powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Halo, tu mówi wolny rynek

"Solidarność. Rekonstrukcja" w reż. Pawła Wodzińskiego i "Workplace" Bartka Frąckowiaka i Natalii Fiedorczuk-Cieślak w reż. Bartka Frącowiaka w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Pisze Kinga Dunin w Krytyce Politycznej.

Nadzieja często jest matką rozczarowania, ale jest też matką zmiany.

Wyobraź sobie, że jesteś członkiem wielkiego ruchu pracowniczego, a co więcej jego reprezentantem wybranym w demokratycznych wyborach. Pragniesz lepszego, bardziej sprawiedliwego świata i jesteś gotów go tworzyć. Nie jesteś sam, masz poparcie innych, podobnych ruchów nas świecie, jest was miliony. Siedzisz na sali, czujesz siłę i wzruszenie, rozbrzmiewają pieśni - po angielsku, bo to wspólna, uniwersalna sprawa ("Boże nasz, Boże nasz, jak ten strajk długo trwa" po angielsku naprawdę brzmi jakoś inaczej). Nastrój jest podniosły, ale bywa też śmiesznie. Zza prezydialnego stołu co chwilę padają wezwania, żeby tak często i gremialnie nie odwiedzać bufetów w kuluarach (swoją drogą, ciekawe, co tam rzucili).

Znajdujesz się w konkretnym miejscu i w konkretnym momencie historycznym - jesteś delegatem na zgromadzenie, które ma nakreślić program przemian. Chcemy być gospodarzami naszych zakładów pracy! Chcemy bardziej bezpośredniej demokracji! Taka jest wola większości delegatów. Jednak władza wykonawcza, w towarzystwie ekspertów, których nie wybierałeś, zbiera się i podejmuje uchwałę mniej radykalną, idzie na - może jedyny możliwy - kompromis z rządem.

Z jednej strony demokracja i utopijne marzenie, z drugiej strategia i realizm. W takiej sytuacji stawia widza pożegnalny spektakl dotychczasowego zespołu (jeden z dwóch pożegnalnych spektakli) Teatru Polskiego w Bydgoszczy. I tak kieruje strumieniem emocji, że raczej jesteśmy po stronie marzenia niż politycznych szachów, zresztą przecież wiemy, że niedługo ta szachownica zostanie przewrócona

"Solidarność. Rekonstrukcja" to spektakl oparty na stenogramach z I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ Solidarność. I teraz można by sięgnąć do historii i przypomnieć, o jakie konkretnie zapisy i uchwały chodziło, kim byli wypowiadający się delegaci, kto zasiadał w prezydium Komisji Krajowej, a kto był ekspertem. Ale po prawie czterdziestu latach to już właściwie bez znaczenia. Bez znaczenia też są tutaj spory, czym naprawdę była Solidarność. Wspomagany projekcjami wideo realizm spektaklu jest oczywiście złudny - to tylko jedna z możliwych opowieści, które można zbudować ze stenogramów zjazdowych - ale dzięki temu na chwilę rzeczywiście stajemy się uczestnikami historii, takiej, jaką chcielibyśmy może przeżyć.

A dwie godziny wcześniej oglądam inną premierę - "Workplace" [na zdjęciu]. Na scenie trzy kobiety i głos zza sceny, który jest głosem rynku pracy, obrabiającym i dyscyplinującym "kobiece zasoby ludzkie". W brawurowo odegranych scenach widzimy rozmaite oblicza pracy: wyalienowanej, niszczącej pracowniczą solidarność, zbyt słabo opłacanej albo zmuszającej do nieustannego udowadniania swojej przydatności, z genderowymi wyznacznikami kompetencji zawodowych, klasowymi konfliktami. Jest to oblicze obsceniczne i często groteskowe, dlatego się śmiejemy, nie jest to jednak śmiech radosny. Kiedy bohaterkom na chwilę uda się uciec spod władzy Głosu i schować za wielką miotłą, odnajdą tam moment wytchnienia i kobiece porozumienie. Wtedy jednak zadzwoni telefon. Halo. Kto mówi? - Tu mówi wolny rynek.