powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Prekariuszki

"Czasem pozwalam sobie na głośniejszy komentarz" - mówi w trakcie sprzątania K3. Na "Workplace" można spojrzeć właśnie jak na taki komentarz - o spektaklu "Workplace" Natalii Fiedorczuk-Cieślak w reż. Bartka Frącowiaka w Teatrze Polskim w Bydgoszczy pisze Jan Karow z Nowej Siły Krytycznej.

Tekst Natalii Fiedorczuk porusza temat permanentnie niestabilnej sytuacji na rynku pracy, która dotyczy znacznej części jego uczestników, niezależnie od tego, czy pracuje się w dużej korporacji czy w małym przedsiębiorstwie. Tutaj uwaga zostaje skupiona na jego uczestniczkach, ponieważ spektakl przybliża historie trzech kobiet reprezentujących trzy pokolenia. Różni je w zasadzie wszystko: kwalifikacje, doświadczenie, oczekiwania, sposób myślenia. Łączy wspólny problem - brak pracy.

K1 (Magdalena Celmer, rocznik 1992) jest najmłodsza. Tuż po studiach. Czytaj: bez lat pracy, które mogłaby wpisać do CV. Jedyne co ma do zaproponowania to wykształcenie i dobre chęci. Czyli nie powinna się zbyt wiele spodziewać. Co najwyżej przyjęcia na półroczny staż - oczywiście bezpłatny - w charakterze okresu próbnego, który być może / ewentualnie / w ostateczności zakończy się podpisaniem umowy. K2 (Anita Sokołowska, rocznik 1976) niedawno urodziła. Z pracy nie wyrzucano jej tylko dlatego, że po urlopie macierzyńskim zwielokrotniła wysiłki. Teraz jednak została na lodzie. Niby może reklamować się doświadczeniem, ale równocześnie powinna być gotowa na przekwalifikowanie. Nigdy nie wiadomo, co się akurat trafi. K3 (Beata Bandurska, rocznik 1964) już widziała na horyzoncie staż pracy pozwalający jej spokojnie udać się na emeryturę, ale i jej się nie poszczęściło. Jest najstarsza i nie odnajduje się w nowej sytuacji. Nie potrafi o sobie ciekawie opowiedzieć. Nie spodziewała się, że sprawy mogą się potoczyć w takim kierunku. Wolny rynek był bezwzględny także wobec niej.

Bohaterki znajdują się w pomieszczeniu symulacyjnym. Pełno tu różnych sprzętów: lampek biurowych, poskręcanych kabli, telefonów, kserokopiarek, urządzeń peryferyjnych. Z offu - niczym w reality show - słychać głos (żeński), który okazuje się należeć do Wolnego Rynku. Instruuje je, podając wytyczne na temat sytuacji, które mają odtworzyć, aby udowodnić przydatność. Rozgrywające się między nimi sceny są poprowadzone przez reżysera Bartka Frąckowiaka w sposób przerysowany, czasem wręcz groteskowy, co jest jednak uzasadnione przez sytuację. Rozpoczyna się, będący jednocześnie jednym wielkim testem, casting, w którym co chwila trzeba wcielać się w inną rolę.

Pokoleniowy podział sprawia, że widzowie mogą identyfikować się z różnymi bohaterkami. Najbliżej mi do sytuacji dopiero wkraczającej na rynek pracy K1, więc pozwolę sobie skupić się na niej. Bezrobocie dopadło ją po próbie pracy w szkole, gdzie wszechogarniająca presja - tak ze strony dzieci, jak i rodziców - doprowadziła ją do granic psychicznej wytrzymałości. Cierpliwość się wyczerpała i K1 przemieniła się w upiorną nauczycielkę. Musiała odejść. Zostaje poddana trzem symulacjom. Ma zaopiekować się sprośnym, niemieckim starcem - w tej roli K3 - który przysypia, co rusz spada z krzesła, a przy każdej nadarzającej się okazji obmacuje ją. Trafia do agencji reklamowej, gdzie zaciągający się cygarem "antypatyczny właściciel" - ponownie K3 - jest pyszałkowatym pomysłodawcą kampanii sprzedaży artykułów budowlanych, których seksistowskich haseł przytaczać nie trzeba (każdy widział w przestrzeni publicznej reklamy dachówek, firmowanych przez półnagie, atrakcyjne kobiety). Jednak najpierw K1 trafia do biura, gdzie centrum jej wszechświata staje się - podobnie jak w jednym z wątków "nie-boskiej komedii. WSZYSTKO POWIEM BOGU!" duetu Strzępka-Demirski - kserokopiarka, symbol kapitalistycznego wyzysku. Masa dokumentów przytłacza ją. Nie potrafi się dogadać z "koleżankami z pracy", które niczym szamanki otaczają ją w tanecznym kręgu, osaczają sprzętami (telefon, faks, ekspres do kawy, maszyna do szycia) i rytualnie przysypują ścinkami z niszczarki. Gdy, poniżona, kseruje części swojego ciała i próbuje złożyć wizerunek w całość, nie udaje jej się to. Niektóre fragmenty nie trafiają na swoje miejsce. Wizerunek jest rozpoznawalny, ale to już nie jest ta sama K1.

Ośmieliłem się podać rok urodzenia aktorek, bo (poza tym, że stanowi to istotny kontekst ról) są w tym przedstawieniu obecne także prywatnie - jako występujące pod własnym imieniem i nazwiskiem aktorki Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Charakter ich dotychczasowego miejsca pracy w sezonie 2017/2018 ulegnie wraz z nowym dyrektorem najprawdopodobniej istotnej zmianie. W przedostatniej scenie spektaklu każda podchodzi do mikrofonu i opowiada o swoich poprzednich rolach z repertuaru tego teatru. Śpiewa fragment piosenki albo podaje fragment tekstu którejś z postaci. Bo wszystkie są dla nich tak samo ważne i nie wiadomo, które (i czy w ogóle) wrócą na sceny przy ulicy Adama Mickiewicza. Ten czuły moment jest w pełni uzasadniony, zakończenie dyrekcji Pawła Wodzińskiego i Bartka Frąckowiaka jest faktem. W ten sposób, tak na wszelki wypadek, żegnają się z bydgoskimi widzami - okazało się, że ich sytuacja jest podobnie niepewna jak bohaterek "Workplace".

***

Jan Karow - absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, studiuje na II roku Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej, współpracował m.in. z "Teatrakcjami", "Teatraliami", off-teatr.pl, "nietak!tem".