrwałości, w najwyższej zaś mierze dla obrony wszystkiego, co było słabe, chore, wytrącone z toru, nieszczęśliwe, a co pojawiło się w zasięgu jego działania. Ten ostrożny człowiek, skłonny do kompromisu, przewidujący, pełen gorzkiej wiedzy o czasie i świecie, w którym mu żyć wypadło, stawał się bezkompromisowym ryzykantem, zapalczywym szermierzem, gdy chodziło o egzystencję wyszydzonych, bezbronnych istot. Dostrzegał wartości, których inni nie widzieli, piękno wewnętrzne ukryte przed wzrokiem pospolitszych od niego ludzi i słabość samą w sobie godną obrony. Posiadał bowiem, będąc zapewne agnostykiem, ten głębszy zmysł religijny, który kazał mu z nieukrywanym lekceważeniem oceniać nie widzący "żadnych duchów w świecie", płaski, prymitywny ateizm; zmysł, który pozwalał mu widzieć nie tylko w Tołstoju i Goethem, ale i w Bernardzie Shaw na przykład religijnego czy duchowego, jeśli kto woli - pisarza. Posiadał niezachwianą wiarę w cnoty, wiarę, która kazała kiedyś jemu, sceptykowi i relatywiście, dyplomacie i graczowi, z najgłębszym oburzeniem zawołać na próbie do młodego naszego kolegi, co satyrę na fałszywie praktykowane cnoty chciał czy próbował zastąpić satyrą na cnotę samą: "A cóż to pan sobie myśli, panie, że dobroci i sprawiedliwości wcale nie ma? Że to wymysł? Oszustwo?"

Nigdy z ust żadnego moralisty ani filozofa nie usłyszałem słów bardziej w swojej oczywistości przekonywających i głębiej świadczących o człowieku, co je wypowiedział.

Pół roku temu Michał Melina odszedł nie ukończywszy naszej rozmowy. Ani tej dłuższej, ani owej przelotnej o wiedeńskim Burgu, którą prowadził z głębiny swego łoża, na wpół unieruchomiony chorobą, pełen stoicyzmu, jakkolwiek kołysany na przemian nadzieją życia i przewidywaniem śmierci. Doświadczenie poucza mnie, że odszedł na zawsze, a przecież otaczają mnie jego gesty, słyszę słowa i widzę uśmiechy.

Przed kilkoma tygodniami zdarzyło się, że w czasie próby generalnej nie byłem obecny na scenie w chwili, gdy toczyły się spory o pewne korektury akcji. "Gdzie dyrektor?" - zapytał któryś z aktorów. Znana z dowcipu koleżanka odpowiedziała bez wahania: "Poszedł naradzić się z Meliną".

Niechaj moim bardzo nie wystarczającym hołdem, złożonym cieniom Michała Meliny, będzie wyznanie, że to była szczera prawda.

październik 1956