powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Egzorcyzmy

Trzeciego dnia festiwalu iTSelF pokazano dwa pozakonkursowe przedstawienia: dyplom Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi "Diabeł, który..." w reżyserii Mariusza Grzegorzka oraz "Oszaleć z miłości" w reżyserii Shauna Peknica z The Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku - o pokazach podczas IX Międzynarodowym Festiwalu Szkół Teatralnych ITSelF w Warszawie pisze Piotr Urbanowicz z Nowej Siły Krytycznej.

Pierwszy ze spektakli został oparty na dramacie Johna Osborne'a "Diabeł, który w nim siedzi". Ta pochodząca z 1956 roku sztuka brytyjskiego realisty przenosi widzów w realia walijskiego purytańskiego miasteczka, owianego tajemniczą grozą. W rodzinie Prosserów pulsuje niewyjaśniony konflikt. Zarzewiem okazuje się być zmagający się z szaleństwem syn Huw. Jego namiętność do służącej Dilys jest źródłem zarówno niepokoju zachowawczych rodziców, jak i przyczyną przyszłej tragedii. W łódzkim przedstawieniu przestrzeń sceniczna przypomina miejsce do odprawiania egzorcyzmów. Plan kwadratu wyznaczają zapalone, kościelne świece. W tak zarysowanym planie gry działania odbywają się wyłącznie przy użyciu krzeseł i stołu zaprojektowanych w surowym, nordyckim stylu. Użycie świec wskazują na zamknięcie tego świata konwencjami religijnej moralności. Sugeruje też, że odbędzie się w nim akt rytualnego przekroczenia - egzorcyzmu i składania ofiary.

Tajemniczość wzmacnia środki aktorskie, ale mimo ostro zarysowanych sylwetek, motywacja postaci pozostaje niejasna. Nie wiadomo do końca z czym wiąże się wyjazd jednego z gości Prosserów (pana Stevensona), dlaczego głowa rodziny z niepokojem obserwuje służącą Dilys, co Huw ze skrytością zapisuje w notatniku. Szczególnie postaci kobiece nabierają ambiwalencji, przede wszystkim Dylis (Marianna Zydek) i matka (Aleksandra Przesław). Jednoczesne szarganie przez emocje i dyscyplinowanie przez paternalistyczne konwencje czyni ich motywacje nieoczywistymi.

Ta gra zostaje dopełniona reżyserskim gestem odsłonięcia kulis tworzenia spektaklu. W momentach, w których postać przeżywa szczególnego rodzaju uniesienie, wyświetlają się na białej płachcie mini-wywiady, które pokazują aktorów prywatnie. Opowiadają o próbach, o nadziejach związanych z dyplomem i trudach wcielania się w przydzielonego bohatera. Trudno powiedzieć dlaczego w tym koherentnym, realistycznym świecie tak radykalny środek nie razi obcością. Jest w nim przecież dążenie do autopromocji, którą traktuję jako dyplomową chorobę teatru. Projekcje nie przeszkadzają, stanowią raczej dopełnienie tezy zawartej w przedstawieniu: zachowawczość i szaleństwo ścierające się ze sobą, mogą być interpretowane jako maski, które mieszkańcy miasteczka zakładają w codziennych relacjach z drugimi. Tak, jak aktorzy na scenie. Są momenty, w których maski się kruszą: Huw trzyma matkę na kolanach i śpiewa kołysankę. Pogrążona ni to w śnie, ni to w omdleniu, na chwilę wraca świadomością i krzyczy przerażona przyszłym losem syna. Te partie budują liryczną atmosferę. Pokazują wewnętrzny konflikt postaci, wiążąc jednocześnie ich stany emocjonalne z fabularną grozą. Takie uzasadnienie mają piosenki wykonywane przez aktorów - jak wmontowana w purytańską rzeczywistość polska, średniowieczna pieśń katolicka "Dusza z ciała wyleciała".

W spektaklu zostaje zastosowanych wiele ciekawych tradycyjnych i nowoczesnych środków teatralnych. Niektóre pomysły, jak scena wejścia pastora do domu Prosserów - którą na zasadzie powtórzenia odgrywa się trzy razy - podobnie jak projekcje, dystansują nieco do świata scenicznego i do ekspresyjnego stylu gry. Mimo to słabo wypada finał: spotkanie Burna (studenta medycyny, pomieszkującego u Prosserów) i pastora Gruffuyda to w zamierzeniu nie tylko quasi-sądowy spór rozstrzygający o winie Huwa, ale przede wszystkim rywalizacja między religią a nauką w interpretowaniu moralności. Rolą Burna, jako obiektywnego rezonera przychodzącego z zewnątrz, jest odsłonięcie hipokryzji pastora i udowodnienie, że szaleństwo Huwa to wynik przemocowej socjalizacji i wychowania w duchu purytańskim. Oryginalna romantyczność głównego bohatera gubi się w ciężarze granego serio konfliktu. Mord, który u Osborne'a jest przesiąknięty gotycką grozą, w łódzkim przedstawieniu staje się bardziej techniczny. Spór studenta i pastora (notabene jak blisko "Dziadów" tu jesteśmy!) to scena kluczowa do ukazania dramatu Huwa. Przeciążona aktorskim popisem traci dynamiczność i przestaje być funkcjonalna. Finał traci napięcie. Tragedia rozwiązana w indywidualnym przeżywaniu nie mówi tego, co stanowi clou dramatu. Bezbarwny pastor, zbyt słabo ulokowany w kompozycji przedstawienia, nie emanuje grozą, nie staje się reprezentantem opresyjnego systemu. Przez to dramaty Huwa i purytańskość rodziny Prosserów słabną, nie może tego zastąpić popchnięta do ekstremum kreacja głównego bohatera.

"Oszaleć z miłości" w wykonaniu aktorów The Lee Strasberg Theatre and Film Institute z Nowego Jorku to inscenizacja sztuki Sama Sheparda, która opowiada historię kochanków, toczących między sobą rozgrywkę opartą na skomplikowanych relacjach. Błahy konflikt miłosny rozbudowuje się i to, co zdaje się rozgrywać pomiędzy parą, okazuje się raczej relacją z przeszłością. Na scenie oprócz Eddiego i May znajduje się tajemniczy kowboj. Włącza się niekiedy w akcję i komentuje wydarzenia. Choć w pewnym stopniu reprezentuje widza, w finale okaże się głównym sprawcą nieszczęść bohaterów.

Historia Eddiego i May trwa od kilkunastu lat. Poznajemy ich, gdy on przyjeżdża do niej kilka tysięcy mil z rancza, gdzie zajmował się końmi. May oskarża go o zdradę, której on się wypiera. Pod konfliktem kryje się coś więcej. Bohaterka nie chce wypuścić kochanka, ale też nie chce się do niego zbliżyć. On wychodzi, ale za każdym razem wraca. Trzaskają drzwi. Pod motelem pojawia się kobieta, z którą Eddie romansował. Napięcie rośnie. Nie wiadomo do końca kim ona jest. May mści się na Eddim, twierdząc, że jest umówiona na randkę. Gdy pojawia się Martin, nowy partner May, rozpoczyna się spektakl ironii. Nie wiemy do końca czy Martin jest rzeczywisty. Wszystko wskazuje na to, że tak, a jednak zjawia się dopiero na wyraźne życzenie May. Rozgrywka wchodzi na kolejny poziom i Eddie, który podaje się za kuzyna May, raczy obcego wymyśloną historyjką o znajomości z dziewczyną. Niby to tylko fantazja, a jednak jego opowieść zaczyna żyć własnym życiem. Siedzący w fotelu, niewidoczny dla Martina kowboj okazuje się być wspomnieniem ojca, od którego w przeszłości zaczął się dramat pary.

Oglądając spektakl miałem wrażenie, że odbywa się tutaj kolejny tego wieczoru egzorcyzm. Rzecz krążyła wokół demonów przeszłości, które kochankowie chcieli przywołać, ale się bali. Powróciły na koniec same. Duchota panująca na przepełnionej Sali im. Jana Kreczmara w Akademii Teatralnej, z którą wybitnie nie radziły sobie dwa samotne wiatraki, celowo lub nie, uzupełniały świat przedstawiony. Akcja dzieje się w motelowym pokoju na pustyni Mojave w Kalifornii. Rozproszone różowe światło dodaje wnętrzu hipnotycznej aury. Łatwo można było ulec utożsamieniu z bohaterami. Parne powietrze sprzyjało stylizacji postaci, które krążyły nie tyle ociężałe spiekotą, co raczej własnymi emocjami i przeszłością.

Dzięki założycielowi Lee Strasbergowi, który rozwijał metodę aktorską Konstantego Stanisławskiego, nowojorska szkoła słynie z upodobania do budowania światów opartych na relacji jak najprostszej scenicznej ramy przy maksymalnym zaangażowaniu psychologicznym aktorów. Dramat skonstruowany jest tak, aby wychodząc od prostego konfliktu naświetlić historię bohaterów. Wraz z jej rozwojem aktorzy angażują coraz więcej środków i dopełniają grane postaci. Z początkowych typów - on macho, ona histeryczka - stają się kilkuwymiarowymi charakterami. Symptomatyczne dla amerykańskiego realizmu jest zawieszenie osądu rzeczywistości i zamazanie granicy między realnym a wyobrażonym.

Tego dnia widzieliśmy więc dwa oblicza realizmu. Oba operowały klarowną sytuacją, ekspresyjną formą przy jednoczesnym, przyciszonym napięciu dramaturgicznym. Spektakle można uznać za udane - tym bardziej zastanawia umieszczenie ich w nurcie pozakonkursowym.

***

IX Międzynarodowy Festiwal Szkół Teatralnych ITSelF w Warszawie, 30 VI - 6 VII 2017, nurt pozakonkursowy

"Diabeł, który..."

na podstawie dramatu Johna Osborne'a "Diabeł, który w nim siedzi"

reżyseria i adaptacja: Mariusz Grzegorzek

premiera: 22 października 2016, Teatr Studyjny w Łodzi

występują: Aleksandra Chapko, Aleksandra Przesław, Marianna Zydek, Cezary Kołacz, Wojciech Lato, Tomasz Marczyński, Maciej Musiałowski

Sam Shepard

"Oszaleć z miłości" [Fool for Love]

reżyseria: Shaun Peknic

premiera: 16 marca 2017, The Lee Strasberg Theatre and Film Institute in New York

występują: Erica Pappas, Nathaniel Edward Ansbach, Victor Hazan, Evan Makeever McFarland

***

Piotr Urbanowicz - absolwent wiedzy o teatrze Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktorant w Katedrze Performatyki UJ.