powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Polskie bluźnierstwo

Mija kolejna rocznica potwornej zbrodni w Jedwabnem. Początek lipca, 1941 rok. Czas polskiej hańby i polskiego wstydu - pisze Ks. Andrzej Luter.

10 lipca 2017 roku biskup Rafał Markowski przeprosił za "polskich katolików", którzy dokonali tej straszliwej zbrodni. "To jest wieki ból i wyrzut sumienia, za który to ból wszystkich braci i siostry narodu żydowskiego przepraszamy. Jak czas pokazuje, kiedy serce ludzkie ogrania zło i nienawiść, kiedy paraliżuje ona człowieka wewnętrznie, prowadzi ku śmierci: prowadzi ku śmierci fizycznej dotyczącej ofiar i prowadzi do śmierci duchowej, która dotyka oprawców". To ważne słowa, bo przecież w Jedwabnem unicestwiono także nauczanie Chrystusa, Absolutnej Miłości.

W lipcu warto pójść do Teatru Dramatycznego. Na Scenie na Woli można przypomnieć sobie tamte tragiczne wydarzenia. Nie tylko w znanej już od kilku lat "Naszej klasie" Tadeusza Słobodzianka, ale także w najnowszej sztuce tego dramaturga, czyli w "Historii Jakuba"[na zdjęciu]. Oto Marian Jakub, ksiądz rzymskokatolicki, uratowany przez polską rodzinę. Jego żydowscy rodzice zostali zagazowani w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Po maturze wstąpił do seminarium duchownego. Jeszcze nie wiedział o swoim pochodzeniu, choć czuł swoją inność, koledzy nazywali go Żydem. Poza tym nie był podobny do polskich rodziców, którzy nigdy nie chcieli przywoływać tamtej, potwornej przeszłości. Wypierali ją z siebie. Marian obronił doktorat z filozofii. Zajął się Bergsonem. Odtąd był "księdzem profesorem". Przed śmiercią polscy rodzice opowiedzieli mu wszystko. I tak oto wykształcony filozof, katolicki ksiądz, musiał zmierzyć się z prawdą o swojej drugiej tożsamości, żydowskiej, którą do tej pory tylko przeczuwał, ale odsuwał ją od siebie. Rozpoczęła się wędrówka Mariana do przeszłości.

Tadeusz Słobodzianek swoją sztukę "Historia Jakuba" , wystawioną w Teatrze Dramatycznym (Scena na Woli) w reżyserii Ondreja Spišáka, oparł na autentycznej historii księdza Romualda Jakuba Wekslera - Waszkinela. Nie jest to historia opowiedziana "jeden do jednego", choć sam bohater w pełni zaakceptował wizję dramaturga. W znakomitej interpretacji Łukasza Lewandowskiego ksiądz Marian jest człowiekiem otwartym i dobrym, a jednocześnie trochę histerycznym i bardzo emocjonalnym. Taki jest ksiądz Waszkinel w rzeczywistości, wiem coś o tym, bo znamy się już prawie ćwierć wieku. W dniu, w którym wspominamy zbrodnię w Jedwabnem powróciłem do przejmującej "Historii Jakuba", niedocenionej przez polską krytykę, a przecież przedstawienie na Woli to jedno z najważniejszych wydarzeń mijającego sezonu teatralnego.

Ksiądz Marian już po wyjeździe do Izraela wspomina: "Wkrótce wybuchła sprawa Jedwabnego. I innych miejscowości. Polscy sąsiedzi mordowali żydowskich nożami i siekierami. Albo >humanitarnie< spalili ich w stodole. W najlepszym wypadku >tylko<pomagali hitlerowcom. Wtedy zacząłem rozumieć stryja Noama. W ogóle coraz więcej zaczynałem rozumieć. Kim jestem? Gdzie żyję? Po co? W Internecie odezwali się hejterzy. Kto ma komu przebaczać? Ożarli się, opili i poszli się zabawić. Za współpracę z Sowietami należało im się. Co robicie z Palestyńczykami też długo nie potrwa. Wszystko napędza nowojorska, żydowska mafia adwokatów. Ciekawe, ile to wszystko Polskę będzie kosztowało? Dostaniecie od Polski gówno, a nie pieniądze. Trzeba poszukać dla was nowej stodoły".

Ten prymitywny hejt to objaw nienawiści, charakterystycznej dla tchórzy, ukrywającymi się pod pseudonimami. Ale być może gorszy jest antysemityzm tzw. dobrych ludzi. W znanej, wstrząsającej trzynastominutowej etiudzie Andrzeja Brzozowskiego "Przy torze kolejowym" według Zofii Nałkowskiej, ten "lekki" antysemityzm pokazuje swoją złowieszcza twarz. Jest luty 1943 roku. Żydówka (Halina Mikołajska) uciekła wraz z mężem z transportu. Wyskoczyli z pociągu. On zginął, ją Niemcy postrzelili w udo. Nie może dalej iść. Utknęła w śniegu niedaleko torów. Rzuca jeszcze kulki śniegowe w leżącego kilka metrów dalej męża. Może jeszcze żyje. Brak reakcji. Rozpacz. Słychać szczekające psy. Pojawia się młody człowiek (Marian Kociniak). Podaje jej papierosa. Zbiegają się mieszkańcy pobliskiej wsi. My cały czas obserwujemy niezwykłą twarz Mikołajskiej, z której odczytujemy istotę dramatu żydowskiego. W filmie prawie wcale nie ma dialogów, są tylko twarze. Jakby z offu słyszymy nakładające się na siebie głosy ludzi: "Żeby to było parę godzin później, byłoby ciemno. Gdyby wyskoczyli bliżej lasu, to by się tam schowali. Może wtedy by się uratowali". I tak w nieskończoność. Strach, wszechogarniający strach, przed donosem sąsiada szmalcownika i przed samym sobą. Ten strach opisywał też Jan Tomasz Gross w swojej książce o Jedwabnem. Nikt już nie może i nie chce pomóc bezsilnej Żydówce. Zaczęła czołgać się w kierunku torów. Słychać nadjeżdżający pociąg. Chciała popełnić samobójstwo. Nie potrafiła, a może nie miała siły. Zrezygnowana czeka. "Nie zabierajcie mnie stąd, lepiej zastrzelcie" - mówi do polskich granatowych policjantów, którzy przyjechali saniami. "Ja nie będę strzelał" - mówi jeden z nich. "Dajcie mnie. Ja to zrobię" - powiedział chłopak, ten sam, który na początku podał Żydówce skręta. Widzimy na jej twarzy ból, gniew, rezygnację, pragnienie śmierci. Wzrok skierowany w niebo. Strzał. Zatrzymany kadr. Zwyczajna, upragniona śmierć! A przecież uciekając z transportu, chciała żyć. Jak cienka granica oddzielała w czasach pogardy życie od śmierci, hańbę od bohaterstwa! Gdyby znaleziono tę Żydówkę w lesie i gdyby nie zebrała się wokół niej cała wieś, być może wtedy uratowałaby się, nawet wbrew własnej woli. Może ukrywałby ją ten sam chłopak, który ją zabił. Ale strach przed utratą własnego życia i nieufność wobec sąsiada bywały źródłem największych potworności. Poza tym wychodziły na wierzch zadawnione resentymenty antysemickie skrywane w kontekście zagłady, ale przecież wciąż żywe. Terror systemów totalitarnych, nazistowskiego i stalinowskiego, potrafił zdegenerować człowieka do cna. Wojna "zaraziła" śmiercią i zabijaniem wielu ludzi, szczególnie młodych. Znieczuliła ich sumienia. Tak, należy unikać wielkich kwantyfikatorów i niesprawiedliwych uogólnień, bo nie ma "jednej" prawdy o tamtych czasach. Zbrodnie, polskie zbrodnie, bolą szczególnie, nie można już zaprzeczać rzeczywistości. Zbrodnia i zdrada mieszały się zresztą z bohaterstwem, obojętnością i tchórzostwem.

Na marginesie dodam, że etiuda Brzozowskiego była długoletnim "półkownikiem". Narodowi komuniści, którzy pokazali swoją twarz w marcu 1968 roku, uważali film za "szyderczy i antypolski", poza tym sam reżyser był "nieprawomyślny", a Halina Mikołajska od 1977 roku aktorką zakazaną, bo wstąpiła do KOR-u. Zadziwiające i znamienne są losy tego wstrząsającego krótkiego filmu, który musiał czekać całą epokę na premierę.

W ekstremalnej sytuacji wojennej, przejmująco opisanej w opowiadaniu Nałkowskiej i filmie Brzozowskiego, histeria i strach przed ukrywaniem Żyda, przed ewentualną denuncjacją łączy się z nieskrywanym poczuciem winy. Pomimo tego mieszkańcy wsi - przywołam słowa świętego Pawła - czynią zło, którego nie chcą, a nie czynią dobra, które być może chcieliby czynić. Doskwierający, piekący ból, który zmusza widza, żeby zmierzył się z okrutną prawdą obalającą dotychczasowe stereotypy i pewniki. Zatrzymuję często, choć na chwilę, ten kadr filmu, kiedy na zbliżeniu widać smutną twarz Haliny Mikołajskiej i jej oczy wpatrzone w młodego chłopaka, potem w granatowego policjanta i w tłum, i w koła pędzącego pociągu.

Żydówka od Nałkowskiej zostaje zabita przez chłopaka, za aprobatą mieszkańców wsi, ze strachu, że przyjdą Niemcy i wszystkich rozstrzelają, więc oni muszą rozstrzelać pierwsi, żeby się ratować. Joanna, bohaterka filmu Feliksa Falka, ukrywająca żydowską dziewczynkę, rozpływa się we wszechświecie, nie znajdując szans na zrozumienie jej dramatu wśród ludzi, nawet najbliższych. A więc można było przeżyć ten straszny czas ze świadomością piętna Kainowego, i żyć z tym piętnem po wojnie, do ostatnich swoich dni - to diabelska perspektywa, ale prawdziwa. A może jednak wiele osób zapomniało o tym piętnie, wyparło z siebie tamte wspomnienia. Czy tak było? Nie wierzę, pamiętają wszyscy, tylko milczą, co doskonale pokazuje Władysław Pasikowski w "Pokłosiu".

W końcowym fragmencie sztuki Tadeusza Słobodzianka ks. Marian Jakub wygłasza przejmujące kazanie; oskarżycielskie, bolesne, ale prawdziwe. Słuchając Łukasza Lewandowskiego trudno opanować wzruszenie i gniew.

"Jestem księdzem, a do kapłaństwa powołał mnie, Żyd urodzony w Betlejem, Jezus Chrystus, który jest i pozostanie na wieki głową Kościoła. Jego Matką jest Żydówka z Nazaretu - Miriam, mówimy o Niej z szacunkiem i miłością, najświętsza Maryja Panna. Tak, to prawda, od samego początku Żydzi byli, są i będą w Kościele. Jeśli zaś chodzi o ziemię polską, tę ziemię, ona jest i pozostanie zażydzona. Setki tysięcy polskich Żydów spoczywa na żydowskich cmentarzach polskich miast. Popioły milionów Żydów z całej Europy rozsypano na tej ziemi w czasie wojny Wszyscy oni tu są i - pozostaną - aż do dnia Sądu Ostatecznego. Tak, Polska to szczególnie zażydzony kraj. Dlatego każdy Polak, wypisujący zbrodnicze hasła, czy to na murach miast czy w internecie, podpisuje się pod wszystkimi zbrodniami nazistowskimi popełnionymi na tej ziemi. A jeśli ów Polak jest chrześcijaninem, katolikiem, a takich jest zdecydowana większość, powinien sobie uprzytomnić, że poniewierając gwiazdę Dawida , poniewiera również krzyż na którym zwisł Jezus Chrystus - "Król Żydowski", jak głosił napis umieszczony z rozkazu Piłata nad głową Ukrzyżowanego; poniewiera stojącą pod krzyżem jego Matkę i wszystkich zgromadzonych w wieczerniku Apostołów. Zastanówmy się więc, czy nie powinniśmy umieścić owej gwiazdy na naszych krzyżach, na obrazach Najświętszej Maryi Panny, czy gwiazdą Dawida nie powinniśmy przyozdobić ikony Jasnogórskiej Pani, którą czcimy jako Królową Polski".

Profesor Tomasz Szarota w eseju o Jedwabnem, wydrukowanym w "Więzi" zastanawiał się jak zlikwidować antysemityzm. Pisał: "Cóż jednak zrobić z naszym nieszczęsnym antysemityzmem, który wciąż istnieje i wciąż daje o sobie znać? Cóż począć ze zjawiskiem, które karmi się ludzką głupotą, ale jest też podsycane przez tych, którzy je wykorzystują do realizacji swych politycznych celów? Co zrobić, by z ulic naszych miast zniknęły wstrętne, haniebne napisy i rysunki? Jak osiągnąć to, by każda antysemicka wypowiedź spotkała się w Polsce z natychmiastową potępiającą reakcją słuchaczy bądź czytelników? (I Kościoła - przyp. mój) Jak dojść do tego, by każdy polski antysemita zrozumiał wreszcie, że popełnia grzech, przekraczając normy moralne obowiązujące członka katolickiej wspólnoty? () Pamiętam, że przed wielu laty, podczas jakiejś telewizyjnej dyskusji, promotor mej pracy doktorskiej, nieżyjący już prof. Franciszek Ryszka, spytany o to, jak zlikwidować w Polsce antysemityzm, odpowiedź miał krótką: przestać być antysemitą!".

A chrześcijanin i antysemita w jednej osobie - dodam od siebie - to nie tylko sprzeczność sama w sobie, to także aberracja duchowa i intelektualna, to największe bluźnierstwo przeciwko Bogu, jakiego można się dopuścić. Zbyt często polski katolicyzm bluźnił i bluźni nadal przeciwko Jedynemu Bogu.