powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Trzy oblicza Anny Lutosławskiej-Jaworskiej

- Wcielanie się w postaci sceniczne, docieranie do ich skomplikowanych niejednokrotnie wnętrz - może to uczyniło mnie inaczej pojmującą żywych ludzi? Ja obdarzałam je moim doświadczeniem, temperamentem, poczuciem humoru, a potem wystawiałam na widok publiczny... - mówi Anna Lutosławska-Jaworska, krakowska aktorka, malarka i pisarka, która 18 lipca obchodzić będzie dziewięćdziesiątą rocznicę urodzin.

Każdy ma wiele twarzy. Anna Lutosławska również. Ma twarz żony, która w przyszłym roku z Michałem Jaworskim (inżynierem) obchodzić będzie "złote gody"; twarz matki Bolesława (historyka sztuki, artysty fotografika), który wraz ze swymi dwoma synami mieszka w Cambridge; twarz pedagoga, który przez osiem lat wykładał w PWST, a teraz na Uniwersytetach Trzeciego Wieku; ma twarz podróżnika itd., itd. Nie na tych obliczach jednak chcę się tu skoncentrować. Zaciekawiły mnie inne. Nieczęsto przecież się zdarza, by ktoś - jak ta kobieta ukształtowana prze wojną, w rodzinie inteligenckiej - władał słowem i gestem równie sprawnie, jak piórem i pędzlem. Zatem przyjrzyjmy się tylko trzem obliczom Anny. Tym związanym ze sztuką...

Pierwsze z nich 18-letnia Ania, z domu Redlich, ujawniła publicznie w 1945 roku. W "Wesołej Gromadce" - przedstawieniu Beksa wyreżyserowanym przez Marię Biliżankę. Oficjalny debiut nastąpił jednak rok później, w Teatrze Kameralnym. Zagrała wtedy Teresę w "Powrocie posła" Juliana Ursyna Niemcewicza, w reżyserii swej mistrzyni Marii Dulęby. Rzecz w tym, że wtedy jeszcze uczyła się sztuki aktorskiej w Studio Starego Teatru w Krakowie. Od wielkich luminarzy teatru i nauki jak m.in. Mieczysław Kotlarczyk, Juliusz Osterwa, Stanisław Pigoń, Tadeusz Kudliński, Julian Przyboś. Na dodatek razem z wyjątkowo uzdolnionymi kolegami: Tadeuszem Łomnickim ("W tym samym roku, w tym samym dniu i o tej samej godzinie się urodziliśmy! "), Andrzejem Hiolskim, Haliną Mikołajską, Martą Stebnicką, Stanisławem Zaczykiem czy Ireną Babel.

Debiut nastolatki w Kameralnym spodobał się widzom i krytykom. Coraz częściej zaczęła występować. Tyle że wkrótce Kraków zamieniła na Wrocław, a Kameralny na Teatr Polski. Wyjazd wiązał się z powrotem ojca Zygmunta Redlicha, wychowanką Szkoły Podchorążych w Modlinie, którego wojna zagnała na Kołymę, stamtąd do armii Andersa, a później do Anglii. - Tacikowi, który został ranny pod Monte Cassino i długo leczył się w Wielkiej Brytanii, poświęcam jeden rozdział książki "Ojcowie i matki"... - dodaje córka.

Po czterech sezonach poza miastem swoich urodzin Anna Lutosławska zdecydowała się do niego powrócić. Teatr Słowackiego na nią czekał...

- Za rolę Gruszy w "Kaukaskim kredowym kole" Bertolta Brechta, w reżyserii Ireny Babel, ze scenografią Andrzeja Stopki, dostała pani w 1955 roku Nagrodę Państwową - przypominam.

- Tę rolę uważam za jedną z najlepszych w swojej teatralnej karierze - wyznaje artystka. I z namysłem wymienia jeszcze rolę księżniczki Wiśniowieckiej w "Śnie srebrnym Salomei", Idalii w "Fantazym" Juliusza Słowackiego, Rozalindy w "Jak wam się podoba" Szekspira oraz w "Cudzoziemce" Marii Kuncewiczowej. Tylko tyle.

Skromność?! Przecież ta drobna kobieta jasnych włosach i oczach ("pięćdziesiąt kilogramów rozpostartych na jednym metrze i sześćdziesięciu dwóch centymetrach") wcielała się w bohaterów Ajschylosa, Wyspiańskiego, Mickiewicza, Fredry, Gombrowicza, Shawa, Camusa, Manna, Kuncewiczowej, Brylla, Szaniawskiego, a nawet Karola Wojtyły. Zagrała w teatrze, filmie i telewizji grubo ponad 100 ról. Po latach o swoich kreacjach powie tak:

- Wcielanie się w postaci sceniczne, docieranie do ich skomplikowanych niejednokrotnie wnętrz - może to uczyniło mnie inaczej pojmującą żywych ludzi? Ja obdarzałam je moim doświadczeniem, temperamentem, poczuciem humoru, a potem wystawiałam na widok publiczny... Wiele rzeczy składało się na to, bym na scenie mogła ciekawie, przede wszystkim wiarygodnie wykreować postać. Rolę tworzyłam nie sama. Robiłam to z aktorami-partnerami.

I oczywiście reżyserem, scenografem i kostiumologiem. Sama zaś stworzyłam kilka monodramów i recitali poetyckich.

Tworzyłam, robiłam, byłam...

Czy czas przeszły w przypadku Anny Lutosławskiej - dla której i reżyserskie wyzwania nie były obce - jest uprawniony? Nie tak dawno można ją było zobaczyć w "Lekarzach", gdzie gra matkę Danuty Stenki ("Danusia to jedna z najciekawszych aktorek w Polsce. Piękna, inteligentna i ma klasę."). Także w "Klanie", "Na dobre i złe". A pamiętacie ją z "Czterech pancernych i psa"?. Tu trzeba koniecznie dopowiedzieć: po raz pierwszy Anna Lutosławska wystąpiła w Telewizji Polskiej w 1958 roku. W filmie trzynaście lat wcześniej wcieliła się w postać więźniarki obozu koncentracyjnego Birkenau - w obrazie "Ostatni etap" wyreżyserowanym przez Wandę Jakubowską.

- Tęskni pani za sceną?

- Mnie teraz bardziej niż aktorstwo cieszy pisanie (śmiech).

Drugie oblicze Anny Lutosławskiej objawiło się w Afryce. Michał Jaworski dostał tam kontrakt (inżynier ze znajomością języka francuskiego) - ona przez rok postanowiła towarzyszyć mężowi. Na taki okres wzięła urlop z teatru i PWST. Tyle że ten rok wydłużył się do lat sześciu! Barwy i światło Annaby, Oranu, miast położonych nad Morzem Śródziemnym, oszałamiająca przyroda, bogactwo owoców urzekły ją tak silnie, że w kraju zamieszkałym głównie przez Arabów (wielu mówiło po francusku) poczuła się szczęśliwa. I wtedy właśnie zaczęła i malować, i pisać.

- "Żony spadające z nieba", taki dałam tytuł wspomnieniom z okresu kontraktu Michała. Dlaczego spadające? Bo "spadałyśmy" na lotniska w ramiona stęsknionych mężów; nikt nie zrozumie, czym jest przywitanie na lotnisku na innym kontynencie, gdy wylatywało się z PRL do pachnącego pomarańczami raju - taki obraz z początku lat 80. (ub. wieku) pani Anna wyświetla teraz na ekranie pamięci. Później go uzupełnia. Mówi o pisarskim (literackim) debiucie, czyli "Pamiętniku psa Aresa". Potem przyszła kolej na inne książki - i te adresowane do dzieci, i te dla "ogółu". Jest ich kilka. Ostatnio wydana: "Ojcowie i matki" [w "Krakowie" drukowaliśmy niedawno ich spory fragment - przyp. red.]. Mnie, przyznam, zainteresowały "Skojarzenia zapisane w brulionie", pogodna opowieść o ludziach spotykanych w życiu przez Annę, swoista jej autobiografia, przypomnienie, "jak to drzewiej" w teatrach bywało... Z kolei "Kwiaty też zasypiają" to opowieść o dzieciach ze śląskiego hospicjum, którym przyszło zmagać się z rakiem. Lutosławska tych małych pacjentów - którzy zwracali się do siebie imionami kwiatów - odwiedzała. Przywoziła im bajki, płyty. I czasem z nimi rozmawiała. Zdarzało się jednak, że łkała w ukryciu, gdy słyszała jak dziecko "zwyczajnie" mówi: już niedługo będę za niebieską chmurką.

- Ta książka nie jest smutna. Ani przygnębiająca - zauważam.

- Bo opowiada o niezapominajkach, bratkach, konwaliach, różach, które choć piękne to też... zasypiają. *L

TRZECIE oblicze Anny ma także związek z Algierią. Z barwą i światłem tego kraju. Choć i z mężem. Bo ten, kupując w Annabie encyklopedię, nabył przy okazji dla Anny pastele. I to te, do których tęsknie westchnęła, gdy zobaczyła je w sklepowej witrynie. Kupił jej też dobry papier do malowania. A później zwrócił uwagę na ogrodową pergolę: "Poparz, tam ci się będzie dobrze malowało".

- Miejsce okazało się wyśmienite. Zaczęłam malować pejzaże. Kolory wychodziły cudne, ale rysunek? Tłuste pastele wymagają sprawnej kreski, tymczasem ja? Pełna amatorka!

- Mama była malarką - mówię (Sława Płachcińska była studentką Zbigniewa Pronaszki).

- Smocza krew, błękit paryski ochra, czerń słoniowa itp. Owszem, wychowałam się w kolorach. W zapachu terpentyny i oleju. W domu, w którym bywało wielu malarzy, między innymi kolega mamy Czesław Rzepiński. Niestety, w młodości malarstwo mnie nie pociągało. Nawet gdy synek prosił: "Namaluj mi, mamo, pieska", to odsyłałam go do babci. Aż tam, w Algierii, dotknął mnie niespodziewanie przypływ miłości do pędzla...

Pastele jej nie podeszły, do ręki wzięła akwarele. Aż pewnego razu słyszy od znajomego: "Aniu, a dlaczego ty wcześniej nie namoczysz papieru, tylko malujesz na suchym?". Namoczyła, arkusz powiesiła na sznurku i o dziwo - malowanie okazało się łatwiejsze.

Obrazków przybywało, były coraz lepsze. Na tyle dobre, że odważyła się je przywieźć do Polski. Ba, gdy jej zaproponowano wystawić jej w Pałacu Sztuki - czyli poddać ocenie zwiedzających, ale również krytyków sztuki - zgodziła się.

- Byłam wzruszona, gdy kasjerka któregoś dnia mi powiedziała, że pewna kobieta wiele razy przychodziła do Pałacu, by "wykąpać oczy w pani obrazkach".

W galerii przy ul. Floriańskiej sprzedano jej obrazek zupełnie odmienny od tych wystawionych w Pałacu. Szary i bardzo ponury. Przedstawiał wysokie mury, wąską uliczkę, a nad nią pełnię księżyca - i małą, zagubioną dziewczynkę.

- Tą dziewczynką byłam ja. Znalazłam się niechcący na terenie co dopiero zlikwidowanego żydowskiego getta.

- Niechcący?!

- Rok 1942. Byłam w Gorlicach u wujostwa. Ciocia wysłała mnie po coś do swojej znajomej, a gdy miałam wracać do domu, ta objaśniła mi drogę tak: idź prosto, potem w lewo, w prawo, znów w prawo... Niestety, jestem matoł topograficzny. Zabłądziłam. Weszłam w puste uliczki. W jednym z okien zobaczyłam mocno zakrwawioną pierzynę. Tak się tym przeraziłam, że potknęłam się o gumową kaczuszkę. Zaczęłam biec w stronę księżyca. Pamiętam stukot moich drewniaków...

Po trzydziestu latach ponury, szary obrazek uwolnił ją od koszmarnego wspomnienia. To wspomnienie zapewne wciąż w sobie nosi Żydówka z Polski, która żyje w Stanach Zjednoczonych. To ona w galerii Hader kupiła przejmujący rysunek.

- Niedawno obserwowałam aukcję pani siedmiu akwarel w Klubie Adwokackim.

- Pieniądze z tej aukcji trafią do dzieci niewidomych i słabo widzących z ośrodka przy ulicy Tynieckiej. Pomagam, jak potrafię. Moja amatorszczyzna też się przydaje...

Anna Lutosławska na ulicę Tyniecką zachodzi od 1977 roku.

- Niedługo po śmierci mamy - pisała - wystąpiłam w Dworku Białoprądnickim z recitalem "Nietrwała i trwożna" Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W pewnej chwili zorientowałam się, że widzowie mają spuszczone głowy, ktoś z tylnych rzędów patrzy w sufit. Trochę mnie to sparaliżowało. Aż nagle olśnienie - niewidomi! Przerzuciłam więc ekspresję i uroki tekstu jedynie na głos, na interpretację. Po spektaklu słuchacze podeszli do mnie. Dotykali moich włosów, policzków, głaskali po rękach. Wtedy postanowiłam, że dla pamięci mojej mamy, której oczy uratowały aż trzy operacje, będę zajmować się dziećmi niewidomymi".

- Fotografia też jest pani pasją.

- Tak, syn pewnie po mnie ją odziedziczył. Książki też pisze. Czytając "Tańcząc nad przepaścią", mocno się wzruszyłam...

***

18 lipca Anna Lutosławska-Jaworska - Krakowianka Roku 2015, artystka wyróżniona nagrodą Ireny Solskiej przyznawanej tym, którzy wpisali się w historię teatru (wśród pań: Nina Andrycz, Danuta Szaflarska) - będzie obchodzić dziewięćdziesiątą rocznicę urodzin. Jej kalendarz mnie intryguje - nadal każdy dzień wypełniony! Z niedowierzaniem wpatruję się w te wszystkie wpisy. Patrzę też na uśmiechniętą twarz kobiety, która mówi:

- Mam ciekawe życie. Pewnie przez to, że zawsze rozdzielałam go od sceny.