powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Teatr ma być jak z bajki

- Życzę sobie, aby mój teatr kojarzył się ludziom z atmosferą bajkowości. Na pewno nie chciałabym wystawiać w nim sztuk ciężkostrawnych i dramatycznych. Zawsze starałam się pokazywać spektakle dla widzów w każdym wieku, adresowane do całych rodzin - mówi Anna Niedźwiedź, założycielka i dyrektorka Teatru Cortiqué oraz pierwszej w Poznaniu prywatnej szkoły baletowej.

Sebastian Gabryel: Niewiele ponad miesiąc temu na teatralnej mapie Poznania pojawiło się nowe miejsce. Teatr Cortiqué był Pani największym marzeniem?

Anna Niedźwiedź [na zdjęciu]*: Zupełnie nie! Od zawsze moim największym marzeniem i celem była odpowiednia edukacja najmłodszych - szkoła, sale baletowe i program nauczania. Sądzę, że w ciągu ponad dwudziestu lat udało mi się go wypracować. Marzenie o Teatrze Cortiqué ziściło się bardzo szybko i było ściśle związane właśnie z edukacją. Mój program nauczania przede wszystkim zakłada kontakt ze sztuką i praktykę sceniczną. Po wielu doświadczeniach ze swoimi uczniami, wiem, że taki model przynosi świetne rezultaty. Zarówno w przypadku osób, które nie planują wiązać sztuki z zawodem, jak i tych, którzy z baletu bądź akrobatyki planują uczynić swoją profesję. Praktyka naszych podopiecznych wyraźnie pokazuje, że duże doświadczenie posiadają już w chwili ukończenia szkoły. Kiedy usłyszeliśmy opinie pierwszych widzów Teatru Cortiqué, byliśmy pewni, że to nie może być scena szkolna. Po prostu szkoda byłoby marnować jej potencjał. Życzę sobie, aby mój teatr kojarzył się ludziom z atmosferą bajkowości. Na pewno nie chciałabym wystawiać w nim sztuk ciężkostrawnych i dramatycznych. Zawsze starałam się pokazywać spektakle dla widzów w każdym wieku. Nie tyle familijne, bo w Polsce kojarzą się one głównie z przedstawieniami dla malutkich dzieci, ale adresowane do całych rodzin. To na ich obecności zależy mi najbardziej. Na tym, aby Teatr Cortiqué był dla nich dobrym pretekstem do spotkań. Rozmów, które warto odbywać nie tylko przy niedzielnym obiedzie. Mam nadzieję, że to mi się uda.

W chwili otwarcia Teatru Cortiqué, Pani placówka stała się jedyną w Polsce szkołą baletową posiadającą profesjonalną scenę. Jak wygląda ta scena?

- To bardzo dobre pytanie, bo zanim powstała, odbyliśmy szereg dyskusji na temat tego, jak właściwie miałaby wyglądać. Pierwszy zamysł był taki, żeby w ogóle nie było sceny. W dzisiejszych czasach to dość powszechne, że artyści tańczą na podłodze. Jednak ja jestem tancerką, która bardzo szanuje pewne tradycje. Trudno jest mi wychodzić poza ramy konwencjonalnego podejścia do baletu, choć nie jestem w tym konsekwentna - w końcu kształt sceny, pozwalający widzom na oglądanie spektakli z trzech stron, nie jest specjalnie "baletowy" (śmiech). Zdawałam sobie sprawę, że stworzenie sceny wymaga dużych nakładów pracy i jeszcze większych kosztów, jednak nie wyobrażałam sobie, żeby otworzyć teatr bez czegoś tak magicznego jak scena! Jeśli zamiast niej jest podłoga, to - przynajmniej moim zdaniem - cała magia pryska. W naszym przypadku, scena ma około 100 metrów. Takie wymiary to optymalna przestrzeń dla baletu. Widz jest "odseparowany", a mimo to jest bardzo blisko.

Aula im. B. Czajkowskiego opierała się przed zmienieniem jej w pełnowymiarową przestrzeń teatralną? Były krew, pot i łzy? (śmiech)

- Wcale! Najbardziej zaskoczył mnie właściciel obiektu, który - na moje wielkie szczęście - również jest człowiekiem teatru, swego czasu pracował w poznańskim Teatrze Marcinek. Kiedy usłyszał, że w jego budynku ma powstać teatr, nie zadawał żadnych pytań. Otrzymałam od niego naprawdę duże wsparcie. Muszę przyznać, że najbardziej bałam się reakcji uczniów, ponieważ do tej pory przygotowywali spektakle i wychodzili z nimi "na zewnątrz". Obawiałam się, że mój pomysł na Teatr Cortiqué odbiorą jako plan stworzenia "miejsca do przedstawień szkolnych". Szybko okazało się, że martwiłam się zupełnie niepotrzebnie. Ich podejście najlepiej uosabia zdanie ośmioletniego ucznia, który pewnego razu wszedł, rozejrzał się i z uznaniem powiedział: "Pani dyrektor, no, teraz to tu jest nieziemsko!" (śmiech). Kiedy uczniom udzieliła się atmosfera tego miejsca, to poczuli duże zobowiązanie. Poczuli, że to właśnie oni będą tworzyć ten teatr. Dla mnie jako pedagoga, ich opinie były ogromnym sukcesem. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że moja praca ma sens. Druga sprawa, że taki kształt sceny pozwala im na zupełnie nowe doświadczenia. Nie ma możliwości, żeby poszeptać sobie z tyłu, w ostatniej linii, bo takiej po prostu nie ma (śmiech).

Francuskie słowo cortiqué oznacza człowieka o otwartym umyśle. Czy można powiedzieć, że jest ono kluczowe, jeśli chodzi o działalność Pani teatru?

- Jak najbardziej, z takimi uczniami mam przyjemność pracować, to są właśnie tacy ludzie. Szkoła jest popołudniowa, niektórzy przychodzą na zajęcia nawet pięć razy w tygodniu, a mają przecież wiele obowiązków w szkołach ogólnokształcących. To wyjątkowe osoby. One nie żyją według schematu "nic mi się nie chce". A ja jestem do nich tak przyzwyczajona, że czasem odnoszę wrażenie, że dzięki nim żyję w jakiejś bajce (śmiech). Jeśli tak rzeczywiście jest, to niech tak pozostanie.

Pani Szkoła Baletowa rozpoczęła działalność 23 lata temu. Dziś jest jedną z najbardziej prestiżowych szkół artystycznych w kraju. Jako powód jej założenia podaje Pani miłość do tańca i ludzi. To wystarczy, by osiągnąć sukces?

- Nie zastanawiałam się nad tym. Nigdy niczego nie kalkulowałam, nie snułam dalekosiężnych planów. Dziś dla mnie, jako dyrektorki, taki sposób myślenia jest dosyć problematyczny.

Nigdy nie czuła się Pani menadżerką z prawdziwego zdarzenia?

- Nigdy. Dlatego staram się otaczać ludźmi z pasją, wykształconymi w swoich dziedzinach, którzy wiedzą, w jaki sposób realizować moje pomysły. Nie ukrywam, że to dla mnie bardzo komfortowa sytuacja. Myślę, że nie jestem dyrektorem, którego się nie lubi, przynajmniej taką mam nadzieję (śmiech). Jesteśmy wspólnotą - ja nie istnieje bez tych ludzi i na odwrót. To taka nasza symbioza. Inna sprawa, że ja od dziecka chciałam wciąż czegoś nowego - kiedy dostawałam nową zabawkę, to od razu chciałam drugą (śmiech). Rodzice sądzili, że to raczej nie jest dobra cecha...

A okazało się, że można przekuć ją w coś pozytywnego.

- Tak, stąd tyle u mnie różnych projektów i premier. W trakcie finalizacji jednej, już myślę o kolejnej.

Co jest najtrudniejsze w przyciąganiu ludzi do kultury wysokiej?

- W dużej mierze tworzę spektakle dla siebie, co oczywiście może być różnie odbierane. Ja po prostu chcę, aby one były moje - prawdziwe, szczere wobec widza. To naturalne, że to, co robię, nie będzie podobać się wszystkim. Jeśli jednak tworzyłabym dla kogoś, pod kogoś lub - nie daj Boże - na zamówienie, to przypuszczam, że w ogóle by mi się to nie udało. Same pomysły wypływają najczęściej do uczniów - na postacie, choreografię i ogólną formę spektakli. Staramy się odzwierciedlać w nich dzisiejszą rzeczywistość, stąd przywiązujemy dużą wagę do oddziaływania na publiczność za pomocą różnorodnych bodźców. Chcemy, aby w naszych spektaklach widzowie za każdym razem odkrywali coś nowego. Przecież do teatru mamy wracać i to niekoniecznie na nowe sztuki. Sama często tak robię. Dobrze pamiętam spektakl, po obejrzeniu którego wprost oszalałam na punkcie baletu, teatru i procesu jego tworzenia. To był "Faust goes rock" Polskiego Teatru Tańca, pani Ewa Wycichowska stała się wtedy dla mnie prawdziwą boginią. Wychowałam się na tej sztuce, w krótkim czasie widziałam niemal wszystkie jej wystawienia. Wtedy zrozumiałam, że ten sam spektakl można odbierać na wiele różnych sposobów, nawet jeśli ogląda się go dzień po dniu. Oczywiście, pod warunkiem, że dostatecznie wiele się w nim dzieje i zawiera element magiczny. Zamierzam wnosić go w przestrzeń Teatru Cortiqué, który nigdy nie będzie teatrem minimalistycznym. Uwielbiam przepych - może dlatego, że znacznie częściej operuję barwą niż tematem.

Powiedziała Pani, że Teatr Cortiqué jest miejscem, które ma inspirować i rozwijać młodych adeptów sztuki, pomagać im w realizacji marzeń. W kraju nad Wisłą trudniej im je spełniać? Czego dziś najbardziej potrzeba tancerzom i akrobatom, wykształconym w wolnej Polski?

- Miejsc, które przyjmą ich z otwartymi ramionami. Niestety, w stosunku do reszty dużych miast w Polsce, Poznań pozostaje w tyle. Wiele dzieje się w Krakowie, Wrocławiu, Lublinie, tymczasem tutaj jest stanowczo za cicho. Ludzie są dość konserwatywni, nie wszystkie spektakle chcą oglądać. Brakuje też konkretnych, dedykowanych przestrzeni. A przecież w sytuacji, w której tancerz nie ma sali baletowej do codziennej dyspozycji, a śpiewaczka nie ma możliwości ćwiczyć śpiewu i wystąpić na scenie, pojawia się pytanie: po co to wszystko było?

Szkoła Baletowa Anny Niedźwiedź uczy tańca klasycznego, akrobatyki, sztuki contortion, gry na instrumentach, śpiewu, literatury... Długo można by wymieniać. Czy można powiedzieć, że Teatr Cortiqué to nie tylko nowy etap rozwoju Szkoły Sztuk, ale i przybliżenie jej do modelu amerykańskich instytucji edukacyjnych? Warto przenosić go na polski grunt?

- Tak, zachowując jednak zdrowe proporcje. Swoim uczniom staram się stworzyć warunki, których sama nie miałam. Pamiętam, że jako artystce zawsze mi czegoś brakowało. Nie nauczyłam się wielu rzeczy, bo po prostu nie miałam takiej możliwości. Tymczasem artysta - czymkolwiek by się nie zajmował - musi mieć otwarty umysł na wiele różnych dziedzin. Jeśli tancerka ma styczność z muzyką i choć w niewielkim stopniu potrafi grać na instrumencie, to kiedy po latach staje się choreografem i spotyka się z dyrygentem, od razu znajdują wspólny język. Pamiętam wiele kłótni tancerzy z orkiestrą - ich powodem zawsze był brak odpowiedniej komunikacji.

Aktywność kulturalna poznańskich Jeżyc to jedna z kwestii, która najbardziej leży Pani na sercu? Kiedyś cieszyły się złą sławą, dziś wydają się być najmodniejszym i jednocześnie bardzo ciekawym rejonem naszego miasta. Potencjał tej dzielnicy nieustanie rośnie...

- Jeżyce potrafią być bardzo magiczne. Rzeczywiście, wciąż zmieniają się na lepsze i cieszę się, że w jakimś stopniu mogę się do tego przyczyniać. Teatr Cortiqué bardzo tu pasuje. To świetna lokalizacja, bo tu wszystko rośnie w oczach. Pojawiają się pracownie, powstają artystyczne projekty. Jest tego tyle, że w pewnym momencie pomyślałam: kurcze, a może kiedyś będzie tu jak w Paryżu? (śmiech)

***

Teatr Cortiqué mieści się przy ul. Mansfelda 4 w Poznaniu

-

*Anna Niedźwiedź - absolwentka Państwowej Szkoły Baletowej im. Feliksa Parnella w Łodzi, ukończyła studia wyższe na Wydziale Pedagogiki Baletu na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Tancerka Teatru Wielkiego i Muzycznego w Poznaniu. Od 1994 roku pedagog tańca klasycznego, choreograf. Przez 15 lat uczyła tańca klasycznego również dzieci niesłyszące. Założycielka pierwszej w Poznaniu prywatnej szkoły baletowej - Szkoły Baletowej Anny Niedźwiedź, której działalność doprowadziła do powstania Teatru Cortiqué. Twórczyni ponad 30 spektakli baletowych w tym m.in. "Alicji w Krainie Czarów" i "Królowej śniegu". Spektakle w jej reżyserii wystawiane są m.in. w Teatrze Wielkim w Poznaniu, Operze Nova w Bydgoszczy, Filharmonii Świętokrzyskiej w Kielcach oraz podczas festiwali tańca - m.in. na Lądeckim Lecie Baletowym. W swoich spektaklach łączy rozmaite sztuki - taniec, śpiew, akrobatykę.