powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Trump trump misia bela

Warszawska wizyta Donalda Trumpa wywarła zaskakująco duży wpływ na warszawską Akademię Teatralną i organizowany przez nią Międzynarodowy Festiwal Szkół Teatralnych "Itself". W czasie jego uroczystego zamknięcia dziękowano za "niespodziewany patronat prezydenta USA", a jeszcze przed otwarciem rektor Akademii Wojciech Malajkat napisał do Donalda Trumpa list - pisze Dariusz Kosiński.

Przeczytawszy go na e-teatrze wpadłem w zadumę nad ryzykowną dwuznacznością ironii. Czas mijał, Festiwal się skończył, ale wakacyjnie zwichrowana wyobraźnia nie próżnowała i w końcu podsunęła mi taką oto wizję odpowiedzi.

Szanowny Panie Rektorze (wątpię by w Stanach znano formułę Wasza Magnificencjo...)

Z radością i wielkim zadowoleniem przyjąłem Pana list, który wprawdzie formułuje pod adresem mojej administracji pewne pretensje, ale zarazem niezwykle celnie ujmuje charakter i znaczenie mojej osoby oraz właściwy mi sposób oddziaływania na Wielki Teatr Świata. Bez fałszywej skromności, której wyzbyć się powinien dziś każdy polityk, przyznaję Panu rację: sama moja obecność w pobliżu kierowanej przez Pana Akademii istotnie uświetniła organizowany przez Państwa Festiwal i na zawsze opromieniła mury Waszej Uczelni. Stało się to na zasadzie radiacji charyzmy, który to proces (opisany przez specjalistów z theonion.com) może być świadomie regulowany w taki sposób, że promień osobowościowy trafia w wybrane miejsca. Umiejętność tę opanować powinien każdy aktor - mnie nauczyli tego amerykański gwiazdor Clint Eastwood oraz znany rosyjski artysta Żerard Depardie. W czasie mojej wizyty w Polsce rzeczywiście - co tak przenikliwie Pan rozpoznał - chciałem skierować część mocy mojej charyzmy ku Akademii Teatralnej (tylko część niestety - coś musiałem też wysłać w stronę rządu, narodu i kamer telewizyjnych). Celem tego działania było oddanie hołdu wielkiej przeszłości teatru polskiego oraz rzeczywiste wsparcie wysiłków garstki niezłomnych na rzecz podniesienia go z upadku.

Zanim przedstawię mój plan, muszę jednak prosić Pana Rektora o wybaczenie za nieszczęsną ingerencję w program organizowanego przez Państwa Festiwalu. Niestety tak to już jest w prawdziwej polityce, że nie ma dymu bez wiórów, które lecą, gdzie drwa rąbią - jak mawiał bohater mojej młodości, polski mędrzec i detektyw, inspektor Banaczek. By móc znaleźć się jak najbliżej Akademii Teatralnej, a przez to najsilniej oddziałać na Państwa, musiałem wybrać nieodległe miejsce i czas, kiedy będziecie w murach Waszej Uczelni. Byłem i jestem przekonany, że właśnie prezentacje amerykańskich gości Festiwalu oraz wykonania pieśni musicalowych stanowiących prawdziwe dziedzictwo amerykańskiej kultury zgromadziły przy Honey Street największe grono ludzi, którzy powinni być poddani zbawczemu działaniu mojej charyzmy. Ta pozorna niedogodność była w istocie błogosławionym darem dla polskich artystów od ich amerykańskiego wielbiciela.

To, co bowiem leży mi prawdziwie na sercu (i to bardzo wysoko w mojej hierarchii - tuż po odpowiednim odcieniu opalenizny), to przyszłość polskiej sceny. Przez stulecia - od Heleny Modjewskiej po Kazimierza Browna - polski teatr kształtował, zasilał i prostował ścieżki teatru amerykańskiego. Prawda ta wciąż czeka na powszechne uznanie, ale my - jako prawdziwi znawcy - już teraz możemy otwarcie powiedzieć, że Polacy - tuż po tym, jak nauczyli Francuzów jeść nożem i widelcem - otworzyli Amerykanom oczy na wspaniałość sztuki scenicznej. And now it's payback time! Nie tylko więc możecie Państwo liczyć na moją wzajemność i wsparcie, ale wręcz musicie stać się beneficjantami mojego planu odnowy polskiego teatru.

Korzystając z tej okazji pozwolę sobie przedstawić Panu jego główne punkty, w nadziei, że za Pana pośrednictwem zostaną one upowszechnione w całym środowisku teatralnym. Z radością i satysfakcją przyjąłem podjęte przez polski Rząd i wspierające go władze lokalne działania na rzecz likwidacji agentur komunistyczno-pornograficznych, jakie zalęgły się w niektórych polskich teatrach, w tym kontekście nazywanych trafnie - publicznymi. Teatr taki istotnie zastąpić trzeba tym, czego ludzie naprawdę chcą. A kto inny wie najlepiej, czego ludzie chcą, jeśli nie ich przywódcy? Więc zamiast tego teatru - excusez le mot - publicznego, stwórzmy wspólnie prawdziwy teatr o istotnie masowym zasięgu. Skoro adepci Państwa Akademii już na egzaminach wstępnych śpiewają nieśmiertelene utwory Hammersteina i Lloyda Webera, to mamy zdrowe fundamenty pod przyszłą odnowę. Jest jeszcze czas, by zawrócić z błędnej ścieżki obranej w Krakowie, gdzie z niejasnych powodów wybrano model brytyjski, zdominowany przez smutne sztuki faceta, który miał czelność napisać dramat ze sceną udanego zamachu na mnie. Nie idźmy tą drogą! Wybierzmy prawdziwe wzorce i stwórzmy wspólnie Broadway Narodowy!

Będzie to wzorcowe połączenie tradycji polskich i amerykańskich: teatr realizujący narodową misję i ekonomicznie opłacalny (nie inwestuję swojego czasu i talentów w przedsięwzięcia nieopłacalne). Jego ostateczny kształt opracują specjaliści, których w Polsce jest tak wielu, że są w stanie wypełnić swoimi gorącymi propozycjami naprawdę spory plac w sąsiedztwie Stadionu Narodowego. W mojej wizji jest to nie jeden teatr - ale cała ich aleja, którą widzę, jak biegnie w miejscu ulicy tego komunisty Schillera od Państwa Akademii ku odnowionemu Teatrowi Narodowemu (coś tam po drodze trzeba będzie wyburzyć, ale to drobiazg - Ameryka zapłaci, a pozyskany w ten sposób materiał przyda nam się do budowy muru na granicy z Meksykiem). Oczyma wyobraźni widzę rozświetloną setkami neonów ulicę, na której obok siebie Janusz Józefowicz wystawia "Metro 2" - musical o drugiej linii warszawskiej kolei podziemnej, a Wojciech Kościelniak adaptację autobiografii Ryszarda Czarneckiego. Wycieczki dziatwy szkolnej karnie stoją w kolejce na poranne przedstawienie musicalowej wersji "Latarnika", a nastolatki piszczą na widok Justyna Bibera, który właśnie odniósł swój kolejny oszałamiający sukces jako Zbigniew Ziobro w scenicznej wersji serialu "Law and Order". Znajdzie się też oczywiście miejsce na mniejsze sceny, gdzie wystawiane będą klasyczne sztuki z polskiego i amerykańskiego kanonu. Tu wreszcie sprawiedliwości stanie się zadość i dyrekcję własnego zespołu otrzyma niezłomny obrońca wielkości amerykańskiego teatru, pomijana nawet przez prawicowy rząd ofiara teatralnego spisku o światowym zasięgu. Będzie też miejsce na eksperymenty w laboratoryjnym teatrze-klasztorze pod wezwaniem świętych Jerzych Zawłaszczonych. Wszystko będzie - nawet miejsce na off, off-off, off-off-off i puff-puff.

Jestem przekonany, że nie tylko Pan i kierowana przez Pana uczelnia zechcecie włączyć się w to wielkie dzieło, ale że stanie się ono wspólną kreacją zdrowej części środowisk teatralnych Polski i Stanów Zjednoczonych. Wspólnie kroczyć będziemy w świetlaną przyszłość w rytm znanych wszystkim pieśni i piosenek. Tomorrow belongs to us.

Donald Trump, Prezydent

Ps. Dzwonił właśnie Żerard - jest gotów zagrać Zagłobę.

***

Na zdjęciu: spektakl "Oszaleć z miłości" w reż. Shauna Peknika z Instytutu Teatralnego i Filmowego im. Lee Strasberga w Nowym Jorku, Międzynarodowy Festiwal Szkół Teatralnych iTSelF