powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Czyja "Solidarność"?

"Solidarność. Rekonstrukcja" w reż. Pawła Wodzińskiego w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Pisze Szymon Spichalski w Teatrze dla Was.

I

Na Zachodzie szykują się zmiany. Dobiega końca dyrekcja Pawła Wodzińskiego w bydgoskim Teatrze Polskim. Z tej okazji w TPB przygotowano oficjalny finisaż, będący niejako podsumowaniem prowadzonego przez trzy lata programu. Chociaż właściwsze byłoby określenie "projekt". Dyrekcja Wodzińskiego budziła wiele kontrowersji, nie można mu jednak odmówić konsekwentnego trzymania się określonej linii repertuarowej. Miało to niestety swoje skutki w postępującej izolacji TPB względem lokalnej publiczności, co w dużej mierze wynikało z hermetycznego, mocno ideologicznego języka bydgoskich spektakli.

W miniony weekend odbyły się dyskusje oraz dwie premiery. Jedną z nich było "Workplace" w reżyserii Bartka Frąckowiaka - dobre przedstawienie o położeniu współczesnych kobiet, uwikłanych w rozmaite społeczne i kulturowe zależności. Świetne trio Bandurska-Celmer-Sokołowska pokazywało różne sytuacje, w jakich dochodzi do uprzedmiatawiania i upokarzania płci pięknej, ale robiło to bez płaskiego publicystycznego zadęcia. "Workplace" to również spektakl będący osobistym głosem bydgoskich aktorek - stanowi niejako ich pożegnanie (?) ze sceną nad Brdą.

Najgłośniejszym wydarzeniem finisażu była jednak premiera "Solidarności. Rekonstrukcji" w reżyserii ustępującego dyrektora. Podstawą scenariusza były stenogramy z I Zjazdu Delegatów "S" w Gdańsku we wrześniu 1981 roku. Po raz kolejny w kręgu zainteresowania Wodzińskiego znajduje się zbiorowość. W "trylogii romantycznej" sprawdzał jej kondycję na przykładzie różnych sztuk z XIX wieku. W "Nie-Boskiej Komedii" badał, jak obecność romantycznych dogmatów działa w realiach polskiej przaśności. "Słowacki. Pięć dramatów" było kilkugodzinną analizą zależności między Polakami a Ukraińcami, Żydami i Rosjanami. Zdaniem reżysera te relacje miały charakter kolonialny. Wreszcie "Mickiewicz. Dziady. Performance" pokazywały, jak Polacy wykorzystują romantyczne kody kulturowe we współczesności. Nie przypadkiem obrzędowa część druga odbywała się w namiotowym miasteczku przypominającym to sprzed Pałacu Prezydenckiego w 2010 roku.

"Solidarności. Rekonstrukcji" bliżej jednak do "Thermidora" sprzed dwóch lat i "Wolnej Trybuny" prezentowanej na jednej z edycji Festiwalu Prapremier. Inscenizacja tekstu Przybyszewskiej skupiała się na kwestii równości obywateli w demokracji (bądź jej braku). Spektakl zrealizowany w Instytucie Teatralnym zadawał pytanie o kształt polskiej tożsamości przeoranej przez PRL. Ostatnia premiera wpisuje się w ten "cykl".

II

Twórcy przenieśli widownię na dużą scenę Polskiego. Kilka rzędów krzeseł otaczają podesty, na których ustawiono stoły dla uczestników wspominanego Zjazdu. Ponad głowami aktorów zawieszono kilka ekranów i rzutnik. Znalazło się także miejsce dla zespołu, prezentującego muzykę na żywo na bazie piosenek Angelic Upstarts i Billy'ego Bragga.

Aktorzy TPB odczytują zapiski ze Zjazdu "S", wcielając się w role rozmaitych delegatów przybyłych na konferencję. Są wśród nich przedstawiciele włoskich związków zawodowych, Światowej Konfederacji Pracy, Amerykańskiej Federacji Pracy. W trakcie kolejnych wystąpień dziękują polskiemu ruchowi za motywację. Jednocześnie na wielkim ekranie widać mapę świata zamazywaną na bieżąco przez aktorów czarnym pisakiem: USA, Hiszpania, Chile Ruch robotniczy działał już wtedy na całym świecie.

Wodziński przywołuje ten wątek, aby pokazać, że nie byliśmy odosobnionym zjawiskiem (choć na pewno najprężniejszym). Z jednej strony pomysł jest świetny, bo zmusza odbiorcę do odejścia od polocentrycznego patrzenia na historię. Na rzutniku wyświetlone zostają kadry z kolejnych masowych protestów, w tym z Brazylii czy Hiszpanii. Porywające obrazki mogą być jednak złudne. Idealistyczna wizja wspólnej walki o prawa kłóci się z rzeczywistością. Światowy ruch robotniczy nie był wszak wolny od politycznych powiązań z wojującym komunizmem. Poszczególne organizacje bywają przeżerane brutalnymi walkami frakcyjnymi (co spotkało i "Solidarność"). We współczesnych Włoszech strajki zainicjowane przez związki zawodowe dosłownie paraliżują kraj. Aktywiści dbają o przestrzeganie pracowniczych przywilejów, choć nie są już tak skore w przypominaniu o obowiązkach załogi

Pierwsza część "Solidarności" jest sprawnie zagranym manifestem i pochwałą ruchu robotniczego, choć nie wnikającym w jego polityczno-społeczne uwikłania. Przypomina przedstawienia Marthalera, choć nie kładzie tak dużego nacisku na muzyczną część spektaklu.

III

Po przerwie następuje najbardziej frapująca odsłona tego projektu. Publiczność ponownie zasiada w rzędach krzeseł, niczym milczący reprezentanci kółek "S" na Zjeździe ruchu. Na świeczniku pojawia się sprawa uchwały o samorządach. Twórcy rekonstruują obrady delegatów, którzy starają się doprowadzić do stworzenia projektu dającego załogom całkowitą swobodę w procedurze powoływania i odwoływania dyrektora. Nieprzypadkowo Wodziński kładzie nacisk na ten aspekt. Odtwarza scenę obrad Prezydium KKP, m.in. z Wałęsą i Rulewskim, i pokazuje jak robotnicza uchwała została złożona na ołtarzu politycznego kompromisu. Fragmenty nagrań z lat 80. pokazują wypowiedzi wzburzonych robotników. I na tym kończy się społeczny kontekst tego wydarzenia.

Twórcy spektaklu rekonstruują fakty z 1981 roku w kilku celach. Jeden służy słusznej demitologizacji dziejów pierwszej "Solidarności", w której już wtedy zaczęły pojawiać się pewne pęknięcia. Odrzucenie projektu uchwały o samorządach, jaką przygotował Zjazd, wzburzyło chociażby Andrzeja Gwiazdę. Już przed stanem wojennym w strukturach "S" wytworzyła się elita, z butnym Wałęsą na czele. Szkoda, że twórcy nie idą tym tropem, by opowiedzieć o rozczarowaniu mitem "Solidarności". Jedno posiedzenie Prezydium nie było ostatecznym krokiem do obalenia zakładowej praworządności. W bydgoskim spektaklu nie pada słowo o kolejnym politycznym kompromisie między komunistami a byłą opozycją, jakim był Okrągły Stół. Nie ma nic o batalii o pamięć historyczną, którą Wałęsa brutalnie wygrał, spychając w cień pamięć o małżeństwie Gwiazdów czy Wyszkowskim. O byłych solidarnościowcach, internowanych i bitych w latach 80., a dzisiaj pozbawionych środków do życia.

Odnoszę wrażenie, że "S" była tutaj tylko pretekstem do osobistego rozrachunku Wodzińskiego z decyzją prezydenta Bruskiego o zmianie dyrekcji przy scenie na Mickiewicza. Oczywiście Wodziński ma do tego prawo. Tylko że w drugiej części przedstawienia za dużo jest uproszczeń. Ustawa o samorządach zakładowych była pomyślana przede wszystkim w stosunku do dużych firm, takich jak stocznie czy huty. Zasada funkcjonowania teatrów i instytucji kultury jest zupełnie inna. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że zawarte w projekcie uchwały słowo "przedsiębiorstwo" nie ma akurat nic wspólnego z czymś tak nierentownym, jak teatr

Ostatnią część przedstawienia stanowi nagrana uprzednio rozmowa zespołu TPB we foyer teatru. Dotyczy możliwych form aktywności artystycznej, jaką może dzisiaj uprawiać artysta. Pojawiają się pomysły założenia kolektywu, stowarzyszenia, utrzymywania przez crowdfounding, itd. Nie są to nowe idee, rodziły się one już w chudych dla polskiego teatru latach 90. Zwraca natomiast uwagę jedna rzecz. Rozważania zespołu TPB dotyczą przede wszystkim form działania samych twórców. Widz pojawia się tu jedynie w kontekście paru dość złośliwych spostrzeżeń - jako ten, który odrzuca krytyczne zdanie artystów. Prócz tego pada parę dość utopijnych wizji, dotyczących choćby publiczności zawsze otwartej na naukowy język w teatrze, itd.

IV

"Solidarność. Rekonstrukcja" nie jest przedstawieniem o zmarnowanym potencjale wielkiego ruchu społecznego. Nieliczne nawiązania do zawiedzionych społecznych nadziei są jedynie pretekstem do swoistego bilansu dyrekcji Wodzińskiego nad Brdą. I może dlatego jest to spektakl nieskładny dramaturgicznie, dotykający tematu w pobieżny sposób. Tym bardziej, że twórcom brakuje autokrytycznego namysłu. W ostatniej części przedstawienia - rozmowie zespołu TPB - nie pojawiają się dość oczywiste pytania: dlaczego nie udało się nawiązać kontaktu z miejscową publicznością? Czy zadaniem artysty jest występowanie z pozycji bezwzględnego krytyka społecznych zjawisk, czy może powinien, wzorem Żeromskiego, starać się je zrozumieć? Czy powoływanie kolektywów nie grozi hermetyzacją i elitaryzacją?

Dodajmy do tego formalne zabiegi użyte w widowisku. Rażą złe rozwiązania przestrzenne (co dziwi ze względu na dobry zmysł plastyczny Wodzińskiego). Akcja dzieje się symultanicznie, ale przestrzeń jest statyczna. Ma to wpływ na złą widoczność z pierwszych rzędów. Przez blisko trzy godziny odtwórcy ról znajdują się na swoich miejscach, czytając niekoniecznie odkrywcze teksty. Pozornie demaskatorskie kontrapunkty ("z czymś wam się to kojarzy?") są zbyt toporne. Aktorski wielogłos zlewa się w jedną, nużącą całość. Aktorzy nie mają zresztą zbyt wiele do roboty. "Amerykański" popis Sobolewskiego czy udana parodia Wałęsy w wykonaniu Wosika są ledwie zabawnymi etiudami.

W tym kontekście spektakl "Solidarność. Rekonstrukcja" jest idealnym podsumowaniem mijającej dyrekcji. Z jednej strony pokazuje interesujące zależności historyczne. Nie boi się demitologizować historii. Z drugiej zawęża dyskusję do jednego środowiska. Samą sprawę samorządności traktuje wybiórczo. Wodziński chciał stworzyć spektakl o zawiedzionych nadziejach ruchu, który trafił do 10 milionów. Czy mogło się to jednak powieść w pełni, kiedy on sam przez trzy lata nie potrafił nawiązać kontaktu z 350 tysiącami?